sobota, 10 czerwca 2017

02.

~Vanessa~
Skoki ogląda się bardzo przyjemnie, z czasem nawet piekący gorąc przestaje przeszkadzać, a czuję jedynie swędzenie poparzonej skóry. nie jest jednak najgorzej, Gregor skombinował dla mnie jakiś krem do opalania, ale i tak jestem już różowa. Chłopcy skaczą chyba po dziesięć skoków każdy, ale wydają się zupełnie niezmęczeni. Kilka razy słyszę, że mój brat mówi coś przez krótkofalówkę do Schlierenzauera, ale nie rozumiem co. Chłopak podaje mu warunki i mówi, że wszystko ze mną w porządku, jakby coś mogło mi się stać od stania dwa metry nad ziemią.
Powoli zbliża się wieczór, choć słońce nadal wisi nad górami. Uwielbiam lato, nawet jeśli mam spędzić wakacje w obcym gronie, to wiem, że będą udane. Wszyscy wyglądają sympatycznie, rozmawiają ze mną między skokami i pytają, jak mi się tutaj podoba. A ja z uśmiechem na twarzy, szczerze odpowiadam, że bardzo. Chłopak o miodowej czuprynie, który towarzyszy mi przez cały dzień jest naprawdę miły i zabawny. Niech Klara żałuje, że nie poszła po rozum do głowy i wsiadła na rower, mimo że ledwo snuła się na nogach. Chociaż, pewnie i tak by ich nie poznała, ponieważ pojechałybyśmy na „najlepszą wycieczkę naszego życia”. O ile ktoś wziąłby nas do swojego samochodu. „Autostop to najlepszy środek lokomocji”, zapewniała dziewczyna. „Jedziesz za darmo i na dodatek masz tyyyle wspomnień”, zachwycała się. Nie byłam przekonana do tego pomysłu, Michael też nie. Pewnie w głowie snuł mroczne scenariusze o gwałcicielach i porywaczach. Aż głupio przyznać, ale ucieszył się, gdy Klara złamała rękę i było wiadomo, że nigdzie nie pojedziemy. Ja w sumie też się ucieszyłam, ale oczywiście nie z tego, że moja kumpela złamała rękę. Wizja stania pół dnia przy drodze i machania ręką, żeby ktoś się zatrzymał nie byłą zbyt zachęcająca. Choć, może gdyby Klara codziennie nosiła szorty, eksponując swoje długie nogi, łapałybyśmy autostopy szybko.
Po skończonym treningu, zeszłam z Gregorem z podestu i obserwowałam, jak skoczkowie wchodzą do domku. Weszło ich tam chyba z dziesięciu, a ja nie mogłam przestać się głowić, jak oni wszyscy się tam mieszczą.
- Masz coś jeszcze do picia? – zapytałam, gdy Gregor nurkował po coś w bagażniku swojego samochodu.
Powoli wysunął swoje ciało na zewnątrz i wziął do ręki butelkę po wodzie. Ostatnie krople przelały się po dnie. Jęknęłam zażenowana, język wysychał mi na wiór, chodź cały dzień popijałam wodę chłopaka.
- Zapasy mi się wyczerpały – powiedział wykrzywiając usta.
Zaśmiałam się widząc jego minę.
- Przepraszam, to moja wina. Gdybyś był sam, pewnie by ci wystarczyło – bąkam.
Naprawdę mi przykro, wypiłam chyba pół butelki sama.
- Ile ty właściwie masz lat? – spogląda na mnie Gregor z ukosa.
Czuję, że policzki zaczynają mnie piec. Może nikt nie zauważy, i tak jestem cała czerwona od słońca.
- Dwadzieścia trzy – mówię spoglądając w bok.
Nie wiem, o co mu chodzi z tym wiekiem, ale czuję się dziwnie. Prostuję plecy i zaplatam ramiona pod biustem.
- To świetnie – uznaje i uśmiecha się szeroko.
Patrzę na niego zdziwiona. On się dobrze czuje?
