~Vanessa~
Gdy dzwoni mój budzik niechętnie wstaję
i powoli się ogarniam, żeby jak najbardziej opóźnić w czasie moje zejście na
śniadanie. Za piętnaście ósma rozlega się pukanie do moich drzwi. Krzywię się,
bo nie chcę jeszcze schodzić na dół. Nie chcę w ogóle wychodzić z pokoju.
Podchodzę jednak i naciskam klamkę. W progu stoi uśmiechnięty od ucha do ucha
Stefan, opierając się przy tym o futrynę.
– Dzień dobry, czy zamawiała pani
przystojnego bruneta, który odprowadzi panią na śniadanie? – rzuca lekko
obniżonym tonem.
Uśmiecham się serdecznie. Jestem mu
bardzo wdzięczna za to, że tak o mnie dba. Mam ochotę go wyściskać, jednak
wiem, że nie ma na to czasu.
– Tak, owszem, niech mi pan powie gdy
się zjawi – żartuję sobie. Kraft udaje, że dostał bolesny cios prosto w serce i
osuwa się nieco po ścianie po czym przepuszczam go w drzwiach, żeby wszedł do
środka.
Musze skończyć się czesać i zapleść
jakoś moje niesforne włosy, bo dzisiaj przeszły już same siebie. Stefan
podchodzi powoli do łóżka i opada na nie delikatnie. Biorę do rąk leżącą obok
niego szczotkę, a wtedy on delikatnie ujmuje mój nadgarstek. Podnoszę wzrok
dzięki czemu nasze spojrzenia się spotykają.
– Jak się czujesz, Ness? – pyta
zatroskany, całkowicie poważny.
Wysuwam rękę z jego uścisku i idę do
łazienki, żeby przejrzeć się w lustrze.
– Nic mi nie jest – odpowiadam w końcu,
upewniając się, że moja twarz nie zdradza mojej małej tajemnicy.
Że przez tego świra praktycznie w ogóle
nie spałam.
Kraftl milczy i widzę, że nerwowo bawi
się rąbkiem swoich czerwonych szortów. Szybko rozczesuję resztę włosów i wracam
do pokoju po frotki. Plotę luźnego warkocza, który zapewne rozpadnie się zanim
zdążę dojść do windy i przez cały czas udaję, że nie widzę w jakim stanie jest
Stefan. Być może dzięki temu nie zauważy w jakim stanie jestem ja.
Gdy ponownie pojawiam się w pokoju, Stef
podnosi wzrok i wbija we mnie spojrzenie. Ignoruję je, wiedząc, że chce zadać
kolejne pytania. Sięgam po sweter i klucz do pokoju, a następnie wciskam
telefon do tylnej kieszeni spodni. Zerkam na zegarek. Za pięć ósma.
Teoretycznie mamy jeszcze czas, ale ja kieruję się do drzwi, zatrzymuję przy
nich i odwracam do Krafta.
– Nie sądzę, żeby mój brat był
szczęśliwy znajdując cię w moim pokoju, więc radzę wyjść z niego razem ze mną –
rzucam, w końcu na niego patrząc.
Podnosi się powoli i robi kilka kroków w
moją stronę, wbijając ręce tak głęboko w kieszenie, że mam wrażenie jakby za
chwilę spodnie miały mu zjechać z tyłka.
– Ness, jesteś pewna, że nie chcesz o
tym pogadać? – pyta z tą samą troską w głosie.
Spuszczam powoli wzrok i wbijam go w
kremową wykładzinę.
– Nie ma o czym gadać – wzruszam
ramionami, okłamując samą siebie.
Stef przybliża się jeszcze bardziej, ale
ponownie zatrzymuje się kilka kroków ode mnie.
– Wczoraj byłaś roztrzęsiona, gdy tam
wparowałem. Muszę wiedzieć co tam się stało – naciska, a gdy podnoszę na niego
wzrok zaciska wargi i poprawia się: – Chcę wiedzieć…
Nie wytrzymuję jego spojrzenia.
Zadzieram głowę, po czym zaczynam bezsensownie gapić się w sufit. Tak jak
robiłam to przez większość dzisiejszej nocy. Wzdycham głęboko, wydymając przy
tym wargi. Przypominam sobie to ogromne uczcie strachu, równoczesne poczucie
duszącego gorąca i mrożącego zimna. Do oczu powoli napływają mi łzy. Nie chcę
znowu płakać, nadal jeszcze boli mnie głowa po wczorajszym. Mrugam szybko, żeby
osuszyć oczy. Biorę głęboki wdech i powoli zaczynam się uspokajać. W końcu
ponownie spoglądam na Krafta.
