sobota, 3 lutego 2018

10.

~Vanessa~
Odchodząc od lady recepcji, wciąż czuję się, co najmniej, nieswojo. Gdy tylko skręcamy w korytarz Manuel wypuszcza mnie spod uścisku swojej ręki. Oddycham z ulgą, choć w środku nadal się cała trzęsę.
- Co to miało być?! – prawie wrzeszczę, a Fettner szybko zakrywa mi usta dłonią.
- Zamilcz – syczy, następnie odwraca się przez ramię. – Chcesz, żeby cię Cecylia usłyszała i wygoniła? – naskakuje na mnie.
Wyszarpuję się i robię krok do tyłu.
- Za kogo ty się masz? – sączę przez zęby, zaciskając dłonie w pięści, aż bieleją.
Już mam ochotę podejść i uderzyć go w twarz, gdy nagle jęk Aschenwalda zwraca moją uwagę. Podchodzę do chłopaka siedzącego na plastikowym krzesełku i kucam obok.
- Phil, wytrzymaj jeszcze chwilę, okej? – proszę.
- Jasne, tylko się już nie kłóćcie – sapie.
Przewracam oczami.
- Philipp…
- Proszę – przerywa mi.
Unoszę dłonie w geście kapitulacji.
- Okej, wygrałeś. Postaram się, o ile ten cymbał nie będzie mi dogadywał – klepię go w ramię i siadam na krzesełku obok.
Fettner zajmuje miejsce po drugiej stronie chłopaka, więc Philipp chwilowo jest Szwajcarią. I chyba się z tego cieszy, bo przestaje jęczeć. Nie musimy długo czekać, aż lekarz prosi szatyna do gabinetu. Wchodzę z nim, tłumaczę co się stało, czego użyłam, co zrobiłam, a następnie zostaję wyproszona. Świetnie.
Gdy wychodzę na korytarz, Manuel siedzi z słuchawkami na uszach, głową odchyloną do tyłu i opartą o ścianę oraz przymrużonymi powiekami. Skąd on wziął słuchawki? Pewnie poszedł po nie do samochodu, gdy ja i Philipp byliśmy w gabinecie. Siadam po drugiej stronie korytarza na takim samym krzesełku, po czym przyglądam mu się dłuższą chwilę.
Jego jabłko Adama wyraźnie wystaje i porusza się, gdy przełyka ślinę, skrzydełka nosa delikatnie falują przy oddechu, a powieki drżą co jakiś czas. Krótki zarost podkreśla linię szczęki, kości policzkowe odbijają białe światło lamp, a reszta ciała praktycznie tkwi w bezruchu. Jedynie jego pierś porusza się gdy oddycha, a tętnica i mostek unoszą się z każdym tąpnięciem serca. Wygląda prawie jak posąg.
Nagle zza drzwi gabinetu, w którym zostawiłam Achenwalda, dochodzi głośny jęk. Manuel prostuje się oraz otwiera oczy, patrząc prosto na mnie. Spuszczam wzrok i przenoszę go na błękitne drzwi gabinetu. Kolejny odgłos to już bardziej urwany krzyk, który pewnie słychać na cały Tyrol, więc postanawiam wkroczyć do akcji. Podrywam się z krzesła, ruszam w stronę drzwi oraz naciskam klamkę, czując jak w tym samym momencie mój brzuch zderza się z czymś twardym i wąskim. Tracę równowagę i dosłowne wpadam do gabinetu, a tam witają mnie zdziwione spojrzenia Philippa i lekarza, który bandażuje mu rękę. Upadam na podłogę przygnieciona ciężarem, jak się okazuje, Manuela.
- Już drugi raz dziś na niej leżysz, tylko tym razem ona leży na brzuchu – śmieje się Philipp. Lekarz mierzy nasze trio specyficznym spojrzeniem, które ma raczej negatywny wydźwięk.
- Zamknij się, Ashenwald – burczy Fettner wyciągając spode mnie swoją rękę i wstając.
Wszystko mnie boli, czuję się tak, jakby ktoś przybił mnie do tej podłogi gwoźdźmi. Nie chcę ani nie mogę wstać.
- Czy wszystko z panią w porządku? – pyta lekarz.
- Tak, tak. Nic mi nie jest – mruczę w podłogę.
- W takim razie proszę wstać i wyjść – mówi spokojnym głosem mężczyzna.
- Mhm – mruczę zażenowana, próbując się przekręcić na plecy.
Ktoś chwyta mnie w pasie i podnosi do góry, gdy staję prosto oraz odgarniam włosy z twarzy widzę, że to Fettner i krzywię się zdziwiona.
