niedziela, 3 grudnia 2017

08.

~Gregor~
- A ty, Fetti, co tak nic nie mówisz? – zagaduję, gdy wszyscy milkną.
Rozmowa ewidentnie się nie klei, ale nie mam pojęcia, co jest tego powodem. Zwykle, gdy do towarzystwa dołącza nowa osoba, wszyscy chcą się czegoś o niej dowiedzieć i przekrzykują się podczas wypytywania. Tutaj jednak panuje cisza.
Manuel spogląda na mnie, gdy wychylam się zza Vanessy, żeby go lepiej widzieć. Czarnowłosy odkłada kanapkę na foliowe opakowanie, otrzepuje dłonie, przechyla na bok głowę i przełyka resztkę kanapki, pochyla się do przodu i wspiera na łokciach, po czym odpowiada z wścibskim uśmiechem, rzucając kpiące spojrzenie dziewczynie.
- Chyba po prostu nie mam tematów do rozmów z dziećmi – wzrusza ramionami, uśmiechając się złośliwie.
Nie wiem co odpowiedzieć, chyba nikt inny też nie wie, bo zapada jeszcze gorsza, ciążąca wszystkim, cisza. Straciłem apetyt i chęć do czegokolwiek. Nessi siedzi nieruchomo, patrząc po skosie w stronę Manuela, ale nie jestem pewien czy na niego. Nie wiem, co ona mu zrobiła, że tak jej nie polubił, to przecież normalna, miła dziewczyna. W dodatku młodsza siostra naszego kumpla, chyba mógłby jej okazać choć odrobinę szacunku lub dobroci.
Po co sprawiać przykrość nowo poznanej osobie? Nie rozumiem tego.
Mija minuta, może dwie i trener podnosi się z miejsca, mówiąc, że resztę bierzemy na wynos, a teraz pojedziemy na siłownię. Wszyscy niechętnie podnoszą się z miejsc oprócz Vanessy. Nie wiem, czy powinienem powiedzieć jej, że się zbieramy, żeby się ocknęła. Nie wiem, czy powinienem w ogóle coś mówić lub robić, więc po prostu podnoszę się z miejsca. W końcu dziewczyna rusza się, zbiera swoje rzeczy, wstaje i wychodzi jak poparzona. Wymieniam z Manuelem znaczące spojrzenia, a następnie odwracam się przez ramię, odprowadzając ją wzrokiem. Dziewczyna zatrzymuje się przed wyjściem i sięga po coś do torby, wyjmuje z niej telefon i słuchawki, a następnie kilkoma sprawnymi ruchami odcina się od świata. Postanawiam za nią iść, żeby nigdzie nie uciekła, ani nic jej się nie stało, choć wydaje się kompletnie zamrożona. Stoi jak słup soli, jedynie wiatr targa jej włosy, które uciekły spod gumki. Po treningu zaplotła je w luźny warkocz, który teraz praktycznie się rozpadł.
Wychodzę na zewnątrz, gdy akurat spogląda przez ramię. Szybko odwraca wzrok i robi coś z telefonem. Podchodzę do niej powoli, delikatnie obejmuję ramieniem, a kiedy nie oponuje, staram się ją pocieszyć.
- Nie przejmuj się nim – radzę. – Za niedługo mu przejdzie, po prostu musi się przystosować do nowej sytuacji – tłumaczę zachowanie Manuela, choć tak naprawdę sam go nie rozumiem.
 Dziewczyna wyciąga słuchawki z uszu, wzrusza ramionami, a następnie, zadzierając głowę, patrzy na mnie i uśmiecha się blado, sztucznie.
- Nie martw się, nie obchodzi mnie zdanie takich ludzi, jak on – zapewnia, ale po jej reakcji sprzed kilku minut, mam wątpliwości co do jej prawdomówności.
- On nie jest aż taki zły – staram się go bronić, choć to, co powiedział o Vanessie zabolało nawet mnie.
- To też mnie nie obchodzi – jęczy i wyplątuje się spod mojego ramienia, stając naprzeciwko. – Jeśli nie chce mojego towarzystwa, w porządku, nie będę zabiegać, by było inaczej. Mam przecież was – wzrusza ramionami i uśmiecha się szeroko.
Albo jest świetną aktorką, albo ta myśl naprawdę poprawiła jej humor.
- W sumie racja – wzruszam ramionami i oboje wybuchamy śmiechem.
Ness chichocze uroczo, robi krok w moją stronę, a następnie obejmuje mnie w pasie, więc otaczam ją ramionami, czując jak przyjemne ciepło rozlewa się po moim ciele, a w brzuchu czuję łagodne trzepotanie.

