niedziela, 3 grudnia 2017

08.

~Gregor~
- A ty, Fetti, co tak nic nie mówisz? – zagaduję, gdy wszyscy milkną.
Rozmowa ewidentnie się nie klei, ale nie mam pojęcia, co jest tego powodem. Zwykle, gdy do towarzystwa dołącza nowa osoba, wszyscy chcą się czegoś o niej dowiedzieć i przekrzykują się podczas wypytywania. Tutaj jednak panuje cisza.
Manuel spogląda na mnie, gdy wychylam się zza Vanessy, żeby go lepiej widzieć. Czarnowłosy odkłada kanapkę na foliowe opakowanie, otrzepuje dłonie, przechyla na bok głowę i przełyka resztkę kanapki, pochyla się do przodu i wspiera na łokciach, po czym odpowiada z wścibskim uśmiechem, rzucając kpiące spojrzenie dziewczynie.
- Chyba po prostu nie mam tematów do rozmów z dziećmi – wzrusza ramionami, uśmiechając się złośliwie.
Nie wiem co odpowiedzieć, chyba nikt inny też nie wie, bo zapada jeszcze gorsza, ciążąca wszystkim, cisza. Straciłem apetyt i chęć do czegokolwiek. Nessi siedzi nieruchomo, patrząc po skosie w stronę Manuela, ale nie jestem pewien czy na niego. Nie wiem, co ona mu zrobiła, że tak jej nie polubił, to przecież normalna, miła dziewczyna. W dodatku młodsza siostra naszego kumpla, chyba mógłby jej okazać choć odrobinę szacunku lub dobroci.
Po co sprawiać przykrość nowo poznanej osobie? Nie rozumiem tego.
Mija minuta, może dwie i trener podnosi się z miejsca, mówiąc, że resztę bierzemy na wynos, a teraz pojedziemy na siłownię. Wszyscy niechętnie podnoszą się z miejsc oprócz Vanessy. Nie wiem, czy powinienem powiedzieć jej, że się zbieramy, żeby się ocknęła. Nie wiem, czy powinienem w ogóle coś mówić lub robić, więc po prostu podnoszę się z miejsca. W końcu dziewczyna rusza się, zbiera swoje rzeczy, wstaje i wychodzi jak poparzona. Wymieniam z Manuelem znaczące spojrzenia, a następnie odwracam się przez ramię, odprowadzając ją wzrokiem. Dziewczyna zatrzymuje się przed wyjściem i sięga po coś do torby, wyjmuje z niej telefon i słuchawki, a następnie kilkoma sprawnymi ruchami odcina się od świata. Postanawiam za nią iść, żeby nigdzie nie uciekła, ani nic jej się nie stało, choć wydaje się kompletnie zamrożona. Stoi jak słup soli, jedynie wiatr targa jej włosy, które uciekły spod gumki. Po treningu zaplotła je w luźny warkocz, który teraz praktycznie się rozpadł.
Wychodzę na zewnątrz, gdy akurat spogląda przez ramię. Szybko odwraca wzrok i robi coś z telefonem. Podchodzę do niej powoli, delikatnie obejmuję ramieniem, a kiedy nie oponuje, staram się ją pocieszyć.
- Nie przejmuj się nim – radzę. – Za niedługo mu przejdzie, po prostu musi się przystosować do nowej sytuacji – tłumaczę zachowanie Manuela, choć tak naprawdę sam go nie rozumiem.
 Dziewczyna wyciąga słuchawki z uszu, wzrusza ramionami, a następnie, zadzierając głowę, patrzy na mnie i uśmiecha się blado, sztucznie.
- Nie martw się, nie obchodzi mnie zdanie takich ludzi, jak on – zapewnia, ale po jej reakcji sprzed kilku minut, mam wątpliwości co do jej prawdomówności.
- On nie jest aż taki zły – staram się go bronić, choć to, co powiedział o Vanessie zabolało nawet mnie.
- To też mnie nie obchodzi – jęczy i wyplątuje się spod mojego ramienia, stając naprzeciwko. – Jeśli nie chce mojego towarzystwa, w porządku, nie będę zabiegać, by było inaczej. Mam przecież was – wzrusza ramionami i uśmiecha się szeroko.