Może jednak słońce za mocno przygrzało.
- A-ha? – mruczę pod nosem. – A to dlaczego? – dopytuję.
- Ponieważ możesz iść do Michiego, żeby dał ci coś do picia – wzrusza ramionami. – Zalety bycia młodszą siostrą – uśmiecha się, ale teraz ma zamknięte usta.
- Ty wiesz, że to nie jest taki głupi pomysł – uznaję i odwracam się na pięcie.
- Ale nie idź tam teraz – woła, gdy ruszam w stronę domku.
- A kiedy? Gdy kompletnie umrę z pragnienia? – rzucam nawet nie odwracając się, żeby na niego spojrzeć.
Wpadam do domku i od razu otula mnie suche, zimne powietrze z klimatyzacji. Czuję przyjemny dreszcz na karku.
- Michi, masz coś do picia? – pytam zatrzymując się na środku pomieszczenia.
O mój Boże.
Teraz rozumiem, dlaczego miałam tam nie wchodzić. Wszyscy patrzą na mnie zdziwieni, a ja nie mogę się ruszyć i jedynie rozglądam się, próbując oderwać wzrok od prawie nagich ciał skoczków. Przygryzam jedynie wargę i czuję, że rumienię się speszona. Czy oni mogą się zacząć ubierać i nie patrzeć na mnie w taki sposób? Ja tylko chcę się czegoś napić. Spoglądam w lewo, mając nadzieję, że tam już nikogo nie ma, ale popełniam błąd. Mój wzrok napotyka spojrzenie ciemnych oczu. Fettner mruga szybko i zaczyna się ubierać, a ja nie mogę się poruszyć, nabrać tchu, ani zrobić niczego innego. Czarnowłosy mężczyzna zaczyna wciągać czarne jeansy, jakby moje spojrzenie go odblokowało. Prostuje się i staje do mnie plecami. Ma bardzo umięśnione plecy, między jego łopatkami powstaje zagłębienie w kształcie odwróconej litery V, a wzdłuż kręgosłupa ciągnie się długie wgłębienie, które kryje się dopiero za paskiem jego spodni. Stoi chwilę nieruchomo z głową spuszczoną i lekko obróconą w prawo, przyciskając podbródek do obojczyka. Zastanawiam się, co robi, ale nie mogę znaleźć odpowiedzi.
Kątem oka widzę, że pozostali skoczkowie także zaczęli się ubierać. Przynajmniej tyle. Chcę odetchnąć z ulgą, ale nadal czuję gulę w przełyku, więc mam problem z nabraniem powietrza. Fettner porusza się ponownie, przeciągając szary podkoszulek przez głowę, wsuwa białe buty, szybkim ruchem chwyta czarną, skórzaną kurtkę i przewiesza ją przez sportową torbę, a następnie sięga po jeszcze jedną torbę, w której muszą być buty narciarskie, ponieważ Michi ma taką samą. Zbiera swoje rzeczy, a potem nie patrząc na nikogo, rusza w moją stronę. Mam wrażenie, że wrastam w podłogę, ale wtedy on mija mnie szybko i pozostaje po nim jedynie zapach męskich perfum. Trzask drzwi wyrywa mnie z osłupienia i ponownie spoglądam na innych skoczków.
Michael podchodzi do mnie powoli i podaje mi butelkę z wodą.
- Nigdy więcej tu nie wchodź, jeśli nikt cię o to nie porosi – mówi cicho, że tylko ja go słyszę.
Kiwam głową. Nigdy więcej tego nie zrobię, obiecuję. Zbyt dużo roznegliżowanych ciał męskich na raz. Poza tym, ich ciała są zbyt szczupłe, żeby na nie patrzeć. Można się kompleksów nabawić.
Odwracam się na pięcie i biorę łyk wody. Jest tak wspaniale zimna, że mam ochotę nie przestawać zaciągać ją do ust. Ale wtedy orientuję się, że nadal stoję wśród skoczków, którzy przebierają  się po treningu, więc wychodzę na zewnątrz, żegnając się z przyjemnym chłodem.