~Vanessa~
Jest mi głupio, że już drugi skoczek w ciągu jednego dnia musi mnie pocieszać, ale ostatecznie tylko Kraft widział moje łzy, więc nie jest jeszcze najgorzej. A ramiona Gregora nie są takim złym miejscem na ucieczkę od świata. Wręcz przeciwnie, czuję się znacznie lepiej czując jego zapach, dotyk i bicie serca. Mam wrażenie, że obecność Schlierenzauera działa na mnie kojąco, uspokajam się przy nim i wyciszam, odpychając od siebie wszystkie zmartwienia. Jakbyśmy byli jedynymi ludźmi na świecie, jakby poza nami nie było niczego ani nikogo.
Odsuwam się od niego, słysząc otwieranie się drzwi. Chwilę później staje obok nas Michael i spogląda na mnie badawczym wzrokiem.
- Wszystko w porządku? – pyta cicho.
Kiwam głową, potakując i uśmiecham się delikatnie, potwierdzając.
- Dobrze – potakuje raz głową, a następnie delikatnie kładzie mi rękę na lędźwiach. – Chodź – mówi nadal spokojnym głosem.
Ruszamy w stronę samochodu, tym razem siadam pod oknem, obok mnie siada Michi, a najbardziej z brzegu Stefan. Reszta towarzystwa siada tak samo. A nawet jeśli nie, nie interesuje mnie to. Gdy ruszamy, wbijam wzrok w krajobraz za oknem, pozwalając by wszystko wpadało mi jednym uchem, a drugim wypadało. Ignoruję nawet delikatne ciągnięcie za włosy i stukanie po karku, gdy ktoś próbuje mnie zaczepić. Ostatecznie stajemy przed tym samym budynkiem centrum sportowego, jedynie w środku chłopcy kierują się z dużej hali do mniejszego pomieszczenia, w którym stoją hantle i różne inne przyrządy do ćwiczeń.
Siadam w rogu pomieszczenia na jednym z krzesełek ustawionych pod ścianą. Otaczają mnie butelki należące do chłopaków. Przyglądam się im, zauważając, że każda oznaczona jest w inny sposób, żeby się nie pomyliły. Na nakrętkach widnieją różne esy-floresy, a każdy z nich różni się od poprzedniego. Niektóre z nich są naprawdę wymyślne. Co jak co, ale trzeba im przyznać, że kreatywni to akurat są.
Patrzę na salę, nie mogąc wyjść z podziwu, że chłopcy, tymi swoimi chudymi rączkami, podnoszą takie ciężary. Przysiada się do mnie Philipp, który ciężko dyszy i bierze butelkę z nakrętką puszczającą oczko.
- Możesz rozmasować mi nadgarstek? – prosi, odsuwając na chwilę butelkę, a następnie przystawia ją z powrotem do ust.
Sięgam po jego rękę, w końcu mam być ich fizjoterapeutką. Nie wiem, co dokładnie sobie zrobił, ale po prostu zaczynam masować. Aż w pewnym momencie uciskam bolące miejsce, a Aschenwald robi z siebie fontannę, opryskując wodą Didla, Koflera i Fettnera. Ten ostatni poderwał się w jednej chwili do siadu i spojrzał spode łba na mnie i chłopaka.
- Philipp, posrało cię? – jakże kulturalnie wyraził swoje niezadowolenie.
- No przepraszam, ale… - zaczął jąkać się biedny chłopak.
- Nieważne – mruknął jedynie kruczowłosy i poszedł ćwiczyć na drugi koniec pomieszczenia.
- Co go dziś ugryzło? – powiedział jakby bardziej do siebie niż do mnie.
- A co, zwykle taki nie jest? – zapytałam, choć tak naprawdę nie miałam ochoty o nim rozmawiać.
Chociaż z drugiej strony, to mogło pomóc mi go rozszyfrować, więc ostatecznie nastawiłam uszy, czekając na odpowiedź chłopaka.
- Zwykle jest zupełnie inny – jęknął, gdy ponownie chwyciłam jego nadgarstek.
- Potwierdzam – dołączył się Kofler, który usiadł po mojej drugiej stronie.
- Tobie też coś wymasować? – uniosłam prawą brew.
- Nie – ucina krótko Kofler, sięgając po jedną z butelek. – Fetti dzisiaj ewidentnie ma zły humor. Nawet na treningu nie był zbyt gadatliwy – tłumaczy Andreas.
- Za to wy jesteście, aż nadto – krzyczy z drugiego końca sali.
Patrzymy na siebie zdziwieni.
- No proszę, jeszcze w dodatku sokole ucho – mruczy Didl.
- Oko – poprawiam go krótko i uciskam nadgarstek Philippa. – Boli? – podnoszę na niego wzrok.
- Nie. Trochę. Bardzo. Kurde, tak! – krzywi się.
Wychylam się zza niego, by odnaleźć trenera.
- Trenerze, mamy tutaj spray chłodzący, albo lód? – pytam.
Mężczyzna patrzy na mnie przez chwilę, widocznie zastanawia się nad odpowiedzią.
- Sprawdź w apteczce. Co się dzieje? – wstaje ze swojego krzesła, odkładając papiery na bok.
- Philipp znowu sobie coś zrobił, dekiel jeden – nabija się Thomas.
- Zamknij się, Świnkomisiu – rzuca Aschenwald.
Zaczynam chicholić się jak głupia, zatrzymując się w połowie drogi do czerwonej skrzynki wiszącej na ścianie.
- Co? – odwracam się, pytając szybko, nim ponownie zacznę brechtać się jak opętana.
- Co, co? – dziwi się Phil.
- Jak go nazwałeś? – udaje mi się wtrącić w przerwie między śmiechem, a nabieraniem oddechu.
- Świnkomisiem – wzrusza ramionami chłopak. – Nie oglądałaś Legendy Nezha? – dziwi się.
- Nie? – teoretycznie pytaniem się nie odpowiada, ale ja to robię.
- W takim razie, musisz nadrobić – uśmiecha się. – A teraz poproszę lód czy coś – wystawia rękę w moja stronę.
Ruszam do apteczki i przegrzebuję ją dwa razy, ale nie znajduję sprayu.
- Chodź – mówię do Philippa, który zajęty jest przerzucaniem się jakimiś głupimi tekstami z Diethardem.
Chłopak wstaje i wychodzi za mną.
- Gdzie idziemy? – dopytuje się, gdy zamyka za nami drzwi.
- Do toalety, muszę ci schłodzić nadgarstek – tłumaczę.
Aschenwald zatrzymuje się w jednej sekundzie.
- Nie wejdę do damskiej, nie ma opcji! – unosi ręce w geście obronnym.
- A ja do męskiej mogę? – podpieram się pod boki.
- Wczoraj ci to nie przeszkadzało – uśmiecha się półgębkiem, poruszając brwiami.
- Ugh – tupię noga unosząc wzrok i ręce do nieba.
Ej, wy na górze, pomóżcie!
- Dobra – syczę w końcu i idziemy do męskiej szatni.
Gdy znajdujemy się w toalecie, wkładam nadgarstek chłopaka pod strumień lodowatej wody i powoli rozmasowuję.
- Więc studiujesz fizjoterapeutię, tak? – pyta.
Co studiuję, qufa?!
- Fizjoterapię – poprawiam go, krzywiąc się na sposób, w jaki to odmienił. – I tak, studiuję fizjoterapię. Dlaczego pytasz? – nie odrywam wzroku od jego lekko spuchniętego nadgarstka.
Chłopak wzrusza ramionami.
- Dla podtrzymania rozmowy – mówi krótko, a później zaczyna nucić jakąś melodię.