- A od kiedy ty taki miły jesteś, co? – bąkam.
- Masz rację, właśnie prawie złamałaś mi rękę, nie będę ci pomagał – zabiera ręce, a ja od razu zaczynam tracić równowagę, jednak tym razem łapię się oparcia krzesła.
Menda – myślę sobie, zaciskając szczękę.
- Może niech jednak pani usiądzie – lekarz wystawia białe krzesło w moją stronę.
- Dziękuję – próbuję się uśmiechnąć i opadam na siedzenie.
Świat trochę wiruje mi przed oczami, ale nie jest najgorzej. Doktor powraca do opatrywania ręki Philippa, a ten przygląda mi się.
- Co mu właściwie jest? – pytam zaplatając ramiona na piersi.
- Drobne pęknięcie kości spowodowane zbyt wielkim obciążeniem i niedoborem wapnia. Założę ortezę i powinno być w porządku – zapewnił.
Wydęłam usta. Czeka mnie pierwsza papierkowa robota. No trudno, jakoś dam radę. Lekarz przeszedł za biurko, by uzupełnić dokumenty. Spoglądam na chłopaka, który wciąż mi się przygląda z głupkowatym uśmiechem na ustach. Czego on chce? Nie ufam temu spojrzeniu i wyrazowi twarzy.
Gdy w końcu wychodzimy z gabinetu, po drugiej stronie korytarza siedzi Manuel i przygląda mi się z marsową twarzą. Po moich plecach przebiega dreszcz, który ściąga do siebie łopatki oraz prostuje sylwetkę. Nie powiem, boję się go, gdy rzuca mi mordercze spojrzenie, jak teraz.
Mężczyzna wstaje i rusza korytarzem, a my za nim. Cecylia wydaje się zawiedziona, że Manuel nie zaszczycił jej choćby spojrzeniem, za to z jadem w oczach patrzy w moją stronę, jakbym zrobiła coś przeciwko niej. A ja nie czuję się ani trochę winna.
- Będzie coś? – pyta cicho Philipp, gdy idziemy parkingiem, w stronę samochodu.
- Co? – dziwię się.
Mam nadzieję, że nic do mnie nie mówił, ponieważ kompletnie się zapatrzyłam. To znaczy zamyśliłam! Bo na co niby miałabym się zapatrzyć? W końcu przede mną nie ma nic ciekawego. Oprócz pleców Fettnera.
- Czy coś z tego będzie? – ponawia pytanie szatyn.
- Z czego? – marszczę czoło.
- Nie z czego, tylko z kogo – rzuca, przewracając oczami.
Wzdycham.
- Z kogo? – rzucam mu mordercze spojrzenie.
- No, jak to z kogo? Z ciebie i Manuela?
- Słucham?! – podnoszę niepotrzebnie głos, bo w tym momencie Fettner się odwraca.
- Gadanie do siebie się leczy – rzuca chamsko. Zaciskam szczęki i udaję, że tego nie było, a następnie wsiadam do samochodu.
Gdy tylko Philipp pakuje się na kanapę obok mnie, od razu słyszę jego szept.
- Będzie coś – mówi z przekonaniem, uśmiecha się głupkowato, a ja tylko przewracam oczami.
Idiota – myślę, a następnie wbijam wzrok w widok za oknem i odcinam się od paplaniny chłopaka, któremu brak zainteresowania w ogóle nie przeszkadza.
Gdy zajeżdżamy pod centrum sportowe, na parkingu czeka na nas rozeźlony Michael.
 Wysiadam najszybciej, jak umiem, ale Fettner i tak robi to szybciej, a mój brat od razu startuje w jego stronę groźnym krokiem.
- Słyszałem, że porwałeś mi siostrę – rzuca z odległości.
Manuel prycha głośno, uśmiechając się szyderczo.
- Serio, stary? – rzuca. – A kto ci tak powiedział? Choćbyś mi dopłacił, to bym jej nie zabrał. Ta twoja siostra, to chodzący problem – rzuca jak od niechcenia.
Dzięki, to było bardzo miłe – myślę sobie. Jest mi zwyczajnie przykro, że osoba, która mnie nie zna ocenia mnie tak pochopnie i źle od pierwszego spotkania.
- Zapamiętam – uspokaja się Michael, następnie przyciska mnie do swojego boku, po czym ruszamy w stronę jego samochodu. – Na razie – rzuca na odchodne.