Gregor idzie w moją stronę, uśmiechając się na widok butelki z wodą.
- I co, duży szok? – pyta.
- Mogłeś powiedzieć – rzucam niby zezłoszczona, ale w moim głosie nie da się ukryć rozbawienia.
- Próbowałem – wtrąca, podpierając się pod boki.
Oboje wybuchamy śmiechem, a gdy przestępuję na drugą nogę, zauważam kruczowłosego, wsiadającego do czarnego samochodu. Schlieri podąża spojrzeniem, za moim i milczy chwilę po czym rzuca zwyczajnie:
- O co chodzi?
Wzruszam ramionami i ponownie biorę łyk wody, a następnie podaję butelkę chłopakowi.
- Chyba mnie nie lubi – uznaję, wzruszając ramionami.
Schlierenzauer przełyka, co widzę po poruszającym się jabłku Adama.
- Po czym to wnioskujesz? – pyta zakręcając butelkę.
- Nie odzywa się do mnie, nawet na mnie nie patrzy. Każdy dzisiaj ze mną rozmawiał, a on odezwał się raz – bąkam i biorę picie od chłopaka.
- Wiesz, Manuel jest… trudny – mówi ociągając się odrobinę z odpowiedzią.
Spoglądam na niego, jak na idiotę.
Trudny? Serio? Trudny to może być test, a ten cały Manuel jest po prostu dziwny.
- Myślałam, że jest niemową – rzucam nagle, choć wcale nie chciałam powiedzieć tego na głos.
Gregor wybucha głośnym śmiechem, a ja patrzę na niego z politowaniem.
- Fajnie – mruczę. – Nie ma to, jak wyśmiewać się z młodszej koleżanki, nie? – rzucam.
- Daj spokój – obejmuje mnie ramieniem. – Ja po prostu… Wiesz, niecodziennie słyszy się, że twój kolega jest niemową – uznaje krótko.
- No, to przynajmniej jestem oryginalna – uznaję, dając mu kuksańca w żebro.
Gregor jest ode mnie o głowę wyższy, więc nie wiem jaką ma minę, ale na dźwięk otwieranych za nami drzwi do domku, odskakujemy od siebie jak poparzeni.
- Młoda, jedziesz z tyłu – rzuca mi Michael, który niesie narty na ramieniu.
- Nie? – rzucam. – I nie mów na mnie młoda, jestem tylko dwa lata młodsza – zauważam.
- Stara też nie jesteś – gasi mnie.
- Ale na mnie młody nie mówisz – wtrąca się Kraft, wychodząc zza niego.
- A mam zacząć? – Michi marszczy czoło, posyłając Stefanowi spojrzenie, którego nie rozumiem.
- Nie no, nie, ale wiesz… - pląta się brunet.
- Czekaj, to ile ty masz lat? – wtrącam się.
- Dwadzieścia trzy – wzrusza ramionami najniższy z chłopaków.
Uśmiecham się szeroko, rozkładam ramiona i przytulam go. Nie sądziłam, że jest moim równolatkiem, ale ta prawda jeszcze utwierdza mnie w przekonaniu, że będziemy się dobrze dogadywać.
- Dałbym tęczę, ale gdzieś zgubiłem jednorożca – rzuca mój brat, przerywając mi zaprzyjaźnienie się z jego przyjacielem.
Spoglądamy na niego równocześnie z podobnymi minami irytacji.
- Serio, Michi? – krzywi się Kraft.
- Tak, serio. Czy możemy iść do samochodu? Chcę już do domu, jestem zmęczony po treningu – syczy mój brat.
- No dobrze, dobrze – wzdycham. – Dla ciebie, mogę usiąść z tyłu – zwracam się do bruneta, który posyła mi jeszcze jeden ciepły uśmiech.
- Chodźmy już – jęczy blondyn i rusza w stronę samochodu. – Jeśli was nie będzie, to odjadę sam – mówi nie odwracając się, by na nas spojrzeć.