Albo jest świetną aktorką, albo ta myśl naprawdę poprawiła jej humor.
- W sumie racja – wzruszam ramionami i oboje wybuchamy śmiechem.
Ness chichocze uroczo, robi krok w moją stronę, a następnie obejmuje mnie w pasie, więc otaczam ją ramionami, czując jak przyjemne ciepło rozlewa się po moim ciele, a w brzuchu czuję łagodne trzepotanie.

~Vanessa~
Jest mi głupio, że już drugi skoczek w ciągu jednego dnia musi mnie pocieszać, ale ostatecznie tylko Kraft widział moje łzy, więc nie jest jeszcze najgorzej. A ramiona Gregora nie są takim złym miejscem na ucieczkę od świata. Wręcz przeciwnie, czuję się znacznie lepiej czując jego zapach, dotyk i bicie serca. Mam wrażenie, że obecność Schlierenzauera działa na mnie kojąco, uspokajam się przy nim i wyciszam, odpychając od siebie wszystkie zmartwienia. Jakbyśmy byli jedynymi ludźmi na świecie, jakby poza nami nie było niczego ani nikogo.
Odsuwam się od niego, słysząc otwieranie się drzwi. Chwilę później staje obok nas Michael i spogląda na mnie badawczym wzrokiem.
- Wszystko w porządku? – pyta cicho.
Kiwam głową, potakując i uśmiecham się delikatnie, potwierdzając.
- Dobrze – potakuje raz głową, a następnie delikatnie kładzie mi rękę na lędźwiach. – Chodź – mówi nadal spokojnym głosem.
Ruszamy w stronę samochodu, tym razem siadam pod oknem, obok mnie siada Michi, a najbardziej z brzegu Stefan. Reszta towarzystwa siada tak samo. A nawet jeśli nie, nie interesuje mnie to. Gdy ruszamy, wbijam wzrok w krajobraz za oknem, pozwalając by wszystko wpadało mi jednym uchem, a drugim wypadało. Ignoruję nawet delikatne ciągnięcie za włosy i stukanie po karku, gdy ktoś próbuje mnie zaczepić. Ostatecznie stajemy przed tym samym budynkiem centrum sportowego, jedynie w środku chłopcy kierują się z dużej hali do mniejszego pomieszczenia, w którym stoją hantle i różne inne przyrządy do ćwiczeń.
Siadam w rogu pomieszczenia na jednym z krzesełek ustawionych pod ścianą. Otaczają mnie butelki należące do chłopaków. Przyglądam się im, zauważając, że każda oznaczona jest w inny sposób, żeby się nie pomyliły. Na nakrętkach widnieją różne esy-floresy, a każdy z nich różni się od poprzedniego. Niektóre z nich są naprawdę wymyślne. Co jak co, ale trzeba im przyznać, że kreatywni to akurat są.
Patrzę na salę, nie mogąc wyjść z podziwu, że chłopcy, tymi swoimi chudymi rączkami, podnoszą takie ciężary. Przysiada się do mnie Philipp, który ciężko dyszy i bierze butelkę z nakrętką puszczającą oczko.
- Możesz rozmasować mi nadgarstek? – prosi, odsuwając na chwilę butelkę, a następnie przystawia ją z powrotem do ust.
Sięgam po jego rękę, w końcu mam być ich fizjoterapeutką. Nie wiem, co dokładnie sobie zrobił, ale po prostu zaczynam masować. Aż w pewnym momencie uciskam bolące miejsce, a Aschenwald robi z siebie fontannę, opryskując wodą Didla, Koflera i Fettnera. Ten ostatni poderwał się w jednej chwili do siadu i spojrzał spode łba na mnie i chłopaka.
- Philipp, posrało cię? – jakże kulturalnie wyraził swoje niezadowolenie.
- No przepraszam, ale… - zaczął jąkać się biedny chłopak.
- Nieważne – mruknął jedynie kruczowłosy i poszedł ćwiczyć na drugi koniec pomieszczenia.
- Co go dziś ugryzło? – powiedział jakby bardziej do siebie niż do mnie.
- A co, zwykle taki nie jest? – zapytałam, choć tak naprawdę nie miałam ochoty o nim rozmawiać.