===============================================
Zapomniałam - przyznaje się bez bicia. Obiecuje poprawę, a na razie życzę Wam wesołych świąt i szczęśliwego Nowego Roku! Chyba jestem pierwsza, ale who cares?!
Buziaki :*

niedziela, 5 listopada 2017

07.

~Vanessa~
Gdy wysiadamy, orientuję się, że jesteśmy na stacji benzynowej. Chłopcy wydają się niepocieszeni, ale trener ignoruje ich i podchodzi do dystrybutora.
- Zamówcie sobie coś do jedzenia, jakieś kanapki – rzuca jedynie i oddelegowuje nas z kartą na punkty do wnętrza niewielkiego budynku.
Chłopcy posłusznie ustawiają się w dwie kolejki, lustrując menu zawieszone na ścianie za kasami, jak w McDonald’s. Staję za Michaelem, który pochłonięty jest rozmową ze Stefanem. Zastanawiam się, co wybrać, ostatecznie stawiając na zwykłego hot doga. Wszyscy jak jeden mąż zamawiają kanapki na ciemnym pieczywie z sałatą, serem, szynką i pomidorem, oraz półlitrową butelkę wody. Gdy staję przy kasie jest mi tak głupio zamówić upragnionego fast fooda, że rzucam jedynie „to samo” i kładę na blacie odpowiednią kwotę.
Gdy odbieram swój posiłek, widzę wchodzącego do środka trenera. Uśmiecha się do mnie uprzejmie, po czym mija i podchodzi do lady. Nie słyszę, co zamawia, ponieważ rozglądam się za wolnym miejscem przy stolikach chłopaków. Jest jedno, ale nie chcę tam siadać. Nie będę się przecież jednać z Manuelem patrząc jak przerzuwa swoją kanapkę. Nie ma opcji.
Jednak mój brat podnosi rękę, uśmiecha się, a potem gestem ręki przywołuje mnie do siebie.
- Siadaj – mówi między kęsami.
Patrzę niepewnie na barowe krzesło między Gregiem, a Fettnerem, ale wtedy mój wzrok spotyka się z wyczekującym spojrzeniem Schlierenzauera, więc stawiam butelkę i bułkę na stole, a następnie wdrapują się na krzesło z delikatnym uśmiechem na ustach.
- To co, pewnie nie możecie się już doczekać na zawody, co? – rzucam, choć nie oczekuję, że któryś z nich odpowie.
Mój brat mruczy przeciągle.
- Średnio, bardziej czekamy na zgrupowanie – uśmiecha się znacząco do Krafta.
- Aha? – unoszę brwi, bo nie wiem, co takiego ekscytującego jest w zgrupowaniu.
- Chodzi o to, że lecimy na Ibizę – wytłumaczył Gregor z szerokim uśmiechem.
- Aha – powiedziałam wpatrując się tępo w nakrętkę butelki z wodą.
- A ty jedziesz z nami – ucieszył się Kraft, odrywając wzrok od mojego brata.
- O matko – jęknęłam nagle. Wszyscy spojrzeli na mnie zdziwieni moją reakcją, ale ja postanowiłam udawać, że tego nie zauważyłam i szybko przeszłam do interesujących mnie szczegółów. – A na ile ten wyjazd?
- Nie martw się, siostrzyczko, przeżyjesz – Michi zaśmiał się czochrając moje włosy.
Pewnie, że przeżyję. Boję się jedynie o mój stan psychiczny.
Błagam, powiedzcie, że to wyjazd dwudniowy.
- Spokojnie, to tydzień wylegiwania się na białym piasku, wsłuchiwania w szum wody i nabierania kolorów w słonecznej kąpieli – zapewnił Aschenwald, który przechylił się przez oparcie swojego krzesła.
- Dzięki, Philipp – uśmiecham się sztucznie.
Owszem, wizja wylegiwania się na plażach Ibizy i nic nie robienie w pracy, brzmi świetnie. Martwi mnie jednak fakt ich obecności na tej wycieczce. Przecież oni są jak wycieczka klasowa, to ma po pół mózgu na dwóch!
- Nie ma za co – uśmiecha się uroczo, że aż robi mu się dołeczek w policzku.
Chyba i tak nie mam wyboru, co do tego wyjazdu. W moim przypadku jest obowiązkowy, w ich zresztą też.
Trener podchodzi do stolika reszty chłopaków z kawą i ciastkiem, a mnie aż skręca, że postanowiłam nie wychylać się poza schemat i wzięłam to samo, co reszta. Spoglądam na swoją kanapkę, po chwili stwierdzając, że może warto chociaż przekonać się, jak ona smakuje.
Rozdzieram foliowe opakowanie i podnoszę ją do ust, a następnie, bez większego przekonania, biorę kęs. O dziwo smakuje wyjątkowo dobrze, jak na kupną kanapkę.
- I jak? – pyta Gregor.
Spoglądam na niego, mrugając dwukrotnie. Staram się, jak najszybciej przełknąć i odpowiedzieć.
- Całkiem nieźle – przyznaję w końcu.
