sobota, 1 lipca 2017

03.

~Vanessa~
Po przebudzeniu się, wspominam to, o czym myślałam tuż przed zaśnięciem. Powietrze pachnie jeszcze większym nonsensem, niż wczoraj. Niby jak ja chcę rozgryźć kogoś, kto ze mną nie rozmawia, tylko mierzy mnie wzrokiem z pogardą. Co on sobie w ogóle myśli? Że jestem jakaś gorsza? Co to, to nie! Nie jestem gorsza, udowodnię mu to!
Zrywam się z łóżka i w drodze do łazienki układam sobie krótki plan dnia. Ale gdy tylko docieram do drzwi łazienki i chwytam za klamkę, orientuję się, że ktoś jest w środku. Uderzam w drewno otwartą dłonią i przysuwam twarz, jak najbliżej.
- Michael, wyłaź! – krzyczę, choć przecież w środku może być każdy.
Kilka sekund później zamek otwiera się, a na progu stoi Michi i przygląda mi się.
- A ty, co tak wcześnie wstałaś? Wakacje masz, jakbyś zapomniała – bąka, nie przepuszczając mnie.
 - Przecież jadę z tobą na trening – rzucam, gdzieś w jego tors i próbuję przecisnąć się do pomieszczenia za jego plecami.
Chłopak ponownie zagradza mi drogę, a ja wzdycham ciężko spoglądając ze zrezygnowaniem na jego świeżo ogoloną twarz.
A żeś się wypachnił, braciszku.
- Nigdzie ze mną nie jedziesz, dzisiaj mamy siłownię – uśmiecha się zwycięsko.
Zaplatam ramiona na piersi i wydymam wargi.
- Dostałam zaproszenie – rzucam, mając nadzieję, że gdy wejdę do łazienki nie zbierze się jak najszybciej i nie ucieknie.
- A niby od kogo? – marszczy czoło, także zaplatając ramiona.
- Od Gregora – mówię i mam ochotę się uśmiechnąć, ale wzrok brata przewierca mnie na wskroś, więc jedynie unoszę prawy kącik milimetr w stronę oka.
Michael wzdycha, jego skronie pulsują, mięśnie szczęki zaciskają się, a nozdrza rozszerzają. Gdyby nie to, że jest moim bratem, uznałabym, że jest przystojny. Naprawdę. W końcu mamy te same geny, urody nie dziedziczy się przez przypadek. W końcu dwudziestolatek wzdycha i rozchyla usta, cicho wciągając powietrze.
- Pospiesz się – mówi, patrząc nad moją głowę. – I nie rób obciachu, jak wczoraj wieczorem – dodaje przepuszczając mnie w drzwiach.
No, nareszcie! Nigdy do końca nie zrozumiem tego chłopaka. Wiem, że się o mnie troszczy, w końcu jestem jego jedyną siostrą i w ogóle, ale czasem przesadza. Jest zdecydowanie nadopiekuńczy. I pomyśleć, że chcę rozgryźć obcego faceta, jak przez dwadzieścia lat wspólnego mieszkania pod jednym dachem, nie umiem rozszyfrować własnego brata. Ja to potrafię postawić sobie wyzwanie. Ale teraz już trochę za późno, challenge accepted. Chciałam, to mam. Teraz jedynie mogę pożyczyć sobie powodzenia.
No, to powodzenia.
Biorę szybki prysznic i czekając, aż trochę wyschną mi włosy, myję twarz i zęby. Nie muszę martwić się o czas na zrobienie makijażu, ponieważ go nie noszę. Pół godziny więcej przed wyjściem. Gdy po umyciu zębów, przepłukuję jamę ustną płynem, Michi puka w drzwi łazienki.
- Jak ci idzie? – pyta.
Wypluwam płyn i przecieram usta wierzchem dłoni.
- Prawie gotowa – zapewniam, roztrzepując włosy rękami. Może wyschną po drodze.
Wychodzę szybko i truchtam do pokoju, żeby się ubrać. Mają trening na siłowni, więc raczej nie będę potrzebować czegoś, co ochroni moją, i tak już sparzoną, skórę. Decyduję się na jasne szorty i luźny podkoszulek na ramiączkach, ale na wszelki wypadek i tak pakuję do torebki krem z filtrem. Ubieram białe stopki i czarne tenisówki, ze stolika nocnego podnoszę okulary przeciwsłoneczne, a z biurka czapkę z daszkiem. Nieważne, że należy do Michaela, on i tak ma ich pełno od sponsora. Rzucam jedno spojrzenie w stronę lustra. Wyglądam trochę, jakbym szła na wycieczkę szkolną, ale to mi nie przeszkadza. Idę tylko popatrzeć na trening kumpli mojego brata, tak? To fajne ziomki i tyle. Nie liczę na nic więcej. No, może chciałabym jeszcze spełnić swoją obietnicę ze wczoraj, ale do tego muszę podejść powoli.
Ludzi takich, jak Fettner nie da się rozgryźć z dnia na dzień. Chyba. Nie wiem, on jest wyjątkowy. I dziwny. Albo wyjątkowo dziwny. Kto by o to dbał? Wpadam na chwilę do kuchni, biorę dużą butelkę wody, a następnie wychodzę na zewnątrz. Jest równie gorąco, jak wczoraj. To chyba najcieplejsze lato, jakie pamiętam. Wsiadam do samochodu, na fotel pasażera, a Michi odpala samochód. Opuszczamy szyby do oporu, a potem, nie bacząc na spojrzenia ludzi z innych samochodów stojących obok na światłach, wydzieramy się w niebogłosy, wyśpiewując teksty piosenek z radia. Brzmimy jak zdychające pterodaktyle, ale nie obchodzi nas to. Po prostu świetnie się bawimy, a takie chwile bardzo zbliżają rodzeństwo. Podobnie, jak nocne rozmowy, gdy razem pojechaliśmy pod namiot, trzy lata temu. Jedno z najlepszych wypadów wakacyjnych, a na pewno najlepszy wypad z Michaelem. Zwierzaliśmy się sobie grubo po północy, a później nawzajem się uciszaliśmy, żeby nie zjadły nas wilki.