Chociaż z drugiej strony, to mogło pomóc mi go rozszyfrować, więc ostatecznie nastawiłam uszy, czekając na odpowiedź chłopaka.
- Zwykle jest zupełnie inny – jęknął, gdy ponownie chwyciłam jego nadgarstek.
- Potwierdzam – dołączył się Kofler, który usiadł po mojej drugiej stronie.
- Tobie też coś wymasować? – uniosłam prawą brew.
- Nie – ucina krótko Kofler, sięgając po jedną z butelek. – Fetti dzisiaj ewidentnie ma zły humor. Nawet na treningu nie był zbyt gadatliwy – tłumaczy Andreas.
- Za to wy jesteście, aż nadto – krzyczy z drugiego końca sali.
Patrzymy na siebie zdziwieni.
- No proszę, jeszcze w dodatku sokole ucho – mruczy Didl.
- Oko – poprawiam go krótko i uciskam nadgarstek Philippa. – Boli? – podnoszę na niego wzrok.
- Nie. Trochę. Bardzo. Kurde, tak! – krzywi się.
Wychylam się zza niego, by odnaleźć trenera.
- Trenerze, mamy tutaj spray chłodzący, albo lód? – pytam.
Mężczyzna patrzy na mnie przez chwilę, widocznie zastanawia się nad odpowiedzią.
- Sprawdź w apteczce. Co się dzieje? – wstaje ze swojego krzesła, odkładając papiery na bok.
- Philipp znowu sobie coś zrobił, dekiel jeden – nabija się Thomas.
- Zamknij się, Świnkomisiu – rzuca Aschenwald.
Zaczynam chicholić się jak głupia, zatrzymując się w połowie drogi do czerwonej skrzynki wiszącej na ścianie.
- Co? – odwracam się, pytając szybko, nim ponownie zacznę brechtać się jak opętana.
- Co, co? – dziwi się Phil.
- Jak go nazwałeś? – udaje mi się wtrącić w przerwie między śmiechem, a nabieraniem oddechu.
- Świnkomisiem – wzrusza ramionami chłopak. – Nie oglądałaś Legendy Nezha? – dziwi się.
- Nie? – teoretycznie pytaniem się nie odpowiada, ale ja to robię.
- W takim razie, musisz nadrobić – uśmiecha się. – A teraz poproszę lód czy coś – wystawia rękę w moja stronę.
Ruszam do apteczki i przegrzebuję ją dwa razy, ale nie znajduję sprayu.
- Chodź – mówię do Philippa, który zajęty jest przerzucaniem się jakimiś głupimi tekstami z Diethardem.
Chłopak wstaje i wychodzi za mną.
- Gdzie idziemy? – dopytuje się, gdy zamyka za nami drzwi.
- Do toalety, muszę ci schłodzić nadgarstek – tłumaczę.
Aschenwald zatrzymuje się w jednej sekundzie.
- Nie wejdę do damskiej, nie ma opcji! – unosi ręce w geście obronnym.
- A ja do męskiej mogę? – podpieram się pod boki.
- Wczoraj ci to nie przeszkadzało – uśmiecha się półgębkiem, poruszając brwiami.
- Ugh – tupię noga unosząc wzrok i ręce do nieba.
Ej, wy na górze, pomóżcie!
- Dobra – syczę w końcu i idziemy do męskiej szatni.
Gdy znajdujemy się w toalecie, wkładam nadgarstek chłopaka pod strumień lodowatej wody i powoli rozmasowuję.
- Więc studiujesz fizjoterapeutię, tak? – pyta.
Co studiuję, qufa?!
- Fizjoterapię – poprawiam go, krzywiąc się na sposób, w jaki to odmienił. – I tak, studiuję fizjoterapię. Dlaczego pytasz? – nie odrywam wzroku od jego lekko spuchniętego nadgarstka.
Chłopak wzrusza ramionami.
- Dla podtrzymania rozmowy – mówi krótko, a później zaczyna nucić jakąś melodię.


===============================================
Zapomniałam - przyznaje się bez bicia. Obiecuje poprawę, a na razie życzę Wam wesołych świąt i szczęśliwego Nowego Roku! Chyba jestem pierwsza, ale who cares?!
Buziaki :*