Biorę Krafta pod ramię i posyłam Gregorowi przepraszający uśmiech, a następnie ruszamy ze Stefanem w ślad za Michaelem.
- Do jutra – rzuca Schlierenzauer.
Spoglądam przez ramię i uśmiecham się do niego.
- Do jutra – odpowiadam, czując jak ciepło rozlewa się po moim wnętrzu.
Gregor to naprawdę sympatyczny gość.
Ładuję się na tylne siedzenie i siadam pośrodku, żeby móc rozmawiać z Stefanem i Michim. Przez całą drogę śpiewamy, gadamy i śmiejemy się, aż sama nie wiem kiedy, zatrzymujemy się pod domem bruneta. Rano przywiózł go Poppi, cokolwiek to znaczy, ale później zadzwoniła do niego babcia i musiał jechać do niej, więc było mu nie po drodze.
Gdy wracam do domu idę wziąć zimny prysznic, bo moja skóra nadal jest gorąca. Jutro nie zapomnę o kremie z filtrem, za bardzo przez to cierpię. Jestem z natury blada, więc jeśli chcę się opalić, pierwszego dnia muszę używać kremu, bo inaczej z miodowego brązu na skórze nici.
Po kąpieli kładę się spać, choć przez długi okres czasu nie mogę zasnąć, ponieważ w mojej głowie jest pełno myśli i wspomnień ze skoczni. Już nie mogę się doczekać ponownego spotkania z tymi wszystkimi ludźmi, nawet z tym kruczowłosym Manuelem. Tuż przed zaśnięciem obiecuję sobie jedną jedyną rzecz, która niesamowicie pachnie nonsensem.

Ja go rozgryzę.

====================================================


To nie tak, że ja zapomniałam. Po prostu nie było mnie w tamten weekend w Polsce, bo pojechałam do Pragi. Swoją drogą - było pięknie! Naprawdę świetnie spędzony czas, wycieczka warta wydanych pieniędzy. Ale nie ważne. Ja pojawię się tu za trzy tygodnie i mam nadzieję, że będziecie na mnie czekać. 
Pozdrawiam, 
Monika Karolina xoxo

sobota, 6 maja 2017

01.

~Manuel~

Siedzę na belce i czekam na znak od Gregora, aż będę mógł skoczyć. W końcu startuję i zjeżdżam po najeździe i wybijam się wysoko z progu. Czuję powietrze wdzierające się przez mój kombinezon do wnętrza. Ziemia jest co raz bliżej, mocniejszy podmuch wiatru sprawia, że napinam mocniej mięśnie, żeby ustabilizować lot, aż w końcu ląduję składając się do telemarku. Narty suną po igielicie, aż w końcu zjeżdżam na trawę i rozluźniam się nieco. Widzę, że obok Krafta stoi Michael i jakaś dziewczyna. Podjeżdżam do nich i witam się z Hayboeckiem. Dziewczyna patrzy na mnie.
- Elsa – mówi i uśmiecha się, wystawiając w moją stronę dłoń.
Jest wyjątkowo gorąco, czuję, że cały aż kleję się od potu, więc nie podaję jej ręki. Kiwam jedynie głową na przywitanie i, chcąc jak najszybciej pozbyć się zbędnej warstwy, rozsuwam zamek w kombinezonie do pasa, a następnie zsuwam rękawy. Blondynka ewidentnie mnie obserwuje, niemal czuję jej wzrok na sobie, ale patrząc na jej budowę uznaję, że to jeszcze dziecko. Prawie pewne jest to, że nie skończyła jeszcze nawet osiemnastu lat. Jest drobna i wzrostem prawie dorównuje Stefanowi.