- W takim razie, cieszę się, że ci smakuje – uśmiecha się tym swoim pięknym, oślepiającym uśmiechem, powodując u mnie to samo.
I chociaż mam prawie pełne usta, a na pewno wypchane policzki, ja też cieszę banana. Uśmiecham się do niego, jak głupi do sera, ale jemu to nie przeszkadza. Patrzymy na siebie, widzę, że Schlieri bada moją twarz centymetr, po centymetrze, sprawiając, że mój żołądek się zaciska. Z trudem przełykam kęs kanapki, ale nie sięgam po wodę. Nie wiem, ile jeszcze siedzielibyśmy w taki sposób, gdyby nie odchrząknięcie mojego brata, na które reaguję jak poparzona wrzątkiem.
Kraft posyła blondynowi złe spojrzenie, niezadowolony z jego zachowania. Widocznie, już zdążyli porozmawiać o tym, jak powinien, a jak naprawdę traktuje mnie Michael. Ale, tak jak przypuszczałam, ta rozmowa nic nie dała.
- A co tam u Marisy, Stefan? – rzucam, żeby się nie pogryźli. Przyjaźnią się zdecydowanie za długo, żeby teraz niszczyć to przez moją osobę.
Może lepiej było, kiedy żadnego z nich nie znałam i byłam sobie tylko szarą Vanessą Hayboeck? Nie mieli takich wewnętrznych problemów. No i pan perfekcja, Manuel Fettner, też się z nimi dogadywał. Przynajmniej tak wynikało z opowiadań Michiego, podobno byli dobrymi kumplami. To by tłumaczyło, dlaczego zawsze trzymają się razem.
- A świetnie, aktualnie wyjechała do swojej mamy, ale wszystko jest w jak najlepszym porządku – powiedział z uśmiechem, ale w jego oczach widać było zdenerwowanie.
Chłopak kątem oka spojrzał na mojego brata. Ja rozumiem, że jako przyjaciele mają jakieś swoje tajemnice, ale dlaczego Kraft się tak zestresował? I co znaczą te spojrzenia wymieniane z Michim? Jak tak dalej pójdzie, zacznę ich posądzać o morderstwo. Tylko czyje?
Może zabili Marisę i teraz się ukrywają?
Uśmiechnęłam się delikatnie.
- To świetnie – uśmiechnęłam się szeroko, potakując głową i biorąc kolejny kęs kanapki.
- A ty, Fetti, co tak nic nie mówisz? – zagaił Gregor, wychylając się zza mnie, by spojrzeć na kumpla.
Manuel odłożył resztkę swojej kanapki na foliowe opakowanie, otrzepał dłonie, przełknął, wsparł się na łokciach i wzruszając ramionami powiedział:
- Chyba po prostu nie mam tematów do rozmów z dziećmi – uśmiechnął się złośliwie, rzucając mi krótkie spojrzenie.
O co ci chodzi, gościu?! – miałam ochotę powiedzieć, ale spojrzenie jego czarnych oczu przygwoździło mnie do krzesła i odebrało umiejętność mowy.
Świetnie, skończę pracę z nimi jako kaleka!
Po jego wypowiedzi, wręcz ociekającej jadem, wszyscy zamilkli. Nie wiem, ile trwałaby ta cisza, gdyby trener nie wstał z miejsca mówiąc, że resztę bierzemy na wynos i jedziemy na siłownię.
Wszyscy poderwali się z miejsc, a ja siedziałam, jak wryta, czując, że łzy zaczynając piec mnie pod powiekami. Byłam taka beznadziejna, nawet nie potrafiłam mu się odgryźć. Żałosne…
Poderwałam się z krzesła, wzięłam swoją torbę, zarzuciłam ją na ramię, zabrałam swoje jedzenie i picie, a następnie prawie wybiegłam na zewnątrz. Wyjęłam z torby słuchawki, wsadziłam je do uszu, podpięłam do telefonu i puściłam muzykę na pełen regulator. Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać. Miałam wrażenie, że sypię się od środka. Jeszcze nigdy jeden człowiek nie doprowadził mnie do takiego stanu. A już na pewno nie po dwóch dniach znajomości.
Akurat zaczęła śpiewać Sia w coverze najbardziej pasującej w tym momencie piosenki, jaką znam. Kobieta śpiewała o zranieniu i staraniu się niedopuszczenia do siebie mrozu ludzkich słów i czynów. A ja właśnie pozwoliłam, by Fetter wbił mi w plecy sopel lodu. I nawet od niego nie uciekałam, po prostu pozwoliłam sobie na odczucie tego bólu i zamrożenie w miejscu. Zupełnie, jak w piosence. I właśnie zaczynałam się topić, rozpadać od środka, rozpływać. Nienawidziłam być kupką nieszczęścia, ale w tym momencie nie potrafiłam się uspokoić.
Na szczęście albo i nie przyszedł Gregor. Postanowiłam ściszyć muzykę, ostatecznie w ogóle ją wyłączając.