Dojeżdżamy pod wielki budynek z przeszklonym frontem, z czerwonej cegły, parkujemy w jego cieniu i wysiadamy. Zakładam na głowę czapkę brata, bo włosy prawie wyschły mi podczas podróży.
- Fajny full cap – zauważa ironicznie.
Podchodzę i wtulam się pod jego ramię.
- Ja też cię kocham, braciszku – mruczę, gdy ten otwiera bagażnik, żeby wyjąć z niego torbę sportową.
- Wiem, Nessi, wiem – mówi tylko i puszcza mnie, po czym zamyka klapę bagażnika.
Razem wchodzimy do wielkiego gmachu, wita nas zimne powietrze z klimatyzacji, a ja uśmiecham się, gdy za szybą oddzielającą hol od sali ćwiczeń, widzę sprzęt sportowy. Hala wydaje się przestronna, choć wszędzie stoją jakieś kolorowe pachołki i rowerki do ćwiczeń. No i wszechobecne sztangi. Wiem, że to chuderlaki, ale wiem też, że dadzą sobie radę z tymi sztangami. Jakby nie było, mój brat może i ma metr osiemdziesiąt dwa wzrostu i wygląda, jak szczypiorek, ale bez problemu podnosi taką kulkę jak ja. A ważę co najmniej tyle, co  on.
- Zaczekaj tutaj – mówi i odchodzi na prawo, a ja rozglądam się jak głupia, mając nadzieję, że szybko wróci.
Odwracam się z głową zadartą do góry, podziwiając kopułę nade mną, aż obracam się o sto osiemdziesiąt stopni i spuszczam głowę, stojąc twarzą do wejścia, a przez drzwi wchodzi nie kto inny, jak Manuel Fettner. Początkowo zastanawiam się, czy gdzieś nie uciec, ale szybko zdaję sobie sprawę z tego, że stoję na środku dość przestronnego i pustego holu. Zastygam w bezruchu. Może mnie nie zauważy.
­Może, skoro jest niemową, jest też ślepcem?
Idzie luźnym krokiem przed siebie, ze wzrokiem wbitym w czubki czarnych butów, słuchawkami na uszach i czarnymi włosami uciekającymi spod jasnej czapki z daszkiem. Dłonie wbił w kieszenie szarych spodni, a czarny podkoszulek wydaje się wisieć na jego szczupłym ciele. I, oczywiście, jak na komendę, akurat podnosi wzrok. Gdy mnie zauważa, spowalnia nagle, ale chwilę później kręci głową, prycha i idzie dalej, znikając za tymi samymi drzwiami, co Michi.
Aha. To może ja serio robię się przezroczysta. Wczoraj też mnie olał. Fajnie, nie ma co. Ten koleś jest jeszcze bardziej pokręcony, niż sądziłam. Ale, zaraz, zaraz… Przecież ja go miałam rozgryźć! Tymczasem, stoję sobie, jak ostatnia sierota i czekam na mojego wielce szanownego, pławiącego się w sławie, brata, który pewnie już zapomniał, że mnie tu zostawił.
A gdyby tak…? Nie, nie ma opcji, żebym ponownie wbiła im do szatni. Wczoraj już nażarłam się wstydu, aż po kokardy. Raz na tydzień wystarczy. Dzisiaj się zabezpieczyłam, wzięłam wodę ze sobą.
Sięgam do torby po gumę balonową, gdy w końcu z szatni wychodzi mój brat. Oczywiście, zdążył się już przebrać.
- Trener zgodził się, żebyś przyglądała się treningowi – informuje mnie.
Uśmiecham się szczerze zadowolona.
- To fajnie – stwierdzam.
- Świetnie – stara się naśladować mój ton, ale zamiast uzyskać odpowiednią barwę, jedynie piszczy, jak kastrat. Uspokaja się po chwili, po czym mówi już normalnym głosem. – Nie wywiń żadnego numeru, tylko patrzysz. Jasne?
- Jak słońce – szczerzę się jak głupia.
Nie mam bladego pojęcia, co sprawia, że cieszę się w tak dużym stopniu, na ten trening. Nie zastanawiam się nad tym, szkoda czasu. Idę za blondynem, który wpuszcza mnie na halę i pokazuje, gdzie mogę usiąść.
Po chwili na salę wchodzi duża grupka chłopaków, mniej więcej tego samego wieku. Zauważam wśród nich Gregora, który posyła mi uroczy uśmiech, oraz Stefana, który macha mi, dopóki nie zrobię tego samego. Wszyscy zaczynają truchtać wkoło hali, Kraft dyskutuje o czymś z moim bratem, szybko przebierając nogami, aby dotrzymać mu tępa. Ten chłopak naprawdę potrafi być uroczy nie robiąc nic specjalnego.