Podchodzi do nas Gregor i z udawaną pretensją w głosie zagaduje blondyna, który miał zjawić się tutaj godzinę temu, jak my wszyscy. Trening to trening, nie powinien sobie odpuszczać. Chłopak tłumaczy się jednak tym, że coś mu wypadło i rzuca wymowne spojrzenie tej małej. Ja w tym czasie kucam, by odpiąć narty i zdejmuję je stawiając stopy po ich bokach i wstaję. Ona tylko marszczy czoło w grymasie niezadowolenia, czy coś w tym rodzaju. Gregor przedstawia się jej, posyłając przy tym głupkowaty uśmiech. Kiwa do niego głową powtarzając swoje imię po czym spogląda na mnie. Zdejmuję kask, ponieważ czuję, że moja głowa za raz eksploduje z ciepła, jeśli tego nie zrobię. I w momencie, gdy wiatr wdziera się między moje włosy orientuję się, że się nie przedstawiłem.
Spoglądam na błękitnooką blondynkę i rzucam krótkie:
- Fettner – gdy tylko otwieram usta, czuję że mój język jest suchy, jak wiór, więc ruszam po wodę, by jak najszybciej pozbyć się tego paskudnego uczucia.
Dziewczyna wydaje się zdumiona tym, że w ogóle się do niej odezwałem, ale ja zupełnie tego nie rozumiem. Co ja, Tarzan jestem?
Zatrzymuję się w cieniu metalowego podestu, ponieważ skóra piecze mnie od słońca. Sięgam po butelkę i z zadowoleniem zauważam, że mimo żaru lejącego się z nieba, woda nadal jest zimna. Szybko otwieram nakrętkę i przystawiam plastikowy gwint do ust, ignorując świadomość bycia obserwowanym. Nie mogę w to uwierzyć, ale ta mała naprawdę mnie obserwuje. Zajmuję się błogim uczuciem, zimnej wody przepływającej w głąb mojego ciała. Mija mnie Kraft z Hayboeckiem, dyskutujący o czymś na tyle cicho, bym nie zrozumiał ani słowa. Wchodzą razem do domku, a ja odsuwam butelkę od ust. Odwracam się przez ramię, dziewczyna przygląda się uważnie twarzy Gregora, który coś do niej mówi.
Kiedy oni wszyscy nauczyli się tak cicho mówić? Nie ma jak podsłuchiwać.
Dziewczyna zaplata ramiona i dopiero wtedy zauważam jej walory, ale strasznie głupio mi z obserwowania jej praktycznie z ukrycia, więc ponownie pociągam z butelki i patrzę na metalowe schody przede mną.
Słyszę, że ktoś się zbliża, domyślam się, że to Schlierenzauer i ta blondynka.
- Słucham? – dziewczyna mówi odrobinę głośniej.
Mimochodem spoglądam na nich zaciekawiony. Szatyn ma tak głupią minę, że nawet nie próbuję się domyślać, co głupiego palnął. A mówiłem, żeby od czasu do czasu pomyślał nad tym, co robi. Uśmiecham się półgębkiem, gdy gdzieś w mojej głowie pojawia się słowo „idiota”. Kręcę nią i zaglądam do butelki, zbywam uśmiech z mojej twarzy i butelka ponownie rusza w trasę do moich ust. Nabieram płynu w policzki, lecz zanim zdążę przełknąć słyszę głośne:
- Michi to mój brat – oznajmia dziewczyna.
Zaciskam wargi, żeby nie zrobić z siebie zraszacza i idioty równocześnie. Ostatecznie połykam wodę, a chwilę później obok mnie przechodzi Schlieri wykonując gest dłonią wskazujący schody.
- Zapraszam – mówi.
Nie odwracam wzroku, żeby spojrzeć na dziewczynę, a ona chwilę  później przemyka obok mnie i niemal wbiega na schody.
- Nie za wesoło wam? – pytam, nie wiem czemu.
Dziewczyna spogląda na mnie ze szczytu schodów. Na jej czole pojawiają się zmarszczki, wygląda nieco zabawnie, ale zachowuję powagę. Czuję dłoń Gregora na moich plecach, która uderza delikatnie w lewą łopatkę dwukrotnie.
- Daj spokój, Manuel – mówi z uśmiechem na ustach.