- Nie przejmuj się nim – powiedział obejmując mnie delikatnie ramieniem. – Za niedługo mu przejdzie, po prostu musi się przystosować do nowej sytuacji.

====================================================

Dobra, przyznaję, zapomniałam, że miał być wczoraj! Przepraszam x
Co do mojej książki, mam już wydanie autorskie w domciu, a po niedzieli będzie dostępna do kupna on-line! Dam tu linka, żeby było łatwiej.

Wiem, że zrobiłam z Manuela strasznego chama, aż sama nie wierzę, że to napisałam, ale tak właśnie miała ta postać wyglądać, także wszystko w normie! 😉

niedziela, 8 października 2017

06.

~Vanessa~
Pod centrum sportowym trener kazał nam wsiąść do wielkiego, szarego busa z naklejonymi napisami informującymi, że to transport z zespołem austriackich skoczków i ich świtą. Dostałam honorowe miejsce, na samym środku, czyli z każdej możliwej strony, poza górą i dołem, otaczają mnie faceci. Po prawo siedzi Michi, który nikogo nie wpuściłby na swoje miejsce, a po lewo jedyna osoba, której mój brat zaufał, czyli Stefan Kraft. Trener prowadzi, a z nim na przedzie siedzi Kofler i Philpp, a za nami siedzi Didl, Poppi, Gregor i Fettner z słuchawkami na uszach. Ja rozumiem, że nie wszyscy chcą słuchać głupot plecionych przez Poppingera, ale żeby od razu się odcinać od wszystkich, to chyba lekka przesada. Trener włącza radio i po samochodzie rozpływają się przyjemne dźwięki muzyki, głos Marka Forstera oraz skrzek Thomasa i Poppiego wyrzucających z siebie tekst o chórach śpiewających na twoją cześć.
Ogółem, piosenkę lubię, wykonawcę także, ale tych dwóch z tyłu powinni zamknąć za samą  chęć śpiewania w obecności innych ludzi.
- Przyzwyczaisz się – zapewnia mnie Stefan, jakby to miało mnie pocieszyć.
Aschenwald odwraca się z przedniej kanapy, kiwając głową w rytm muzyki. Wygląda, jakby chciał coś powiedzieć, ale zamiast tego patrzy na mnie i czeka na koniec refrenu. I, o mój Boże, zaczyna śpiewać drugą zwrotkę. A na dodatek tyka mnie w czubek nosa, przy wersie z konfetti na czole.
- Czoło to ja mam gdzie indziej trochę – zauważam, ale on ma moje zdanie gdzieś i każe mi wyjść ze swojej kryjówki.
- Zabijcie mnie – jęczę opierając potylicę o zagłówek.
Ktoś uderza dwa razy w moje włosy do rytmu muzyki, a ja natychmiast się prostuję.
Czy tak teraz będzie wyglądać moje życie przez najbliższe dwa miesiące, gdy będę ich fizjoterapeutką? Ja rozumiem, że młodość musi się wyszaleć, ale jestem od większości z nich młodsza i się tak nie zachowuję. Przynajmniej teraz mogliby sprawiać pozory.
„Popatrz, jesteśmy tacy normalni”, „To wcale nie tak, że przez całą drogę wydzieramy się na całe gardło, przekrzykując radio”.
Odwracam się, by spojrzeć przez ramię. Manuel wydaje się w tym momencie najnormalniejszym człowiekiem w tym busie. Siedzi zapatrzony w krajobraz za oknem, wargi ma ściągnięte w wąską linię, a czarna czapka z daszkiem rzuca cień na jego czoło, brwi i oczy. Wygląda, jak eksponat w muzeum, gdyby nie poruszające się przy oddechu skrzydełka nosa, można byłoby się pomylić. Jego twarz nie wyraża żadnych emocji, powieki ani drgną, mięśnie zastygły w jednej pozycji.
Patrzę w niego jak w obrazek, gdy nagle twarz Gregora pojawia się tak blisko mojej, że prawie dostaję zawału. Podskakuję w miejscu i skupiam wzrok na jego oczach. Są znacznie jaśniejsze niż oczy Manuela, nie mają tego ponurego spojrzenia, a gdy się uśmiecha tańczą w nich iskierki. Tak, jak teraz.
- Czemu nie śpiewasz? – pyta.
Marszczę nos, krzywię się i ściągam brwi.
- Nie umiem śpiewać i staram się nie robić tego publicznie – uśmiecham się krzywo.
W jego oczach widzę rozbawienie, chłopak kręci głową poszerzając uśmiech.
- A myślisz, że oni potrafią? Posłuchaj ich tylko, gorzej już chyba być nie może – zauważa.
Zgadzam się, raczej nie zrobili by jakiejś wielkiej kariery. No, może Philipp by sobie poradził, ma ładny głos, ale Didl byłby zakałą  rynku muzycznego na całym świecie. Jednak szybko przypominam sobie wesele mojego kuzyna i zawodzenie wuja Theodora.
- Uwierz mi, mogłoby być gorzej.
- Z czym? – pyta się Michi, nie pozwalając mi dłużej gadać sam na sam z Gregorem.
- Ze śpiewaniem – mówi Schlierie. – Twoja siostra twierdzi, że może być gorzej niż to – kiwa głową na kolegów.
- Bo to prawda – wtrącam natychmiast. – Pamiętasz wuja Theodora? – pytam Michiego.
- Oj tak – jęczy z szeroko otwartymi oczami. – To jest pikuś – stwierdza, potakując głową.
- Niech wam będzie – wzrusza ramionami miodowo włosy. – To zaśpiewasz coś?
- Nie ma opcji – oponuję. – Nie potrafię śpiewać – mówię.
Kraft przechyla się przez moje ramię, czuję się osaczona, więc delikatnie się odsuwam.
-My też nie potrafimy śpiewać, a jakoś sobie radzimy – szczerzy się.
- Dokładnie – przytakuje mój brat. – Swoją drogą, ty bardzo ładnie śpiewasz – stwierdza.
Spoglądam na każdego z osobna. Czy oni są pewni, że chcą tego słuchać? Uszy im zwiędną, a ja będę mieć ich na sumieniu.
Ale skoro nalegają…
- Co mam wam zaśpiewać? – pytam.
- Coś w czym czujesz się dobrze – rzuca krótko Stefan wzruszając ramionami.
Brunet odsuwa się ode mnie, czekając aż zacznę śpiewać.
- Trenerze, pan ściszy radio – krzyczy Diethard.
- Jasne, jasne – mruczy trener i z głośników jedynie cicho sączy się muzyka następnego utworu.
Nie mam bladego pojęcia, co powinnam zaśpiewać, więc decyduję się na jedną z moich ulubionych piosenek Wincenta Weissa. Zamykam oczy, zaciągam się kilka razy powietrzem i zaczyna śpiewać piosenkę o ‘pojawieniu się tęczy po burzy’. To jedna z najpiękniejszych metafor, jakie słyszałam w życiu, bardzo lubię tę piosenkę i mam nadzieję, że jakoś sobie w niej poradzę. Nabieram powietrza do przepony, a następnie zaczynam śpiewać, wystukując sobie rytm na nodze.
Gdy dochodzę do refrenu, chłopcy zaczynają klaskać w rytm, a mi nerwy podchodzą do gardła. Otwieram oczy i zaczynam śpiewać spoglądając na nich. Nie śpiewam do nikogo konkretnego, ponieważ z żadnym z nich nie jestem i raczej nie będę w tak zażyłej relacji.
Ich in dein’, du in mein’ und wir zwei in unseren Armen
Du am träumen, ich am warten
Bis die Tage wieder werden
Wie sie früher mal waren
Chłopcy patrzą na mnie z szeroko otwartymi oczami oraz ustami, nie wiem co myślą, nie potrafię rozszyfrować ich min. Odwracam się plecami do kierunku jazdy, śpiewając także do Thomasa i Poppingera, a następnie kreślę wzrokiem ścieżkę zaczynając na twarzy Stefana, dążąc do oblicza Philippa, który także odwrócił się na fotelu i wcisnął głowę między mnie, a Michaela. Jednak mój wzrok zatrzymuje się, gdy spotyka spojrzenie kruczych oczu. I wtedy dociera do mnie, że Manuel wpatruje się we mnie, słyszy mój śpiew, słyszy nas wszystkich, nie słucha muzyki, słucha nas, jedynie udaje odcięcie się od głupoty swoich kolegów. Nie wiem, czy ktokolwiek inny zauważył to, co ja, ale postanawiam, że niczego nie zdradzę. Jednak, jestem prawie pewna, że nie słuchał muzyki, nie kiwał głową w jej takt, ani nie postukiwał palcem o udo. Nie miał do czego stukać, ponieważ w jego słuchawkach nie brzmiała żadna muzyka.
Odrywam spojrzenie od jego twarzy, nim ktoś się zorientuje i spoglądam na brata. Postanawiam nie śpiewać drugiej zwrotki, więc gdy milknę zamykając usta, w samochodzie rozlegają się brawa.
- I ty niby nie umiesz śpiewać? – Gregor unosi wysoko brwi.
- Nie, nie umiem – zaplatam ręce na piersi.
- Jasne – bąka mój brat.
- Jak jesteś taki mądry, to sam zaśpiewaj. Nawet nie wiecie, jakiego śpiewaka macie w zespole – rzucam każdemu krótkie spojrzenie. – No, dawaj, teraz twoja kolej – obstaję przy swoim.
- Teraz, to idziemy coś zjeść – wtrąca się trener.
Przewracam oczami niezadowolona, ale odpinam pas i wysiadam za Michim z busa.

