sobota, 5 sierpnia 2017

04.

Nie odpowiadam za treść rozdziału i sposób, w jaki ona w płynie na waszą psychikę. :)


~Vanessa~
Zwyczajnie nie lubię tego gościa. I on mnie chyba też. To prawie pewne. Te ciągłe uszczypliwe uwagi i sposób, w jaki mierzy mnie spojrzeniem z pogardą. Uważa się za kogoś lepszego, bo jest umięśniony, szczupły, wytatuowany i przystojny? Chwila co? Nie, nie, nie! On po prostu dobrze wygląda, ale nie jest przystojny. Chociaż, jakby tak przechylić głowę na prawo, w tym świetle…
NIE!
To jakiś potwór, nie człowiek. A potwory nie są przystojne. Tak, właśnie tak. Zdecydowanie nie jest przystojny. Poza tym, NIE LUBIĘ GO! Chyba będę sobie to musiała zapisać na przedramieniu, żeby nie plątać się w myślach, co do niego. To po prostu wytatuowany oszołom z dziwną fryzurą, tunelem w uchu i ciałem tu i ówdzie pokrytym bazgrołami na całe życie. Jeszcze będzie tego żałował. Kiedyś nawet tacy, jak on zakładają rodziny, a później wstydzą się przed dziećmi swojej własnej głupoty.
Odrywam wzrok od jego twarzy, bo jego spojrzenie zaczyna mi ciążyć. Ma tak ciemne tęczówki i wiercący wzrok, że aż mnie mdli. Ewentualnie flaki mi się przekręcają na jego widok. W każdym razie, coś dzieje się z moimi wnętrznościami, aż czuję ucisk pod przeponą i jestem pewna, że jeśli nic nie zrobię, to za chwilę zarzygam komuś buty. Ewentualnie tę podłogę, która jest twarda i sprężysta. Jakiś cudowny, sportowy wynalazek – jak nic.
- Może zaczniemy od przedstawienia ci zespołu – proponuje trener, a ja jestem mu wdzięczna, że zajął mnie czymś innym niż ten gbur, stojący dwa metry ode mnie.
- Świetny pomysł – mówię z uśmiechem, choć w moim brzuchu nadal szaleje tornado.
UWAGA, ERUPCJA WULKANU ZA TRZY… DWA… JEDEN…
Przełykam ślinę i odwracam się w stronę mężczyzn zbitych w grupę.
- Jestem Andreas Kofler – uśmiecha się ten facet, który biegał z Fettnerem.
Odwzajemniam uśmiech i ściskam jego dłoń.
- Miło mi poznać, liczę na udaną współpracę – drzwi trzaskają za mną, drżę w miejscu, gdy dźwięk roznosi się po pomieszczeniu. Czyżby pan „jestem najlepsiejszy, patrz na mnie z szacunkiem, mała gnido” sobie poszedł? Mam to w nosie, mniej więcej tak, jak on moją osobę. – Nazywam się Vanessa Hayboeck i jestem młodszą siostrą Michaela. Jak już wiecie, studiuję fizjoterapię, właśnie skończyłam czwarty rok – wypinam się z dumą, unosząc podbródek w górę i podpierając się pod boki. – Najwyraźniej teraz będę waszą fizjoterapeutką – dorzucam, mając nadzieję, że zabrzmi to pogodnie i zdobędę ich sympatię.
Mam ochotę zastrzec sobie przed trenerem, że nie będę współpracować z Manuelem, ale przy jego nastawieniu, nie będę musiała tego robić. Jak tak dalej pójdzie, to może nawet pozbędziemy się go z kadry? Chociaż nie, wczoraj widziałam, jak skakał na treningu i szło mu nieźle, to może lepiej, żeby został. Ale tylko dla dobra ogółu.
Pozostali przedstawiają mi się i podają zdrobnienia, które mogę używać, bo wszyscy tak robią. Ale ja nie jestem wszyscy, heloł?! I tak oto, w końcu wiem, że Poppi to nie kto inny, jak Manuel Poppinger, który ćwiczył z Gregorem jakieś półgodziny temu, nim chłopak runął na ziemię z powodu skurczu. Poznaję także Didla, aktualnie w kadrze B, i kompletnie nie mam pojęcia, jak utworzył ten skrót od nazwiska Diethart, ale nie wnikam w szczegóły. Okazało się, że nawet ten poryty czub z martwą wiewiórką na głowie, Manuel Fettner, ma zdrobnienie, które brzmi jak imię Teletubisia.
- Fetti – uświadomili mnie chłopcy.
Równie dobrze, mógłby mieć napisane na czole:
Lubię w dupę,
Walę gruchę.
Prychnęłam śmiechem, ale szybko się uspokoiłam.
- Naprawdę, bardzo do niego pasuje – oznajmiłam, starając się zachować powagę.
Wszyscy razem ze mną huknęli głośnym śmiechem, a w tym momencie drzwi do szatni otworzyły się i powrócił Władca Ciemności Fetti Pierwszy. Uśmiech błąkał mi się na twarzy, ponieważ zdałam sobie sprawę z tego, że w takim razie nie jest, aż takim ponurym gburem, ale wtedy do głowy przyszło mi, że jest niemiły tylko względem mnie i dobry humor prysnął, jak mydlana bańka.
