niedziela, 8 października 2017

06.

~Vanessa~
Pod centrum sportowym trener kazał nam wsiąść do wielkiego, szarego busa z naklejonymi napisami informującymi, że to transport z zespołem austriackich skoczków i ich świtą. Dostałam honorowe miejsce, na samym środku, czyli z każdej możliwej strony, poza górą i dołem, otaczają mnie faceci. Po prawo siedzi Michi, który nikogo nie wpuściłby na swoje miejsce, a po lewo jedyna osoba, której mój brat zaufał, czyli Stefan Kraft. Trener prowadzi, a z nim na przedzie siedzi Kofler i Philpp, a za nami siedzi Didl, Poppi, Gregor i Fettner z słuchawkami na uszach. Ja rozumiem, że nie wszyscy chcą słuchać głupot plecionych przez Poppingera, ale żeby od razu się odcinać od wszystkich, to chyba lekka przesada. Trener włącza radio i po samochodzie rozpływają się przyjemne dźwięki muzyki, głos Marka Forstera oraz skrzek Thomasa i Poppiego wyrzucających z siebie tekst o chórach śpiewających na twoją cześć.
Ogółem, piosenkę lubię, wykonawcę także, ale tych dwóch z tyłu powinni zamknąć za samą  chęć śpiewania w obecności innych ludzi.
- Przyzwyczaisz się – zapewnia mnie Stefan, jakby to miało mnie pocieszyć.
Aschenwald odwraca się z przedniej kanapy, kiwając głową w rytm muzyki. Wygląda, jakby chciał coś powiedzieć, ale zamiast tego patrzy na mnie i czeka na koniec refrenu. I, o mój Boże, zaczyna śpiewać drugą zwrotkę. A na dodatek tyka mnie w czubek nosa, przy wersie z konfetti na czole.
- Czoło to ja mam gdzie indziej trochę – zauważam, ale on ma moje zdanie gdzieś i każe mi wyjść ze swojej kryjówki.
- Zabijcie mnie – jęczę opierając potylicę o zagłówek.
Ktoś uderza dwa razy w moje włosy do rytmu muzyki, a ja natychmiast się prostuję.
Czy tak teraz będzie wyglądać moje życie przez najbliższe dwa miesiące, gdy będę ich fizjoterapeutką? Ja rozumiem, że młodość musi się wyszaleć, ale jestem od większości z nich młodsza i się tak nie zachowuję. Przynajmniej teraz mogliby sprawiać pozory.
„Popatrz, jesteśmy tacy normalni”, „To wcale nie tak, że przez całą drogę wydzieramy się na całe gardło, przekrzykując radio”.
Odwracam się, by spojrzeć przez ramię. Manuel wydaje się w tym momencie najnormalniejszym człowiekiem w tym busie. Siedzi zapatrzony w krajobraz za oknem, wargi ma ściągnięte w wąską linię, a czarna czapka z daszkiem rzuca cień na jego czoło, brwi i oczy. Wygląda, jak eksponat w muzeum, gdyby nie poruszające się przy oddechu skrzydełka nosa, można byłoby się pomylić. Jego twarz nie wyraża żadnych emocji, powieki ani drgną, mięśnie zastygły w jednej pozycji.
Patrzę w niego jak w obrazek, gdy nagle twarz Gregora pojawia się tak blisko mojej, że prawie dostaję zawału. Podskakuję w miejscu i skupiam wzrok na jego oczach. Są znacznie jaśniejsze niż oczy Manuela, nie mają tego ponurego spojrzenia, a gdy się uśmiecha tańczą w nich iskierki. Tak, jak teraz.
- Czemu nie śpiewasz? – pyta.
Marszczę nos, krzywię się i ściągam brwi.
- Nie umiem śpiewać i staram się nie robić tego publicznie – uśmiecham się krzywo.
W jego oczach widzę rozbawienie, chłopak kręci głową poszerzając uśmiech.
- A myślisz, że oni potrafią? Posłuchaj ich tylko, gorzej już chyba być nie może – zauważa.
Zgadzam się, raczej nie zrobili by jakiejś wielkiej kariery. No, może Philipp by sobie poradził, ma ładny głos, ale Didl byłby zakałą  rynku muzycznego na całym świecie. Jednak szybko przypominam sobie wesele mojego kuzyna i zawodzenie wuja Theodora.
- Uwierz mi, mogłoby być gorzej.
- Z czym? – pyta się Michi, nie pozwalając mi dłużej gadać sam na sam z Gregorem.
- Ze śpiewaniem – mówi Schlierie. – Twoja siostra twierdzi, że może być gorzej niż to – kiwa głową na kolegów.
- Bo to prawda – wtrącam natychmiast. – Pamiętasz wuja Theodora? – pytam Michiego.
- Oj tak – jęczy z szeroko otwartymi oczami. – To jest pikuś – stwierdza, potakując głową.
- Niech wam będzie – wzrusza ramionami miodowo włosy. – To zaśpiewasz coś?
- Nie ma opcji – oponuję. – Nie potrafię śpiewać – mówię.