______________________________________________________

Hejka!
Wczoraj, to kompletnie zapomniałam o nowym rozdziale, bo cały dzień uczyłam się angielskiego. Dalej nic nie rozumiem, jakby ktoś chciał wiedzieć.
Chwilę temu przeczytałam komentarze od Was i jejku, jak mi się zrobiło ciepło na serduszku, to nie do wiary normalnie. A odpowiadając na jeden z nich tak dla ogółu tłumacząc, Stefan Kraft ma 1,66 m wzrostu, więc jak na mężczyznę to nie jest zbyt wysoki. Ja mam trzy centymetry mnie, tak na marginesie XD A Mich, na przykład ma 1,82 m, więc jest różnica. Ale wysoki/niski to pojęcia względne, więc zostawmy każdemu do swojej oceny takie stwierdzenia.
Dobra, a teraz pewien dobry news! Moja książka wkrótce będzie miała premierę, egzemplarze autorskie mam już w domu od czwartku i jestem bardzo, bardzo szczęśliwa, że w końcu to się stało!
Więcej informacji na ten temat podam wkrótce!
Buziaki, kwiatuszki xxx

niedziela, 3 września 2017

05.

~Vanessa~
Na początku nawet nie wierzę, że to powiedziałam, ale sądząc po minie Michaela i głupim uśmiechu Gregora, zrobiłam to.
Czy ktoś może pochować mnie żywcem?
Uznaję, że lepiej będzie, jak po prostu nie będę się już nic odzywać. Nie powiedziałam wiele, ale wiem, że powiedziałam za dużo. Jestem debilem. Już teraz, więc wolę nie myśleć, co będzie po wakacjach. Dopiero, gdy rozglądam się dookoła widzę minę Manuela i zaczynam rozumieć, jakim cudem te słowa wypłynęły z moich ust. Nie ma nic lepszego, niż dogryzienie Fettnerowi. Jego mina, zdecydowanie bezcenna. Ale moja pewnie też, więc w sumie szybko uciszam swoją radość i skupiam się na grze.
Gregor w końcu psuje zagrywkę. W prawdzie za dziesiątym razem, ale jednak. Do zagrywki przychodzi kolej na Aschenwalda, który rzuca mi spojrzenie, po czym zagrywa na Gregora. Dziękuję, ale poradziłabym sobie. Z cukru nie jestem. Przynajmniej tak mi się wydaje, ewentualnie, mogę być w błędzie.
Gra idzie płynnie, szybko zdobywamy punkty i, nim się orientujemy, wygrywamy przewagą pięciu punktów. Brat odciąga mnie na bok w tej samej chwili, gdy trener mówi, że możemy odpocząć.
- Co to było?! – cedzi przez zęby.
Przez ułamek sekundy nie mam pojęcia, o co mu chodzi, ale szybko się reflektuję.
- To o tyłku Gregora? – pytam spokojnym tonem, choć wewnątrz wszystko zaczyna mi drżeć.
- Tak, to o tyłku Gregora – naciska.
Nozdrza mu się rozszerzają, a ja boję się, że za raz dostanie jakiegoś wylewu, czy coś.
Wzruszam ramionami.
- Nie powiedziałam nic złego, jedynie zaprzeczyłam słowom tego… całego… Fettnera – macham rękami z oburzeniem, jąkając się, by sprawić wrażenie, że nie wiem, jak się ten imbecyl nazywa.
- Jego w to nie mieszaj – syczy Michi.
Zaplatam ręce na piersi.
- Najlepiej załóż mi pas cnoty, to nie będzie problemu – bąkam.
- Co? – jęczy, marszcząc czoło.
Przewracam oczami.
- Daj mi trochę powietrza! Wiecznie mnie kontrolujesz, jakbyś nie miał innych rzeczy do roboty! – krzyczę, zwracając na siebie uwagę zgromadzonych w sali.
Widzę kątem oka Krafta, który gwałtownie rusza w naszą stronę.
- Wiesz, że robię to dla twojego dobra – syczy blondyn, pochylając się nade mną.
Twarz mojego brata zawisa kilka centymetrów nad moim nosem.
- Dobra? To kup sobie smoka, postaw go w przedpokoju, a mnie zamknij na strychu, wtedy na pewno nic mi się nie stanie – krzyczę z wyrzutem, a następnie odwracam się na pięcie i szybko ruszam ku wyjściu.
Praktycznie wybiegam na zewnątrz. Michael może myśleć, że mnie chroni, ale tak naprawdę trzyma mnie pod kloszem, jak Bestia swoją Różę w bajce Disneya. Izolowanie mnie od świata nie załatwi sprawy. Chcę poznawać ludzi i, na miłość boską, mieć chłopaka! Ja nie zabraniam mu umawiania się z pannami, więc czemu on zabrania mi kontaktu z facetami?
Siadam na betonowych schodach, prowadzących do tylnego wejścia na halę. Mam ochotę krzyczeć i ryczeć, w dodatku cała się trzęsę i mam wrażenie, że za chwilę zwymiotuję. Ostatecznie jednak kulę się w sobie i zaczynam płakać, ale nie tak normalnie. Ja nie umiem ładnie płakać, łzy ciekną mi po całej twarzy, a z ust i nosa cieknie katar, ale to nie przeszkadza mi do czasu, gdy ktoś kładzie rękę na moich plecach. Przecieram twarz dłońmi, lecz nie spoglądam na przybysza. W końcu osoba zachodzi mnie od frontu i kuca przede mną. Spoglądam na chłopaka, który teraz przygląda mi się delikatnym wzrokiem.