Czuję na sobie czyjś wzrok, więc spoglądam w tamtą stronę. Fettner truchta obok jakiegoś mężczyzny o idealnie czarnych włosach i lekkim zaroście. Ogółem rzecz ujmując: nie znam chłopa, ale wydaje się sympatyczny. Chyba jest starszy, ma jakieś mądrzejsze, nieco poważniejsze spojrzenie. Na pewno bardziej poważne niż reszta tych ciołków. Ja naprawdę nic do nich nie mam, ale gdy patrzę, jak gonią się i popychają, mam wrażenie, że oglądam lekcję wychowania fizycznego w podstawówce. Ale cóż, ponoć faceci to wieczne dzieci, czy jakoś tak.
Po przebieżce, względnej rozgrzewce i rozciąganiu, chłopcy zostają podzieleni między sprzęt. A raczej sami się dzielą. Oczywiście, ćwiczą w parach, jak na podstawówkę przystało. Po drugiej stronie pomieszczenia dostrzegam miodową czuprynę Schlierenzauera i przyglądam się mu, gdy w skupieniu obserwuje w połowie sflaczałą piłkę, na której stoi. Chłopak, z którym jest w parze ma wyłupiaste oczy i głupkowatą twarz, a na dodatek cały czas kopie tę piłkę. Nie mogę mieć do niego o to pretensji, bo chyba właśnie na tym polega to ćwiczenie – na utrzymywaniu równowagi.
Gregor wydaje się spokojny i opanowanych, choć nie znam go zbyt dobrze. W pewnym momencie podnosi wzrok i nasze spojrzenia się spotykają, chłopak posyła mi uśmiech, na co chichoczę, jak nastolatka i szczerzę się, jak szczerbaty do sucharów. I nagle oczy szatyna znikają gdzieś, gdy jego ciało spada z piłki. Zrywam się z miejsca i szybko do niego podbiegam. Schlieri leży na podłodze trzymając się za łydkę i krzywiąc z bólu.
- Skórcz – jęczy, ale nikt nie spieszy mu z pomocą.
Padam na kolana, obok jego zwiniętego ciała i prostuję nogę, a następnie zaczynam rozmasowywać mięsień. Koliste ruchy, bez pośpiechu, skupienie na pacjencie – dokładnie tak, jak nas uczyli. Ale to nie pomaga. Masuję nieco szybciej i głębiej wbijając palce w jego skórę. Dookoła zbiera się grupka gapiów, aż widzę trenera, który wystawia w moją stronę ręce.
- Nie ruszaj go – niemal krzyczy z przerażeniem w oczach.
- Spokojnie, studiuje fizjoterapię, wie co robi – zatrzymuje go Michael.
Mężczyzna łagodnieje, a ja posyłam blondynowi uśmiech.
Dzięki, braciszku.
- Studiuje? – pyta ktoś z tłumu, ale nie wiem kto. – Przecież ona chodzi do liceum – dodaje ten sam głos.
- Mam dwadzieścia trzy lata, ośle – sączę przez zęby, a następnie przyglądam się twarzy Gregora, którego noga wydaje mi się już mniej napięta. – Lepiej? – pytam.
Chłopak kiwa głową, widzę wdzięczność wypisaną na jego twarzy.
Ktoś mija nas bokiem, widzę to doskonale ponieważ wszyscy zebrali się przede mną, żeby mieć lepszy widok. Spoglądam kątem oka na uciekiniera i moje plecy przebiega dreszcz. Ja rozumiem, że on ma tutaj trening, ale czy musi się ciągle rzucać w oczy? Z zamyślenia wyrywa mnie głos trenera:
- Nie chcesz może pracy na wakacje? – pyta, kucając przy Gregorze.
Czuję, że moje usta się otwierają, a ja nie mogę ich zamknąć. Po prostu, szczęka opada mi do podłogi. Spoglądam niepewnie na Michaela, który podpiera się pod boki, górując nad nami. Przenoszę wzrok na twarz trenera. Wydaje się sympatyczny.
- Właściwie, to miałam rozejrzeć się za jakimś stażem – mówię.
Trener uśmiecha się do mnie, cicho prychając.
Czy pan ze mnie kpi?!
- Sądzę, że w takim wypadku, możesz już nie szukać – prostuje się.
- Ale… Nie mam żadnego doświadczenia, ani… - zaczynam.
- Podbiegłaś jako pierwsza i jedyna. Nie ma z nami fizjoterapeuty, Gregor dalej zwijałby się z bólu, gdyby nie ty – przerywa mi.
W sumie ma rację. A ja czuję się o niebo lepiej, że mówi to głośno, przy tych wszystkich ludziach. Rosnę w ich oczach. Ba, rosnę w swoich oczach. Wstaję, i otrzepuję ręce, choć nic na nich nie ma.
- Dziękuję – mówię i spoglądam w dół, czując, że zaczynam się czerwienić. – To dla mnie duża szansa – przyznaję.
Mężczyzna wystawia w moją stronę prawą dłoń, a ja przez chwilę zastanawiam się, czy powinnam ją uścisnąć. W końcu idę po rozum do głowy. Taka szansa nie zdarza się dwa razy. Chwytam pewnie dłoń trenera i potrząsam nią, patrząc mu w oczy, on uśmiecha się i mówi:
- Witamy na pokładzie – puszcza moją dłoń, ale nie przerywa kontaktu wzrokowego.
Uśmiecham się. Dostałam pracę. A w zasadzie staż. Ale płatny, więc to praca. Tak, to zdecydowanie praca. Moja pierwsza w życiu praca. Dlaczego czuję się, jakbym zaczęła latać? Czy to satysfakcja? Zdecydowanie! Nagle moją ekscytację przerywa prychnięcie zza moich pleców.
- Świetnie, jeszcze zacznijmy zatrudniać dzieci – bąka ktoś.