Kraft przechyla się przez moje ramię, czuję się osaczona, więc delikatnie się odsuwam.
-My też nie potrafimy śpiewać, a jakoś sobie radzimy – szczerzy się.
- Dokładnie – przytakuje mój brat. – Swoją drogą, ty bardzo ładnie śpiewasz – stwierdza.
Spoglądam na każdego z osobna. Czy oni są pewni, że chcą tego słuchać? Uszy im zwiędną, a ja będę mieć ich na sumieniu.
Ale skoro nalegają…
- Co mam wam zaśpiewać? – pytam.
- Coś w czym czujesz się dobrze – rzuca krótko Stefan wzruszając ramionami.
Brunet odsuwa się ode mnie, czekając aż zacznę śpiewać.
- Trenerze, pan ściszy radio – krzyczy Diethard.
- Jasne, jasne – mruczy trener i z głośników jedynie cicho sączy się muzyka następnego utworu.
Nie mam bladego pojęcia, co powinnam zaśpiewać, więc decyduję się na jedną z moich ulubionych piosenek Wincenta Weissa. Zamykam oczy, zaciągam się kilka razy powietrzem i zaczyna śpiewać piosenkę o ‘pojawieniu się tęczy po burzy’. To jedna z najpiękniejszych metafor, jakie słyszałam w życiu, bardzo lubię tę piosenkę i mam nadzieję, że jakoś sobie w niej poradzę. Nabieram powietrza do przepony, a następnie zaczynam śpiewać, wystukując sobie rytm na nodze.
Gdy dochodzę do refrenu, chłopcy zaczynają klaskać w rytm, a mi nerwy podchodzą do gardła. Otwieram oczy i zaczynam śpiewać spoglądając na nich. Nie śpiewam do nikogo konkretnego, ponieważ z żadnym z nich nie jestem i raczej nie będę w tak zażyłej relacji.
Ich in dein’, du in mein’ und wir zwei in unseren Armen
Du am träumen, ich am warten
Bis die Tage wieder werden
Wie sie früher mal waren
Chłopcy patrzą na mnie z szeroko otwartymi oczami oraz ustami, nie wiem co myślą, nie potrafię rozszyfrować ich min. Odwracam się plecami do kierunku jazdy, śpiewając także do Thomasa i Poppingera, a następnie kreślę wzrokiem ścieżkę zaczynając na twarzy Stefana, dążąc do oblicza Philippa, który także odwrócił się na fotelu i wcisnął głowę między mnie, a Michaela. Jednak mój wzrok zatrzymuje się, gdy spotyka spojrzenie kruczych oczu. I wtedy dociera do mnie, że Manuel wpatruje się we mnie, słyszy mój śpiew, słyszy nas wszystkich, nie słucha muzyki, słucha nas, jedynie udaje odcięcie się od głupoty swoich kolegów. Nie wiem, czy ktokolwiek inny zauważył to, co ja, ale postanawiam, że niczego nie zdradzę. Jednak, jestem prawie pewna, że nie słuchał muzyki, nie kiwał głową w jej takt, ani nie postukiwał palcem o udo. Nie miał do czego stukać, ponieważ w jego słuchawkach nie brzmiała żadna muzyka.
Odrywam spojrzenie od jego twarzy, nim ktoś się zorientuje i spoglądam na brata. Postanawiam nie śpiewać drugiej zwrotki, więc gdy milknę zamykając usta, w samochodzie rozlegają się brawa.
- I ty niby nie umiesz śpiewać? – Gregor unosi wysoko brwi.
- Nie, nie umiem – zaplatam ręce na piersi.
- Jasne – bąka mój brat.
- Jak jesteś taki mądry, to sam zaśpiewaj. Nawet nie wiecie, jakiego śpiewaka macie w zespole – rzucam każdemu krótkie spojrzenie. – No, dawaj, teraz twoja kolej – obstaję przy swoim.
- Teraz, to idziemy coś zjeść – wtrąca się trener.
Przewracam oczami niezadowolona, ale odpinam pas i wysiadam za Michim z busa.

______________________________________________________

Hejka!
Wczoraj, to kompletnie zapomniałam o nowym rozdziale, bo cały dzień uczyłam się angielskiego. Dalej nic nie rozumiem, jakby ktoś chciał wiedzieć.
Chwilę temu przeczytałam komentarze od Was i jejku, jak mi się zrobiło ciepło na serduszku, to nie do wiary normalnie. A odpowiadając na jeden z nich tak dla ogółu tłumacząc, Stefan Kraft ma 1,66 m wzrostu, więc jak na mężczyznę to nie jest zbyt wysoki. Ja mam trzy centymetry mnie, tak na marginesie XD A Mich, na przykład ma 1,82 m, więc jest różnica. Ale wysoki/niski to pojęcia względne, więc zostawmy każdemu do swojej oceny takie stwierdzenia.
Dobra, a teraz pewien dobry news! Moja książka wkrótce będzie miała premierę, egzemplarze autorskie mam już w domu od czwartku i jestem bardzo, bardzo szczęśliwa, że w końcu to się stało!
Więcej informacji na ten temat podam wkrótce!
Buziaki, kwiatuszki xxx