– Skłamałabym, gdybym nie powiedziała,
że jeszcze nigdy nie bałam się tak jak wczoraj – szepczę wreszcie, a Stefan nie
pyta mnie o nic więcej, tylko podchodzi i delikatnie mnie przytula.
Wtulam twarz w jego ramię. Jestem mu
ogromnie wdzięczna za to, że przyszedł, że jest tu ze mną i po prostu mnie
wspiera. Gdy w końcu wypuszcza mnie z objęć patrzymy sobie głęboko w oczy.
Zaplatam mocno nasze palce.
– Nie mów o niczym Michaelowi – proszę.
Nie wiem czy dobrze robię, może Manuel w
końcu powinien dostać kilka razów po twarzy, jednak nie chcę, żeby coś się
między nimi popsuło. Zwłaszcza na wyjeździe, z którego nie ma ucieczki. To, że
Fettner mnie nienawidzi to tylko i wyłącznie moja sprawa. I sama sobie z nią
poradzę.
Stef nie wydaje się zachwycony moją
prośbą, jednak wiem, że mogę na nim polegać. Mój brat powinien każdego dnia
dziękować Bogu za takiego przyjaciela.
– Dobrze, ale gdyby coś się działo, daj
mi znać – zaklina. Przystaję na jego prośbę, jednak nie chcę mieszać go w moje
problemy.
– Nie musisz się o mnie martwić –
zapewniam go i uśmiecham się pokrzepiająco.
Kraftl jeszcze raz mocno ściska moje
dłonie po czym je wypuszcza.
– No, to
chodźmy, bo wiesz, ja doskonale pamiętam o tym ciastku – rzuca,
kompletnie zmieniając nastrój naszej rozmowy.
Wybucham szczerym śmiechem, kręcąc przy
tym głową.
– Rozumiem, że gdyby nie ta obietnica,
nie byłoby cię tutaj? – pytam podchwytując żart.
Kraft śmieje się wesoło.
– O nie, zostałem zdemaskowany! – dodaje
udając przerażenie.
Roześmiani kierujemy się do windy i już
nie wracamy do tematu ubiegłego wieczora. Schodzimy do jadalni, od razu
kierując się w stronę bufetu. Stefan wybiera sobie ładnie zarumienioną serową
muffinkę z czekoladą, podczas gdy ja robię nam dwa duże kubki herbaty. Potem
wspólnie komponujemy swoje kanapki, a gdy jesteśmy gotowi, kierujemy się do
tego samego stolika co wczoraj. Drepcząc za Kraftem między stołami, zerkam na
zegarek. Za dwadzieścia dziewiąta, za chwilę zaczną schodzić na śniadanie
wszystkie skoczne śpiochy. Muszę się pospieszyć z konsumpcją, jeśli chcę
uniknąć spotkania z Fettnerem.
Nosz,
kura jego mać!
Gdy podnoszę wzrok od razu zauważam nad
ramieniem Stefana, że przy naszym stoliku siedzi już trener Kuttin w
towarzystwie jednego z zawodników. Od razu rozpoznaję na wpół wygoloną głowę
Manuela. Zalewa mnie fala różnych emocji. Nie wiem sama czy bardziej się boję,
czy wściekam. Staram się jednak trzymać nerwy na wodzy. Trener o niczym nie wie
i lepiej dla nas obojga, żeby się nie dowiedział. Stawiamy swoje rzeczy na
blacie, nie spoglądam ani razu na kruczowłosego. Nie zamierzam się też odzywać.
Liczę na to, że Stefan mnie w tym wyręczy.
– Dzień dobry! – mówi pogodnie Kraft,
siadając naprzeciwko mnie.
Ja wciskam się na miejsce koło trenera,
żeby jak najbardziej odgrodzić się od Manuela.
– Dzień dobry – odpowiada Kuttin równie
pogodnie. – Jak tam noc? Dobrze się spało? – odwraca się do mnie, jakby chciał
zaznaczyć, że oczekuje ode mnie odpowiedzi.
– Och tak, powietrze tutaj zdecydowanie
sprzyja wypoczynkowi – rzuca od razu Stefan. – Do tego mają takie wygodne
łóżka, a środek w którym piorą pościel pachnie tak ładnie, że aż nie chce się
wstawać. Nie można też narzekać na hałas. Jeszcze żadnej nocy nie słyszałem,
żeby ktoś hałasował! – papla jak najęty.