- Wszystko w porządku? – pyta Stefan.
Kręcę przecząco głową.
- Mój brat to idiota – rzucam.
- Który? – pyta Kraft, a ja nie mogę się powstrzymać, więc wybucham krótkim śmiechem.
- No tak – mruczę, a brunet siada obok mnie i obejmuje delikatnie ramieniem.
Opieram głowę na jego barku, a on pociera moje plecy dłonią.
- Nie gniewaj się na niego – prosi chłopak.
Prycham z wyraźnie wyczuwalną ironią.
- Odkąd skończyłam trzynaście lat, zachowuje się, jakbym była suczką z cieczką wśród niewyżytych kundli – burczę.
- Dziwne porównanie – kwituje dwudziestotrzylatek. – Ale ja sam pewnie zachowywałbym się podobnie, gdybym miał taką młodszą siostrę, jak ty – mówi.
Podnoszę na niego wzrok, a on rozciąga usta w uśmiechu.
- Taką, jak ja? – dziwię się.
- No wiesz, ładną, zgrabną i zabawną, tylko nie mów Marissie – zabezpiecza się od razu.
Uśmiecham się do niego. Nigdy jej tego nie powiem, bo pewnie nawet jej nie poznam. To miłe, co powiedział, ale nadal nie do końca rozumiem zachowania Michiego.
- Czy on nie rozumie, że w ten sposób jedynie mnie rani? – mrużę oczy, by słońce mnie nie raziło.
- Wiesz, bycie starszym bratem musi być trudne. Szczególnie, że jest między wami tylko dwa lata różnicy. Stara się ciebie ochronić – tłumaczy piwnooki.
- Świetnie poradziłabym sobie i bez jego ochrony – zapewniam.
- Nie wątpię – szybko odpowiada. – Ale postaraj się go zrozumieć – uśmiecha się blado.
- Nigdy nie miałam chłopaka – mówię z goryczą. Stefan milczy, więc spoglądam na niego, przygląda mi się z uwagą, jakby czekał na rozwinięcie tej myśli. – Chłopcy zawsze bali się mojego starszego, wyższego, wysportowanego brata, mało kto odważył się do mnie zagadać, bo i tak później kończyło się sporem z moim bratem. Byłam dziwadłem w szkole – marudzę, spuszczając wzrok i załamując się w sobie jeszcze bardziej.
- Pogadam z nim – ściska moją dłoń, napawając mnie otuchą.
- Dzięki, Krafti – uśmiecham się krzywo.
- Podziękujesz później – wstaje, otrzepując spodnie.
- Nie, dziękuję, że jesteś. Już rozumiem, czemu Michael się z tobą przyjaźni, bo naprawdę świetny z ciebie kumpel – mówię zupełnie szczerze i podnoszę się z gorących schodów.
- Zawsze możesz na mnie liczyć – zapewnia. – A teraz, chodźmy już do środka – gestem ręki wskazuje mi drzwi.
Kieruję się z powrotem na halę, ale najpierw wchodzę do łazienki i przemywam twarz zimną wodą. Dwa razy. Przecieram ją ręcznikiem papierowym, a następnie powracam do gry. Michi cały czas mi się przygląda, gdy zajmuję swoje miejsce na boisku, aż w końcu podchodzi do mnie i mówi cicho:
- Przepraszam – zakłada mi kosmyk włosów za ucho. – Nie sądziłem, że tak to widzisz. Dam ci trochę więcej luzu, obiecuję – dodaje ciepłym tonem.
Jestem w stanie mu uwierzyć, ale nie mam pewności, że się na tym nie przejadę.
- Jeśli jeszcze raz odwalisz taką akcję, to wyprowadzę się z domu i zostanę kelnerką w klubie go-go – grożę patrząc mu w oczy.
Jego mięśnie tężeją, a ja nie mogę wytrzymać nawet pięciu sekund i wybucham głośnym śmiechem. Brat mi wtóruje, po chwili jednak dociska mnie do swego boku i czochra moje włosy.
- Kiedyś cię ukatrupię, młoda – mówi i wypuszcza mnie.
Cały czas chichoczę, a wszyscy nam się przyglądają. No dobra, może to dziwne, że dopiero co na siebie nawrzeszczeliśmy, a teraz bawimy się w najlepsze, ale jesteśmy rodzeństwem – nie da się uniknąć niesnasek, ale nawet po największej burzy musi wyjść słońce.
Zaczynamy drugiego seta, tym razem udaje mi się dojść na zagrywkę i nawet jej nie psuję, choć czuję wzrok każdego z nich na swoim ciele. Piłka odbija się jako pierwsza od rąk Didla, a później przejmuje ją trener, gdy przechodzi na naszą połowę, rzuca się na nią Manuel, a Stefan przebija ją na drugą stronę. Piłka spada gdzieś w pół drogi między Kofim, a Poppim i obydwaj wybuchają śmiechem. Tego seta także wygrywamy.
Trener mówi, że teraz czas na prysznic i obiad. Zgadzam się, żołądek przyrósł mi do kręgosłupa. Idę do damskiej szatni i orientuję się, że nie mam ubrań na zmianę, bo zwyczajnie nie planowałam się spocić, zmęczyć, ani w ogóle ćwiczyć. Ostatecznie decyduję się na szybki prysznic, bez suszenia, bo ręcznika także nie mam, i wychodzę przed budynkiem stając w słońcu, by woda odparowała ze mnie jak najszybciej. Opieram się o samochód brata i smaruję ręce kremem z filtrem, gdy chłopcy wychodzą grupą z budynku.

