sobota, 3 października 2020

27.

~Vanessa~

Gdy dzwoni mój budzik niechętnie wstaję i powoli się ogarniam, żeby jak najbardziej opóźnić w czasie moje zejście na śniadanie. Za piętnaście ósma rozlega się pukanie do moich drzwi. Krzywię się, bo nie chcę jeszcze schodzić na dół. Nie chcę w ogóle wychodzić z pokoju. Podchodzę jednak i naciskam klamkę. W progu stoi uśmiechnięty od ucha do ucha Stefan, opierając się przy tym o futrynę.

– Dzień dobry, czy zamawiała pani przystojnego bruneta, który odprowadzi panią na śniadanie? – rzuca lekko obniżonym tonem.

Uśmiecham się serdecznie. Jestem mu bardzo wdzięczna za to, że tak o mnie dba. Mam ochotę go wyściskać, jednak wiem, że nie ma na to czasu.

– Tak, owszem, niech mi pan powie gdy się zjawi – żartuję sobie. Kraft udaje, że dostał bolesny cios prosto w serce i osuwa się nieco po ścianie po czym przepuszczam go w drzwiach, żeby wszedł do środka.

Musze skończyć się czesać i zapleść jakoś moje niesforne włosy, bo dzisiaj przeszły już same siebie. Stefan podchodzi powoli do łóżka i opada na nie delikatnie. Biorę do rąk leżącą obok niego szczotkę, a wtedy on delikatnie ujmuje mój nadgarstek. Podnoszę wzrok dzięki czemu nasze spojrzenia się spotykają.

– Jak się czujesz, Ness? – pyta zatroskany, całkowicie poważny.

Wysuwam rękę z jego uścisku i idę do łazienki, żeby przejrzeć się w lustrze.

– Nic mi nie jest – odpowiadam w końcu, upewniając się, że moja twarz nie zdradza mojej małej tajemnicy.

Że przez tego świra praktycznie w ogóle nie spałam.

Kraftl milczy i widzę, że nerwowo bawi się rąbkiem swoich czerwonych szortów. Szybko rozczesuję resztę włosów i wracam do pokoju po frotki. Plotę luźnego warkocza, który zapewne rozpadnie się zanim zdążę dojść do windy i przez cały czas udaję, że nie widzę w jakim stanie jest Stefan. Być może dzięki temu nie zauważy w jakim stanie jestem ja.

Gdy ponownie pojawiam się w pokoju, Stef podnosi wzrok i wbija we mnie spojrzenie. Ignoruję je, wiedząc, że chce zadać kolejne pytania. Sięgam po sweter i klucz do pokoju, a następnie wciskam telefon do tylnej kieszeni spodni. Zerkam na zegarek. Za pięć ósma. Teoretycznie mamy jeszcze czas, ale ja kieruję się do drzwi, zatrzymuję przy nich i odwracam do Krafta.

– Nie sądzę, żeby mój brat był szczęśliwy znajdując cię w moim pokoju, więc radzę wyjść z niego razem ze mną – rzucam, w końcu na niego patrząc.

Podnosi się powoli i robi kilka kroków w moją stronę, wbijając ręce tak głęboko w kieszenie, że mam wrażenie jakby za chwilę spodnie miały mu zjechać z tyłka.

– Ness, jesteś pewna, że nie chcesz o tym pogadać? – pyta z tą samą troską w głosie.

Spuszczam powoli wzrok i wbijam go w kremową wykładzinę.

– Nie ma o czym gadać – wzruszam ramionami, okłamując samą siebie.

Stef przybliża się jeszcze bardziej, ale ponownie zatrzymuje się kilka kroków ode mnie.

– Wczoraj byłaś roztrzęsiona, gdy tam wparowałem. Muszę wiedzieć co tam się stało – naciska, a gdy podnoszę na niego wzrok zaciska wargi i poprawia się: – Chcę wiedzieć…

Nie wytrzymuję jego spojrzenia. Zadzieram głowę, po czym zaczynam bezsensownie gapić się w sufit. Tak jak robiłam to przez większość dzisiejszej nocy. Wzdycham głęboko, wydymając przy tym wargi. Przypominam sobie to ogromne uczcie strachu, równoczesne poczucie duszącego gorąca i mrożącego zimna. Do oczu powoli napływają mi łzy. Nie chcę znowu płakać, nadal jeszcze boli mnie głowa po wczorajszym. Mrugam szybko, żeby osuszyć oczy. Biorę głęboki wdech i powoli zaczynam się uspokajać. W końcu ponownie spoglądam na Krafta.