Patrzę, jak szatyn wbiega po schodach i staje obok blondynki. Mam ochotę prychnąć, ale tego nie robię. Jesteśmy dorośli, ona może nie, ale my tak. Prychanie na siebie wydaje mi się strasznie dziecinne, więc po prostu zakręcam butelkę.
- Już nic nie mówię – bąkam krótko, odkładam butelkę na miejsce i odwracam się, by ruszyć w stronę domku.
Odchodzę wciągając rękawy kombinezonu. Nie słyszę ich rozmowy, ale nie wiem nawet, czy w ogóle rozmawiają. Wchodzę do domku, Kraft wcina banana przyglądając się Hayboeckowi, który sprawdza swój sprzęt.
- Fajna ta twoja siostra – mówi Stefan nim ugryzie następny kawałek banana.
Podchodzę do stolika w rogu pokoju i zauważam, że ktoś dobrał się już do moich Mannerów, więc biorę jednego i sięgam po telefon, żeby sprawdzić, czy nikt się do mnie nie dobijał. Michael stawia swoje narty i opiera je o ścianę, obok Krafta. Przyglądam im się chrupiąc wafelek. Blondyn spogląda z ukosa na bruneta.
- Co ty chcesz od mojej siostry? – pyta podenerwowany, a jego nozdrza się rozszerzają.
Siadam na stoliku ciekawy odpowiedzi Krafta. Już dawno to nasze skoczne małżeństwo o nic się nie kłóciło. To może być ciekawe, w zależności od tego, co powie Stefan.
- Nic, tylko mówię, że jest fajna – odpowiada niepewnie dwudziestotrzylatek.
Michi mierzy go wzrokiem, jakby szukał oznak kłamstwa, ale ja jestem przekonany o tym, że młodszy z nich nie miał na myśli nic złego.
- Na twoim miejscu, martwiłbym się o Schlieriego – rzucam od niechcenia, sięgając po następny wafelek.
Blondyn patrzy na mnie zdziwiony, jakby nie zauważył, że w ogóle tu jestem. Mięśnie jego szczęki zaciskają się, niemal wychodzą spod skóry.
Było nie zabierać smarkuli na trening.
- Co masz na myśli? – robi krok w moją stronę.
- Nic, nic – wzruszam ramionami. – To chyba dobrze, że się zaprzyjaźnia. Ktoś musi się nią opiekować – bąkam.
Hayboeck wciąga powietrze nosem ewidentnie zirytowany, chwyta narty i wychodzi z domku, trzaskając drzwiami. Kraft patrzy na mnie dziwnie, wyrzuca skórkę po bananie do kosza, bierze swój sprzęt i wychodzi za kumplem na zewnątrz. Postanawiam zostać jeszcze trochę w klimatyzowanym pomieszczeniu, niż męczyć się tam w żarze i spiekocie.
Sam nie wiem, dlaczego postanowiłem nasłać starszego brata na tę smarkulę, ale z ciekawości podchodzę do okna, żeby widzieć to, co zrobi Michi. Nie chcę zwad w zespole, ale ta sytuacja mnie zwyczajnie bawi. Blondyn nawet nie wiedział, jaki błąd popełnił zabierając młodszą siostrę na trening. Dwudziestopięciolatek nic nie robi oprócz gadania, dziewczyna szybko ugłaskuje go składając całusa na policzku brata. Nie sądziłem, że tak łatwo się podda. Poza tym, do akcji wkracza Kraft, a chwilę później Michael po prostu schodzi z podestu i razem z przyjacielem kieruje się w stronę wyciągu.
Odkładam pudełko z Mannerami na stolik, a raczej po prostu rzucam je w tamtą stronę, nie dbając o to, czy wyląduje na blacie. I tak ktoś opróżnił pół pudełka. Opłukuję twarz zimną wodą, wycieram ją szybko, biorę swój sprzęt i wychodzę w najgorętszy dzień tego lata.