~Michael~
Nie mam bladego pojęcia, gdzie jest Vanessa. W jednej chwili siedziała grzecznie na siłowni, a gdy wróciłem z toalety już jej nie było.
- Krafti, nie wiesz, gdzie jest Nessi? – rzucam do przyjaciela, który popija wodę z butelki.
Rozgląda się po sali, a potem wzrusza ramionami.
- Niestety nie – odpowiada spokojnie. – Ale może trener będzie wiedział – podrzuca mi pomysł.
Celuję w niego palcem.
- To wcale nie jest głupi pomysł – stwierdzam i ruszam do trenera. – Nie widział pan mojej siostry? – rzucam bez owijania w bawełnę.
- Twojej siostry? – pyta. Potakuję głową. – Wyszła z Fettnerem – odpowiada Heinz.
Zabiję go.
- Z Fettnerem? – upewniam się.
- No tak, wyszli chwilę temu… - trener wzrusza ramionami.
- Ach tak? – chcę wiedzieć jak najwięcej.
Dlaczego moja siostra wyszła z Manuelem na kilka minut przed końcem treningu? Sądziłem, że nie przypadli sobie do gustu. Nic już nie wiem. A może nie poszła z nim z własnej woli? Lubię Manuela i nic do niego nie mam, ale jeśli zrobi coś Vanessie to nie ręczę za siebie.
- Dobra, chłopaki. Koniec treningu. Na dziś wam wystarczy – stwierdza trener i wszyscy powoli kierują się do szatni.
Wychodzę jako ostatni, a trener zamyka za mną drzwi.
- Nie martw się, Michael, nic jej nie będzie – rzuca trener na odchodne, a ja kieruję się do szatni.
Zdejmuję przez głowę przepocony T-shirt, a następnie ciężko opadam na ławkę.
- Wszystko w porządku? – pyta Stefan. Nawet nie wiedziałem, że jest tutaj, a nie pod prysznicem, jak inni.
Spoglądam na niego. Jego czekoladowe oczy wpatrują się we mnie intensywnie. Martwi się, ma to wypisane na twarzy. I  chyba właśnie z tego powodu nie potrafię się na niego gniewać. Nie mam zamiaru się na nim wyżywać, bo nawet bym nie potrafił.
- Nie zadręczaj się tym – radzę. – Przejdzie mi – zapewniam.
- Gdybyś czegoś potrzebował, to wiesz, gdzie mnie szukać – mówi, po czym odwraca się na pięcie, bierze z torby ręcznik i znika za drzwiami łazienki.
Opieram łokcie na kolanach, a potem chowam twarz w dłoniach, nie wiedząc, co powinienem zrobić.
* * * * *
Od zakończenia treningu minęła już prawie godzina, a ja nadal stoję pod centrum sportowym i czekam, mając nadzieję, że Vanessa wróci cała i zdrowa. W końcu widzę czarny samochód Manuela wjeżdżający na parking. Czuję jak szybko wzrasta we mnie złość. Przez cały ten czas zamartwiałem się, gdzie jest moja siostra i czy wszystko u niej w porządku, a ona nawet nie napisała esemesa. Jestem zły, jak diabli.
Najpierw otwierają się tylne drzwi od strony kierowcy, ale i tak to Fettner wysiada pierwszy, a dopiero po nim moja siostra. Ma trochę potargane włosy, a jej spojrzenie mierzy raz mnie, a raz sylwetę Manuela. Idę w ich stronę ciężkim krokiem.
- Słyszałem, że porwałeś mi siostrę – rzucam, ale w tym momencie otwierają się drugie tylne drzwi i ze środka pojazdu wysiada Philipp.
Nie rozumiem co się dzieje. Manuel prycha głośno, uśmiechając się szyderczo.
- Serio, stary? – rzuca. – A kto ci tak powiedział? Choćbyś mi dopłacił, to bym jej nie zabrał. Ta twoja siostra, to chodzący problem – rzuca jak od niechcenia.
Przenoszę wzrok na Vanessę, wydaje się niezbyt pocieszona tym, co słyszy. Nie wiem, co mam o tym myśleć. W sumie powinno mnie rozzłościć to, że Fetti, bądź co bądź, obraził moją siostrę, ale czuję swego rodzaju ulgę, że jednak miałem rację. Nie polubili się. Fakt, to mój kumpel i byłoby super, gdyby się dogadali, ale trudno. Nie wszyscy muszą wszystkich lubić.
- Zapamiętam – uspokajam się odrobinę, przyciskam siostrę do swojego boku, po czym ruszamy w stronę auta. – Na razie – rzucam żegnając się z kolegami.

Gdy wsiadamy do samochodu, mam ochotę od razu zarzucić Vanessę milionem pytań, ale przynajmniej ten jeden raz postanawiam jej odpuścić.

======================================================


Ja... Chyba się zakochałam w tym opowiadaniu. Mam w głowie wizję całości już zanim zaczęłam pisać, ale teraz gdy to sobie tak wybiórczo czytam i piszę rozdziały to się rozpływam... Mam nadzieję, że się Wam podobał rozdzialik. 
Miłego dnia!