– Skłamałabym, gdybym nie powiedziała, że jeszcze nigdy nie bałam się tak jak wczoraj – szepczę wreszcie, a Stefan nie pyta mnie o nic więcej, tylko podchodzi i delikatnie mnie przytula.

Wtulam twarz w jego ramię. Jestem mu ogromnie wdzięczna za to, że przyszedł, że jest tu ze mną i po prostu mnie wspiera. Gdy w końcu wypuszcza mnie z objęć patrzymy sobie głęboko w oczy. Zaplatam mocno nasze palce.

– Nie mów o niczym Michaelowi – proszę.

Nie wiem czy dobrze robię, może Manuel w końcu powinien dostać kilka razów po twarzy, jednak nie chcę, żeby coś się między nimi popsuło. Zwłaszcza na wyjeździe, z którego nie ma ucieczki. To, że Fettner mnie nienawidzi to tylko i wyłącznie moja sprawa. I sama sobie z nią poradzę.

Stef nie wydaje się zachwycony moją prośbą, jednak wiem, że mogę na nim polegać. Mój brat powinien każdego dnia dziękować Bogu za takiego przyjaciela.

– Dobrze, ale gdyby coś się działo, daj mi znać – zaklina. Przystaję na jego prośbę, jednak nie chcę mieszać go w moje problemy.

– Nie musisz się o mnie martwić – zapewniam go i uśmiecham się pokrzepiająco.

Kraftl jeszcze raz mocno ściska moje dłonie po czym je wypuszcza.

– No, to  chodźmy, bo wiesz, ja doskonale pamiętam o tym ciastku – rzuca, kompletnie zmieniając nastrój naszej rozmowy.

Wybucham szczerym śmiechem, kręcąc przy tym głową.

– Rozumiem, że gdyby nie ta obietnica, nie byłoby cię tutaj? – pytam podchwytując żart.

Kraft śmieje się wesoło.

– O nie, zostałem zdemaskowany! – dodaje udając przerażenie.

Roześmiani kierujemy się do windy i już nie wracamy do tematu ubiegłego wieczora. Schodzimy do jadalni, od razu kierując się w stronę bufetu. Stefan wybiera sobie ładnie zarumienioną serową muffinkę z czekoladą, podczas gdy ja robię nam dwa duże kubki herbaty. Potem wspólnie komponujemy swoje kanapki, a gdy jesteśmy gotowi, kierujemy się do tego samego stolika co wczoraj. Drepcząc za Kraftem między stołami, zerkam na zegarek. Za dwadzieścia dziewiąta, za chwilę zaczną schodzić na śniadanie wszystkie skoczne śpiochy. Muszę się pospieszyć z konsumpcją, jeśli chcę uniknąć spotkania z Fettnerem.

Nosz, kura jego mać!

Gdy podnoszę wzrok od razu zauważam nad ramieniem Stefana, że przy naszym stoliku siedzi już trener Kuttin w towarzystwie jednego z zawodników. Od razu rozpoznaję na wpół wygoloną głowę Manuela. Zalewa mnie fala różnych emocji. Nie wiem sama czy bardziej się boję, czy wściekam. Staram się jednak trzymać nerwy na wodzy. Trener o niczym nie wie i lepiej dla nas obojga, żeby się nie dowiedział. Stawiamy swoje rzeczy na blacie, nie spoglądam ani razu na kruczowłosego. Nie zamierzam się też odzywać. Liczę na to, że Stefan mnie w tym wyręczy.

– Dzień dobry! – mówi pogodnie Kraft, siadając naprzeciwko mnie.

Ja wciskam się na miejsce koło trenera, żeby jak najbardziej odgrodzić się od Manuela.

– Dzień dobry – odpowiada Kuttin równie pogodnie. – Jak tam noc? Dobrze się spało? – odwraca się do mnie, jakby chciał zaznaczyć, że oczekuje ode mnie odpowiedzi.

– Och tak, powietrze tutaj zdecydowanie sprzyja wypoczynkowi – rzuca od razu Stefan. – Do tego mają takie wygodne łóżka, a środek w którym piorą pościel pachnie tak ładnie, że aż nie chce się wstawać. Nie można też narzekać na hałas. Jeszcze żadnej nocy nie słyszałem, żeby ktoś hałasował! – papla jak najęty.