Mijam podest, bez zerkania. Nie będę przeszkadzał tym gołąbeczkom, od tego jest tutaj Michi. Chyba nie zbyt dobrze sprawdza się w roli starszego brata-opiekuna. Na jego miejscu bardziej pilnowałbym tej małej. Ani się obejrzy, a jego siostrzyczka i jej adorator będą przerażonymi, przyszłymi rodzicami. Gregor skończy z otłuczoną twarzą, a ta blondyneczka zalana łzami, siedząc w wannie z testem rzuconym do łazienkowego śmietnika. Żadnemu z nich tego nie życzę, ale jeśli to dziecko zostanie bez nadzoru, to zaraz coś skombinuje.
- Dalekiego skoku – krzyczy ktoś z góry.
Zadzieram głowę i mrużę oczy. Ona naprawdę sądzi, że się zaprzyjaźnimy? Wybacz, mała, ale mam na głowie zbyt wiele piskliwych fanek w twoim wieku. Tłum nastolatek krzyczących moje imię to koszmar, mam uprzedzenia. Takie życie. Nie odpowiadam, ruszam dalej nie zastanawiając się, co o mnie pomyśli.

Po treningu jestem naprawdę zadowolony z siebie. Szło mi wyjątkowo dobrze, jak na taki upał. Wracam do domku i zaczynam się przebierać, choć najchętniej wziąłbym teraz zimny prysznic. Roztrzepuję włosy dłońmi, ponieważ uklepały się od kasku i czuję się niekomfortowo. Nie obchodzi mnie to, że wraz ze mną przebiera się jeszcze kilku innych chłopaków. To jak przebieranie się po w-fie. Ale oczywiście drzwi otwierają się i do środka wpada ta małolata.
- Michi, masz coś do picia? – krzyczy od progu i dopiero, gdy staje pośrodku orientuje się, że źle zrobiła.
Przygryza dolną wargę i rumieni się speszona. Patrzę na nią, zamiast się ubierać, mimo, że stoję w samych bokserkach i skarpetkach, jakby zamrożony w połowie drogi do ubrania spodni. W końcu dziewczyna rozgląda się i spogląda na mnie, co odblokowuje mnie i zaczynam wciągać czarne jeansy. Jeszcze tego mi brakowało, żeby nieletnia mnie prawie nagiego oglądała. Odwracam się do niej plecami i zapinam spodnie i pasek. Czekam, aż jej brat w końcu da jej coś do picia lub sama zorientuje się, że powinna wyjść, ale żadna z tych opcji nie staje się prawdą. Wciągam szybko szary podkoszulek, zabieram skórzaną kurtkę, przewieszając ją przez torbę i zbieram wszystkie rzeczy, po czym wychodzę mijając ją w progu.
Nie mam zamiaru znosić tej małej w naszym domku, podczas gdy się ubieramy. Może innym to nie przeszkadza, ale mi owszem. Po drodze do samochodu mijam się z Gregorem, który kiwa do mnie głową i uśmiecha się.
- Świetnie ci dzisiaj szło, oby tak dalej – mówi, a ja tylko potakuję.
- Nie mogę się nie zgodzić – bąkam.
Rozchodzimy się bez słowa, ale chyba naprawdę nie mam zamiaru z nikim dzisiaj rozmawiać.

Gdy wracam do domu, od progu wita mnie rozentuzjazmowany pies, który biega w kółko, jak szalony i dzwoni pazurkami o podłogę. Tarmoszę jego futro na głowie i zostawiam rzeczy w przedpokoju, biorę smycz, a następnie zabieram go na spacer. Po powrocie zjadam odgrzaną w mikrofalówce tortillę, biorę prysznic i kładę się spać.

v^v^v^v^v^v^v^v^v^v^v^v^v^v^v^v^
Jak obiecałam, tak wróciłam!
Cytat rozdziału: "Kraft wcina banana przyglądając się Hayboeckowi, który sprawdza swój sprzęt." ( ͡° ͜ʖ ͡°) ( ͡° ͜ʖ ͡°) ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Nie wiem, co jeszcze mogę powiedzieć, więc nie będę mówić/pisać nic więcej.
Następny za miesiąc!