Przekrzywiam w końcu głowę wpatrując się
w niego i zastanawiam się ile jeszcze da radę wymyśleć. Jednak zanim Kraft
zdąży wymienić kolejne zalety hotelu trener wzdycha i przerywa monolog skoczka.
– Tak, tak, myślę, że wszyscy już
zrozumieli – wtrąca.
Mama zawsze mówiła, że przerywanie komuś
jest niegrzeczne, jednak trener nadaje swojemu głosu tak przyjemne i pogodne
brzmienie, że nie potrafiłabym się na niego gniewać, gdyby to mnie przerwał.
– A jak tam wrażenia po pierwszej sesji?
– Kuttin zwraca się bezpośrednio do mnie.
Na szczęście chwilę wcześniej wcisnęłam
sobie w usta kanapkę, więc pokazuję mu, że musi poczekać, bo jem. Jedzenie z
trudem przechodzi mi przez gardło, więc sięgam po kubek z herbatą.
I od razu tego żałuję.
Połykam wszystko szybko, czując jak
napój parzy mi nie tylko usta i język, ale też cały przełyk.
– Psiajucha, to wrzątek! – mówię
zszokowana. – Chyba nigdy więcej nie zejdę wcześniej na śniadanie – dodaję
pospiesznie, zdając sobie sprawę z tego, jak nietaktowna była moja reakcja.
Na szczęście trener zaczyna się cicho
śmiać.
– Masz, wypij – podaje mi szklankę soku
pomarańczowego. Widząc, że niechętnie po nią sięgam, dodaje: – Spokojnie, nie naplułem.
Nawet nie spróbowałem – podtyka mi napój pod nos.
Biorę szklankę i pociągam kilka haustów.
Przynajmniej rozmowa przeszła na inne tory.
– Dziękuję bardzo – odstawiam niemal
puste naczynie na stół.
Trener uśmiecha się pogodnie.
– Naprawdę, nie ma sprawy, cieszę się,
że mogłem pomóc – zapewnia.
Nadal jest mi głupio, więc zerkam w
stronę bufetu.
– To może ja przyniosę kolejną szklankę?
Na pewno trener chętnie by się napił… – reflektuję się, starając przy tym
zatuszować popełnioną gafę.
– Nie, nie, już mówiłem, że nie trzeba!
– chichocze gardłowo, ewidentnie
rozbawiony moją nieporadnością. Przynajmniej
trener się pośmieje. – Poza tym, ja już jestem po śniadaniu.
Pójdę odnieść naczynia i wtedy przy okazji wezmę szklankę soku – wyjaśnia.
Nie podoba mi się to wyjaśnienie.
Zwłaszcza ten fragment o tym, że trener sobie za chwilę pójdzie. Zostawienie
nas we trójkę przy jednym stole skutkowałoby stworzeniem najbardziej
niezręcznej sytuacji roku. Gdy o tym myślę, słyszę nagle dobiegający gdzieś z
oddali znajomy śmiech.
Podnoszę wzrok i wtedy w drzwiach wejściowych
widzę wchodzących Michaela, Gregora i Andreasa. Oddycham z ulgą. Przynajmniej
będzie zamiana.
Chłopcy zauważają nas i kiwają nam na
przywitanie. Uśmiecham się szeroko. Nie wiem czy kiedykolwiek cieszyłam się tak
na czyjś widok.
Trener jednak nie ma zamiaru czekać, aż
chłopcy się dosiądą i zaczyna się zbierać. Patrzę wymownie na Stefana, ponieważ
sama nie jestem w stanie wymyśleć sposobu, żeby jakoś go zatrzymać.
– Trenerze! – woła nagle Kraft, tak że
sama się wzdrygam.
Kuttin podnosi na niego wyczekujące
spojrzenie, jednak gdy Stefan się nie odzywa, czterdziestopięciolatek wzdycha
głęboko.
– Tak? – zachęca skoczka.
Kraft rzuca mi kilka krótkich spojrzeń. Po
czym wypala niespodziewanie:
– A co będziemy dzisiaj robić?! – pyta.
To
samo co zawsze – spróbujemy przejąć władzę nad światem.
Trener patrzy na niego z
niedowierzaniem. Ja także. Gapimy się na niego, aż do stolika podchodzi mój
brat.
– Dzień dobry, trenerze. Cześć,
chłopaki. Co tam, młoda? – wita się z nami.
– Dzień dobry, Michi – odpowiada Kuttin.
– Ja właściwie już skończyłem, więc zwolnię Wam miejsce – stwierdza.