Przekrzywiam w końcu głowę wpatrując się w niego i zastanawiam się ile jeszcze da radę wymyśleć. Jednak zanim Kraft zdąży wymienić kolejne zalety hotelu trener wzdycha i przerywa monolog skoczka.

– Tak, tak, myślę, że wszyscy już zrozumieli – wtrąca.

Mama zawsze mówiła, że przerywanie komuś jest niegrzeczne, jednak trener nadaje swojemu głosu tak przyjemne i pogodne brzmienie, że nie potrafiłabym się na niego gniewać, gdyby to mnie przerwał.

– A jak tam wrażenia po pierwszej sesji? – Kuttin zwraca się bezpośrednio do mnie.

Na szczęście chwilę wcześniej wcisnęłam sobie w usta kanapkę, więc pokazuję mu, że musi poczekać, bo jem. Jedzenie z trudem przechodzi mi przez gardło, więc sięgam po kubek z herbatą.

I od razu tego żałuję.

Połykam wszystko szybko, czując jak napój parzy mi nie tylko usta i język, ale też cały przełyk.

– Psiajucha, to wrzątek! – mówię zszokowana. – Chyba nigdy więcej nie zejdę wcześniej na śniadanie – dodaję pospiesznie, zdając sobie sprawę z tego, jak nietaktowna była moja reakcja.

Na szczęście trener zaczyna się cicho śmiać.

– Masz, wypij – podaje mi szklankę soku pomarańczowego. Widząc, że niechętnie po nią sięgam, dodaje: – Spokojnie, nie naplułem. Nawet nie spróbowałem – podtyka mi napój pod nos.

Biorę szklankę i pociągam kilka haustów. Przynajmniej rozmowa przeszła na inne tory.

– Dziękuję bardzo – odstawiam niemal puste naczynie na stół.

Trener uśmiecha się pogodnie.

– Naprawdę, nie ma sprawy, cieszę się, że mogłem pomóc – zapewnia.

Nadal jest mi głupio, więc zerkam w stronę bufetu.

– To może ja przyniosę kolejną szklankę? Na pewno trener chętnie by się napił… – reflektuję się, starając przy tym zatuszować popełnioną gafę.

– Nie, nie, już mówiłem, że nie trzeba! – chichocze gardłowo, ewidentnie  rozbawiony moją nieporadnością. Przynajmniej trener się pośmieje. – Poza tym, ja już jestem po śniadaniu. Pójdę odnieść naczynia i wtedy przy okazji wezmę szklankę soku – wyjaśnia.

Nie podoba mi się to wyjaśnienie. Zwłaszcza ten fragment o tym, że trener sobie za chwilę pójdzie. Zostawienie nas we trójkę przy jednym stole skutkowałoby stworzeniem najbardziej niezręcznej sytuacji roku. Gdy o tym myślę, słyszę nagle dobiegający gdzieś z oddali znajomy śmiech.

Podnoszę wzrok i wtedy w drzwiach wejściowych widzę wchodzących Michaela, Gregora i Andreasa. Oddycham z ulgą. Przynajmniej będzie zamiana.

Chłopcy zauważają nas i kiwają nam na przywitanie. Uśmiecham się szeroko. Nie wiem czy kiedykolwiek cieszyłam się tak na czyjś widok.

Trener jednak nie ma zamiaru czekać, aż chłopcy się dosiądą i zaczyna się zbierać. Patrzę wymownie na Stefana, ponieważ sama nie jestem w stanie wymyśleć sposobu, żeby jakoś go zatrzymać.

– Trenerze! – woła nagle Kraft, tak że sama się wzdrygam.

Kuttin podnosi na niego wyczekujące spojrzenie, jednak gdy Stefan się nie odzywa, czterdziestopięciolatek wzdycha głęboko.

– Tak? – zachęca skoczka.

Kraft rzuca mi kilka krótkich spojrzeń. Po czym wypala niespodziewanie:

– A co będziemy dzisiaj robić?! – pyta.

To samo co zawsze – spróbujemy przejąć władzę nad światem.

Trener patrzy na niego z niedowierzaniem. Ja także. Gapimy się na niego, aż do stolika podchodzi mój brat.

– Dzień dobry, trenerze. Cześć, chłopaki. Co tam, młoda? – wita się z nami.

– Dzień dobry, Michi – odpowiada Kuttin. – Ja właściwie już skończyłem, więc zwolnię Wam miejsce – stwierdza.