- Świetnie, że wróciłeś – ucieszył się trener. – Możemy kontynuować trening – zatarł ręce. – Pani na razie dziękujemy – zwrócił się do mnie. – A wy na sprzęt i pedałujecie na rowerkach.
Usiadłam sobie obok mojej torebki, tam gdzie wcześniej. Chłopcy byli bardzo posłuszni, słuchali się trenera co do joty. No, może poza „ćwiczyć, a nie gadać”.  Przyglądałam się im, cały czas czując na sobie czyjeś spojrzenie. Po drugiej stronie sali, na rowerze ćwiczył Gregor i przyglądał mi się z pół uśmiechem. Nie powiem, fajny był, dobrze mi się z nim gadało i w ogóle, ale dziwnie czułam się pod stałą obserwacją. W dodatku, Michael co chwilę rzucał wzrokiem po hali, jakby tylko szukał kogoś, kto się na mnie patrzy. Zauważyłam, że dzisiaj inaczej podszedł do sprawy, normalnie pozwolił mi ze wszystkimi porozmawiać i nie robił pretensji. Wiem, że wszystko co robi wynika z troski, ale czasem naprawdę przesadza. Jestem tylko dwa lata młodsza, a on przez całe życie traktuje mnie jak dziecko.
Sięgam po wodę i mój wzrok przejeżdża po dwóch skoczkach, ale w spojrzeniu jednego z nich jest coś, co sprawia, że napinam się, jak struna i nie mogę zaczerpnąć oddechu. Te czarne oczy przeszywające mnie na wylot, jakby chciały spojrzeniem przewiercić mi głowę. Wzdycham, czując, że mój żołądek, wątroba i jelito grube zaczynają tańczyć Macarenę. Chyba zwymiotuję, jak Boga kocham. Staram się spojrzeć gdzie indziej, ale nie mogę.
Odwal się, panie Fettner, chciałabym powiedzieć, ale język stanął mi kołkiem w gębie. Nie no, super. Za chwilę zwymiotuję na oczach całej kadry – Vanessa Hayboeck, polecam.
W końcu mężczyzna mruga i spuszcza głowę, a po jego twarzy przemyka jakaś emocja. Opcjonalnie grymas, którego i tak nie potrafię rozszyfrować. Biorę wodę i wypijam pół litra na raz, bo mam wrażenie, że uschłam od środka, a moje wnętrzności zmieniają się w trociny. Teraz zaleję je wodą i powstanie barwna papka.
Wzdycham głęboko, gdy plastikowa szyjka wędruje w końcu w dół od moich ust.
- Dobra, dosyć – krzyczy trener, a ja o mały włos nie dostaję zawału.
Może godzenie się na pracę w kadrze, to był błąd? Przecież ja tutaj zejdę. I to pierwszego dnia!
- Idziemy na siatkówkę – oznajmia mężczyzna.
Wszyscy jak jeden mąż przechodzą za trenerem do innego pomieszczenia, a ja nie bardzo wiem, co powinnam robić. No bo, iść tam z nimi? A może powinnam zostać i… pilnować sprzętu? Po chwili jednak wraca trener z szerokim uśmiechem na ustach.
- Chodź, zagrasz z chłopakami – informuje mnie.
Ja tu serio nie przeżyję. Przecież ja się nawet z łączonych wuefów wywijałam, żeby tylko nie oberwać mocniej piłką. A teraz mam być jedyną dziewczyną na boisku. Czujecie ten entuzjazm? Jaaaj! Gdyby nie to, że panicznie się boję, pewnie skakałabym ze szczęścia.
Wchodzę niechętnie, niepewnie na halę i zostaję przydzielona do drużyny z Michim, Stefanem, Gregorem i, o zgrozo, Manuelem. Brat poklepuje mnie po ramieniu, na co się krzywię ze względu na moje oparzenia słoneczne, z drugiej strony podchodzi Kraft.
- Nie przejmuj się, skopiemy im tyłki – zapewnia brunet, więc uśmiecham się nerwowo.
- Dokładnie. I nie bój się, jedynie unikaj zagrywek Didla i ścin trenera – radzi mój brat.
Nie, bo to wcale nie jest tak, że już mam pełno w gaciach. Skądże, Michaelu? Przecież jestem taka odważna… Chyba po psie sąsiadów.
Jestem najniższa w zespole i Michi każe stanąć mi na środku, wiedząc, że dobrze odbieram dołem i chcąc uniknąć możliwości, bym pierwsza zagrywała. Jestem mu wdzięczna, że nie wyrzuca mnie od razu na głęboką wodę, ale dziwnie czuję się obstawiona z każdej strony. Za mną, po prawo stoi Gregor, natomiast na lewo mam Manuela, z przodu, na lewo mam Krafta, a na prawo Michiego. I choć czuję się względnie bezpieczna i chroniona z każdej strony, dreszcze wstrząsają co chwila moim ciałem.
W dodatku na pierwszą zagrywkę rywali idzie Thomas. Świetnie, nie marzyłam o niczym innym, jak złamanym nosie drugiego dnia wakacji.