~Michael~
Po treningu idę pod prysznic i zaczynam rozmyślać o kłótni z Vanessą. Nie sądziłem, że moja ochrona tak bardzo jej przeszkadza. Wiem, że nigdy nie wydawała się zbyt zachwycona, że wszędzie jestem i we wszystko się wtrącam, ale ja tylko próbowałem ją chronić. Jako moja jedyna siostra, zawsze była oczkiem w głowie. Bałem się, że pozna kogoś, kto ją skrzywdzi, albo, nie daj Boże, zajdzie w ciąże w wieku szesnastu lat. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że to już nie jest pięcioletnia dziewczynka w różowej sukieneczce z falbankami i nie potrzebna jej moja ochrona. Zawsze chciałem, żeby po prostu dobrze ułożyła sobie życie, ale dopiero teraz widzę, że pozbawiałem ją możliwości rozwinięcia skrzydeł. A przecież chciałem, żeby się rozwijała, wówczas została jedynie małym, nierozwiniętym pączkiem róży.
Pamiętam, jak zły byłem, gdy do naszego domu wszedł ten cały Marcel, z którym była na balu w ostatniej klasie. Myślałem, że za chwile zaciągnę go do łazienki i wykastruję, żeby nic głupiego nie przyszło mu do głowy. Na szczęście, Marcel okazał się homoseksualny. W dodatku był jedynym męskim przyjacielem mojej siostry, może już wtedy powinienem zdać sobie sprawę z tego, że coś jest nie tak.
Ale teraz wszystko się zmieni. Nie mogę jej przecież chronić przed kontaktem z chłopakami, od teraz będzie z nami spędzała całe dnie, a jeśli trener zdecyduje się zabrać ją na wyjazd organizacyjny, spędzi z nami cały szalony tydzień. Dwadzieścia cztery godziny na dobę. I wtedy nie dam rady jej kontrolować.
- Michi, żyjesz? – słyszę głos Stefana, po drugiej stronie zasłony prysznica.
- Tak, tak – mamroczę. – Za raz wychodzę – dodaję i otwieram butelkę żelu pod prysznic.
Tak wiele rzeczy robiłem źle, sądząc, że robię dobrze. Jestem chyba najbardziej beznadziejnym starszym bratem. Powinienem się cieszyć, że Vanessa mi wybaczyła, ale po prostu krew się we mnie zagotowała, gdy usłyszałem, co powiedziała o Gregorze. Ba, gdyby to było o Gregorze, to pal licho, ale to było o jego tyłku! W życiu nie spodziewałem się, że usłyszę takie słowa z jej ust. W dodatku, coś dzieje się między tą dwójką, widzę to. Na szczęście Manuel wczoraj zwrócił na to moja uwagę. Powinienem mu podziękować. Nie chcę, żeby moja siostra skorzystała z chwili mojej słabości i związała się ze Schlierim. Nie mam nic przeciwko niemu, ale chyba nie jestem jeszcze na to gotowy. Wszystko przyjdzie z czasem, ale ja potrzebuję go trochę. Ness musi mi wybaczyć, że nadal będę trzymał ją pod kloszem. Nie chcę, żeby zrujnowała sobie życie, jak chociażby nasza kuzynka Sandra, która musiała zrezygnować ze studiów bo zaszła w ciąże, a teraz na dodatek została sama z dzieckiem, bo chłopak zostawił ją na lodzie.
Nie pozwolę na to, by moja siostra zmarnowała sobie życie.
Spłukuję mydliny z ciała i owijam się ręcznikiem w pasie, a następnie wychodzę do szatni i ubieram się w zwykłe ubrania. Kraft siada obok mnie i milczy przez chwilę.
- Coś nie tak? – pytam go.
- Nie – zaprzecza od razu. – Chodzi mi o to, że rozmawiałem z Ness i ona czuje się źle z twoją nadopiekuńczością – mamrocze, jakby nie chciał, żebym go usłyszał.
- O czym ty mówisz? – dziwię się, zastygając w pół ruchu.
- Wiesz, że przez ciebie nigdy nie miała chłopaka? – rzuca nagle brunet.
- Przestań świrować – oburzam się. – Po prostu nie spotkała żadnego właściwego – przekonuję go.
- Bo wszyscy się ciebie bali! – krzyczy szeptem, żeby nikt nas nie usłyszał.
- Absurd – prycham, wstaję i wychodzę na hol.
Czekamy, aż Stefan do nas dołączy i wychodzimy przed budynek. Vanessa naciera się jakimś kremem na rękach, początkowo nawet nas nie zauważając. Stajemy przed nią zwartą grupą.
- Gotowa na pierwszy obiad w kadrowym gronie? – pyta trener, a ona uśmiecha się szeroko.
- Bardziej gotowa nie będę – mówi i chichocze cicho.

Cała Vanessa, jak zawsze pogodna – co by się nie działo.

#######################################################


I oto jestem. Przyznaję, że wczoraj zawaliłam, ale jakoś zupełnie wyleciało mi z głowy, że powinnam dodać rozdział. Ale jestem. I nieskromnie poproszę o komentarze :D
Buziaki xxx