Wysuwam się z naszego boksu, żeby zrobić
mu przejście. Michi wsuwa się na jego miejsce, a Kraft wciska się głębiej, aby
zajmować miejsce naprzeciwko. Siadam z powrotem, czekając aż dołączą do nas
Gregor i Andreas. Dmucham powoli nadal gorącą herbatę, kompletnie nie skupiając
się na tym, o czym mówi mój brat i jego przyjaciel.
Gdy widzę zbliżających się do nas
Schlierenzauera i Koflera, uśmiecham się do nich znad kubka. Odstawiam naczynie
na stół i przysuwam się bliżej Michiego, żeby zrobić im miejsce. Andreas wita
się z Manuelem kiwnięciem głowy, a mnie delikatnie rozczochruje, przez co mój
lelawy warkocz rozpada się, a gumka spada mi pod stół.
– Dzięki – mruczę, gdy brunet zajmuje
miejsce obok.
Pospiesznie schylam się po frotkę, zanim
ktoś ją kopnie, a wtedy tuż przy mojej twarzy zawisa inna..
– A czego ty tu szukasz? – pyta.
– Och, Gregor! – odruchowo chcę się
wyprostować, jednak walę głową o stół i krzywię się z bólu.
– Ups, to chyba przeze mnie – robi
skruszoną minę, po czym się prostuje.
Sięgam po gumkę i wyłażę spod stołu
najszybciej jak się da, a Schlieri siada naprzeciwko.
– Cześć – uśmiecha się niewinnie, jakby
wcale przed chwilą nie widział dowodu na moje nieudacznictwo.
– Cześć – odpowiadam, nie potrafiąc
oprzeć się tym piwnozielonym oczom.
O ile jeszcze się nie zarumieniłam, to na
pewno zrobię to w przeciągu najbliższych kilku sekund. Żeby zamaskować moje
rumieńce, spuszczam głowę i ponownie sięgam po kanapkę. Wtedy zwraca się do
mnie mój brat:
– A ty co dzisiaj taka cicha? – pyta.
Dlaczego
ludzie chcą ze mną rozmawiać akurat gdy mam pełne usta?!
Wzruszam ramionami, przeżuwając przy tym
kęs.
– Może jej lepiej nie męcz, przed chwilą
mało brakowało a udławiłaby się przez trenera – rzuca Fettner.
Wszyscy jak na komendę odwracamy głowy w
jego kierunku. Niepewnie wychylam się zza brata, żeby lepiej widzieć. Manuel
ociera usta, mnie serwetkę i nonszalanco rzuca zmięty papier na swój talerzyk.
– O czym ty mówisz? – pyta
zdezorientowany Michi.
Kruczowłosy wzrusza ramionami. Och, ile pogardy dla świata jest w każdym
jego geście!
– Normalnie. Jeszcze chwila i trzeba by
ją było reanimować albo zmuszać do porzygu
– odpowiada, po czym podnosi się z miejsca. – A teraz wybaczcie,
robaczki, ale chciałbym już iść na górę – dodaje.
Niechętnie wysuwam się z boksu i staję
blisko Andreasa, jakbym szukała poczucia bezpieczeństwa. Manuel przeciska się koło Michiego, a następnie
mija się ze mną mierząc mnie przy tym wzrokiem. Coś w jego oczach mnie
hipnotyzuje, więc nie mogę się od nich oderwać. Wiem, że ten moment trwał
zaledwie kilka chwil, jednak miałam wrażenie, jakby czas zwolnił.
Sekundę później Andi i Manuel zbijają
piątkę, po czym z powrotem zajmujemy swoje miejsca. Gdy opadam na siedzenie,
ponad ramieniem Gregora widzę, że Fettner rzuca mi jeszcze jedno spojrzenie,
którego zupełnie nie rozumiem.
Pomyśleć, że jeszcze kilka dni temu
myślałam, iż ten wyjazd może być przełomowy. Że może w końcu uda mi się
rozgryźć kim tak naprawdę jest Manuel Fetter.
Takiego
wała…
Dzień dobry!
Pierwszy jesienny post w tym roku! Myślałam, że mimo pewnych zmian na bloggerze, nic nie zmieni się w publikacji postów. Ale Blogger pokazał mi "takiego wała". Niestety teraz tekst będzie taki "rozjechany", ponieważ nowy blogger nie przyjmuje formatowania Wordowskiego. No cóż, pozostaje nam się z tym tylko pogodzić. Mnie się to nie podoba, ale nic z tym nie zrobię.
Dajcie znać jak Wam się podoba nowy rozdział i widzimy się w następnym! Pięknej jesieni!
Pozdrawiam,
Monika Karolina