Poznaję ten głos, to ta sama osoba, która powiedziała, że chodzę do liceum. Odwracam się przez ramię i zastygam w bezruchu.

---------------------------------------------------------------------------------------------------


Ahoj!
Jak tam wakacje? W końcu tematyka opowiadania pokrywa się z rzeczywistością. Tylko rok się nie zgadza, ale mniejsza o to. Tak oto Nessi dostała pracę i uznała, że Fettner jest gburem i debilem. Jednak patrzmy na pozytywy: będzie spędzać czas ze skoczkami i jeszcze brać za to pieniądze. Nic tylko żyć.
Dzisiaj gif nie ze skoczkami, a z Ashley Benson, bo tak mi jakoś pasuje na Vanessę.
Nie przedłużam, dziękuję za wszystkie komentarze i zaproszenia do siebie (z niektórych skorzystałam), życzę udanych wakacji, a z Ness i kolcami spotkacie się już 5 sierpnia!
Całusy!

3 komentarze:

  1. No no no :D
    Scena w domu była urocza ;) taki brat to skarb :)
    Machajacy Kraft musi być uroczy :*
    Nessi uratowała życie Gregora więc ten teraz już na pewno się w niej zakocha <3
    Co do Fettnera to bardzo nie ładnie tak obrażać innych, najpierw ja olewa i udaje że nie widzi a przecież mógł jej chociaż cześć powiedzieć, bo tak przecież zachowują się normalni ludzie, ale wracając do tematu to później obraża ją że niby chodzi do liceum serio??? Ja też jestem mała i nie wyglądam na swój wiek, ale nikt mi nie mówi że chodzę do liceum i jeszcze ten tekst o zatrudnianiu dzieci? Serio? Nie mógł odpuścić? Jakim trzeba być Mrocznym Panem żeby tak po ludziach cisnąć :P
    No dobra życzę dużo weny i przesyłam pozdrowienia :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tam jednego Mrocznego Pana znam i okazuje się być naprawdę w porządku, ale widać różnie z ludźmi bywa. W końcu Fettner jest trudny, jak to Grześ powiedział.
      Dzięki wielkie za komentarz i zapraszam za miesiąc :)

      Usuń
  2. Gregor z całą pewnością jest wniebowzięty zatrudnieniem Nessi. ;D Jestem ciekawa, jak to się dalej potoczy. Czy Fettner zmieni do niej podejście? Czekam na next! :D

    OdpowiedzUsuń