Szczyt marzeń, serio.
Zagrywka jest szybka, pewna, a piłka z głośnym klapnięciem odbija się od rąk Schlieriego, który zagrywa na Krafta, a on robi najpiękniejszą wystawkę, jaką dane mi było oglądać, dla mojego brata. Zdobywamy punkt, chłopaki przybijają piątki, a ja cofam się dwa kroki. Nie brałam udziału w akcji i w dodatku czuję się bardziej jak maskotka drużyny, niż jej członek, więc nie zamierzam pchać się w ich entuzjastyczny uścisk.
Zgodnie z zasadą ‘pierwszy bez przejścia’ zagrywa Gregor, a ładniutki chłopak po drugiej stronie przyjmuje piłkę w koszyczek z dłoni i wybija ją do góry. Jeśli dobrze pamiętam, ma na imię Philipp. Do akcji włącza się Didl, a na koniec trener stara się ściąć gdzieś między mną, a Stefanem, ale rzucam się na piłkę i przebijam ją na drugą stronę. Pewnie bym się cieszyła, gdyby nie to, że ktoś także rzucił się na piłkę i zderzył ze mną, przygwożdżając mnie do podłogi swoim ciałem.
Leżę na plecach. Jak to możliwe, skoro leciałam na twarz? Ktoś przygniata mnie swoim ciężarem, przez chwilę się nie ruszając. Zabiłam chłopa. Otwieram oczy, a kolo leżący na mnie porusza się odrobinę i czuję, że unosi ciało odrobinę nad moim.
Witam, witam, panie Fettner.
Nie żeby coś, ale nawet nie jestem zniesmaczona zaistniałą sytuacją. Fakt, że czuję się nieco nie komfortowo i może jestem skrępowana taką bliskością, ale z bliska wygląda na wiele sympatyczniejszego. Bije od niego ciepło, jak fala wody rozlewa się po moim ciele, znowu czuję te mdłości i dziwny ucisk pod przeponą. Moje serce tańczy, jak epileptyk w dyskotece ze światłem oscyloskopowym. Przyglądamy się sobie z bliska, badam jego twarz kawałek po kawałeczku. I w jednej sekundzie jest po wszystkim. Stacza się ze mnie i wstaje, a ja leżę totalnie rozwalona od środka, jakby wybuchła we mnie bomba.
Widzę zawisającą nade mną dłoń, sięgam po nią, korzystam z pomocy, żeby podnieść się z podłogi. To Gregor.
Dzięki, Bogu!
Posyłam mu ciepły uśmiech, choć czuję się, jakby ktoś przyłożył do mojego ciała milion włączonych brzęczyków. Albo, jakby oblazły mnie czerwone mrówki. Wszystko kumuluje mi się tuż pod samą skórą, jakby krew mi się zagotowała i próbowała wydostać się na zewnątrz. Świetnie, jeszcze się okaże, że mi jakąś chorobę śmiertelną zapodał i skończę z odpadającą skórą i wrzodami wszędzie.
Błe.
Ale przynajmniej mamy ten punkt więcej, więc poświęciłam się nie na marne. Jednak, wolałabym dożyć przynajmniej czterdziestki. A przy dobrych wiatrach to nawet i setki.
Przy dobrych wiatrach, ja to serio pomyślałam? Mój mózg już przestawił się na te skoczne frazeologizmy. Zdebilnieję przez te wakacje i wyrzucą mnie ze studiów. To wszystko zmierza w tę stronę.
Potrząsam głową, odrzucając od siebie myśli. Orientuję się w samą porę, żeby zrobić krok do tyłu i przyjąć piłkę, inaczej dostałabym w twarz. Ręce od razu zaczynają mnie piec, ale zaciskam szczękę, uważnie obserwując piłkę. Mój brat zdobywa dla nas kolejny punkt, tym razem jednak nie udaje mi się uniknąć grupowego huga radości. Gregor pcha mnie do przodu, a chwilę później stoję zgniatana między ciałem Fettnera i Schlieriego. Super, nie marzyłam o niczym innym, niż umrzeć zgnieciona w grupowym przytulasie ze skoczkami.
Ju-hu!, proszę wyczuć ten ‘entuzjazm’.
Przy następnym ataku na moją osobę, celowo odbijam w złym kierunku, żeby uniknąć kolejnego uścisku, ale Kraft jakimś cudem elegancko przejmuje piłkę i wystawia ją Michiemu w tak czysty sposób, jakbym w ogóle nie zrypała podania po całości.
- Świetnie grasz – dochodzi zza moich placów głos Schlierenzauera.
Spoglądam na niego przez ramię.
- Dzięki, masz świetną zagrywkę – posyłam mu ciepły uśmiech.
- Cieszę się, że tak świetnie się dogadujecie – wtrąca Fettner. – Ale może ruszyłbyś to swoje tłuste dupsko i skorzystał z daru tej ‘świetnej zagrywki’ i choć raz nie zagrał na Philippa – syczy.
- Fetti, wyluzuj – bąka miodowo włosy i zaczyna kozłować piłkę.
- Jak dla mnie, masz spoko tyłek – rzucam.