Wysuwam się z naszego boksu, żeby zrobić mu przejście. Michi wsuwa się na jego miejsce, a Kraft wciska się głębiej, aby zajmować miejsce naprzeciwko. Siadam z powrotem, czekając aż dołączą do nas Gregor i Andreas. Dmucham powoli nadal gorącą herbatę, kompletnie nie skupiając się na tym, o czym mówi mój brat i jego przyjaciel.

Gdy widzę zbliżających się do nas Schlierenzauera i Koflera, uśmiecham się do nich znad kubka. Odstawiam naczynie na stół i przysuwam się bliżej Michiego, żeby zrobić im miejsce. Andreas wita się z Manuelem kiwnięciem głowy, a mnie delikatnie rozczochruje, przez co mój lelawy warkocz rozpada się, a gumka spada mi pod stół.

– Dzięki – mruczę, gdy brunet zajmuje miejsce obok.

Pospiesznie schylam się po frotkę, zanim ktoś ją kopnie, a wtedy tuż przy mojej twarzy zawisa inna..

– A czego ty tu szukasz? – pyta.

– Och, Gregor! – odruchowo chcę się wyprostować, jednak walę głową o stół i krzywię się z bólu.

– Ups, to chyba przeze mnie – robi skruszoną minę, po czym się prostuje.

Sięgam po gumkę i wyłażę spod stołu najszybciej jak się da, a Schlieri siada naprzeciwko.

– Cześć – uśmiecha się niewinnie, jakby wcale przed chwilą nie widział dowodu na moje nieudacznictwo.

– Cześć – odpowiadam, nie potrafiąc oprzeć się tym piwnozielonym oczom.

O ile jeszcze się nie zarumieniłam, to na pewno zrobię to w przeciągu najbliższych kilku sekund. Żeby zamaskować moje rumieńce, spuszczam głowę i ponownie sięgam po kanapkę. Wtedy zwraca się do mnie mój brat:

– A ty co dzisiaj taka cicha? – pyta.

Dlaczego ludzie chcą ze mną rozmawiać akurat gdy mam pełne usta?!

Wzruszam ramionami, przeżuwając przy tym kęs.

– Może jej lepiej nie męcz, przed chwilą mało brakowało a udławiłaby się przez trenera – rzuca Fettner.

Wszyscy jak na komendę odwracamy głowy w jego kierunku. Niepewnie wychylam się zza brata, żeby lepiej widzieć. Manuel ociera usta, mnie serwetkę i nonszalanco rzuca zmięty papier na swój talerzyk.

– O czym ty mówisz? – pyta zdezorientowany Michi.

Kruczowłosy wzrusza ramionami. Och, ile pogardy dla świata jest w każdym jego geście!

– Normalnie. Jeszcze chwila i trzeba by ją było reanimować albo zmuszać do porzygu  – odpowiada, po czym podnosi się z miejsca. – A teraz wybaczcie, robaczki, ale chciałbym już iść na górę – dodaje.

Niechętnie wysuwam się z boksu i staję blisko Andreasa, jakbym szukała poczucia bezpieczeństwa.  Manuel przeciska się koło Michiego, a następnie mija się ze mną mierząc mnie przy tym wzrokiem. Coś w jego oczach mnie hipnotyzuje, więc nie mogę się od nich oderwać. Wiem, że ten moment trwał zaledwie kilka chwil, jednak miałam wrażenie, jakby czas zwolnił.

Sekundę później Andi i Manuel zbijają piątkę, po czym z powrotem zajmujemy swoje miejsca. Gdy opadam na siedzenie, ponad ramieniem Gregora widzę, że Fettner rzuca mi jeszcze jedno spojrzenie, którego zupełnie nie rozumiem.

Pomyśleć, że jeszcze kilka dni temu myślałam, iż ten wyjazd może być przełomowy. Że może w końcu uda mi się rozgryźć kim tak naprawdę jest Manuel Fetter.

Takiego wała…


*******************************************************************


Dzień dobry!

Pierwszy jesienny post w tym roku! Myślałam, że mimo pewnych zmian na bloggerze, nic nie zmieni się w publikacji postów. Ale Blogger pokazał mi "takiego wała". Niestety teraz tekst będzie taki "rozjechany", ponieważ nowy blogger nie przyjmuje formatowania Wordowskiego. No cóż, pozostaje nam się z tym tylko pogodzić. Mnie się to nie podoba, ale nic z tym nie zrobię.

Dajcie znać jak Wam się podoba nowy rozdział i widzimy się w następnym! Pięknej jesieni!

Pozdrawiam,

Monika Karolina