====================================================
Ostrzegałam. 

4 komentarze:

  1. Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa....................... :D :D :D
    JA KOCHAM TO FF :* :* :*
    Ja po przeczytaniu tego nie mogę skleić zdania... To jest genialnie... Momentami zastanawiam się czy Nessa nie pozamieniała się z (jakąś nie wiem) gąbka na mózgi bo to co gada i myśli i jeszcze robi ta dziewczyna to jest niedowiary :D
    Ostatnie zdanie to wisienka na przysłowiowym torcie idealnie kończy ten boski rozdział :D
    Co do jej przemyśleń na temat Fettiego to pozostawiam bez komentarza (tak samo jak jej gust xd) sory Philip ladniusi??? Boże chroń królową o.O
    Michi i jego troska o siostrę BEZCENNA ;)
    Dla mnie rozdział wygrał tekst o teletubisiach :P już widzę ten #dreamteam Michi Krafti Fetti Schlieri i Poppi xd dobrze ze ten ostatni nie jest różowy nie ma długich włosów nie śpiewa spoewa(ale chyba czasem mu sie zdarza) i nie przytula się do wszystkich co godzinę.... Chociaż diabeł tam wie co oni w tych domakch Smerfów robią... :p
    Dobra czekam na następny, nie mogę się doczekać aż mnie skręca z ciekawości co dalej :)
    Życzę weny i pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. NIE KRZYCZ!!!
      XD
      Ja się nie wypowiadam na temat tego, jak zjechałaś mi główną bohaterkę. Po prostu szkoda słów. No co ja poradzę, że są gusta i guściki? Poza tym, proszę mi tu nie krytykować Philippa, to mój kumpel ze snapczata jest!
      A troska Michiego? Chyba bym zabiła, jakbym tak 24/7 miała słuchać takiego brata... Ale spoko, co kto lubi. Ja nie jestem wybredna
      Myślę, że gdyby im się w skokach nie szczęściło, to mogliby postarać się o rolę w Teletubisiach.
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Hahaha! Świetnie to napisałaś. :D Uwielbiam końcówkę ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję,cieszę się, że się podoba. Końcówka chyba rzeczywiście najlepsza i się najbardziej podoba, z tego ci czytam :D

      Usuń