sobota, 7 listopada 2020

28.

 ~Vanessa~ 

Otrzepuję piach z dłoni, żeby nie napakować sobie go do dokumentów. Uzupełniam dokumenty dotyczące wczorajszych sesji. Gdy docieram do teczki Fettnera moja ręka zawisa nad kartkami. Nie mam pojęcia co napisać. Przecież nie wpiszę, że uciekłam sesji po tym jak pokłóciłam się z zawodnikiem. Mimochodem wracam myślami do tamtej sytuacji. Nie rozumiem co się wtedy stało. Zdecydowanie puściły mi nerwy, może nawet zareagowałam zbyt impulsywnie. Ale on też mógłby czasami się po prostu zamknąć.

– Wymyślisz jakieś ładne kłamstewko – słyszę nagle za swoimi plecami i wzdrygam się rozpoznając od razu głos.

Nie reaguję, a przynajmniej nie tak, żeby to zauważył. Kątem oka rzucam mu przelotne spojrzenie. Jest cały upocony i uwalony w piachu. Dodatkowo prawie w negliżu.

Czy on ma na sobie damski szorty?

Zaciskam wargi, zastanawiając się jak uzupełnić dokumenty. Widzę jak Fettner zakręca butelkę po wodzie i mnie ją w dłoniach. Wolałabym, żeby zagęścił ruchy i jak najszybciej sobie polazł. Rzucam spojrzenie w stronę trenera, mając nadzieję, że zawoła on zawodnika z powrotem. To trening a nie wakacje. Przynajmniej dla nich.

– Dasz radę, w opowiadaniu bzdur jesteś dobra – dodaje Manuel, po czym odchodzi i dołącza do reszty ćwiczących.

Zamykam usta, gdy tylko orientuję się, że szczęka mi opadła. Co to  w ogóle miało znaczyć?! Cały czas śledzę go wzrokiem, gdy sadzi ogromne susy przez plażę.

A żeby Cię tak pokarało!

W tym momencie Fettner krzywo stawia stopę i z głuchym dudnieniem upada na piasek. Podrywam się na równe nogi, widząc jak wokół niego zbierają się pozostali skoczkowie.

O cholera.

 

Pół godziny później pluję sobie w brodę, że w ogóle dałam się sprowokować. Nie wiem jeszcze jak do tego doszło, ale wychodzi na to, że umiem rzucać hexy. Tylko czemu nie działa, gdy stojąc przy jego łóżku i robiąc mu zimne okłady na kostkę, powtarzam w myślach po raz setny „niech Cię piekło pochłonie”? Skoro zadziałało wtedy, to może teraz też się uda…

Fettner odkłada telefon na brązową kapę okrywającą jego łóżko.

– Możesz już to zabrać? Nic już nie czuję, nawet tego, że mam stopę – rzuca poirytowany.

Obdarowuję go spojrzeniem w stylu „zamknij ryj”.

– Dla twojej informacji: ja też nie czerpię przyjemności z przebywania z tobą w jednym pomieszczeniu – uśmiecham się słodko i tak sztucznie, że aż boli mnie pół twarzy.

Kruczowłosy śmieje się gardłowo i kręci głową w geście przypominającym uznanie.

– No, no, pokazujesz pazurki – zaplata ramiona na piersi, jakby oczekiwał na rozwój wydarzeń. Wbija we mnie wzrok, posyłając przy tym uśmiech. Jego nie jest fałszywy, raczej okazujący zainteresowanie.

Czy jemu naprawę sprawia radość wkurzanie mnie?

Nie reaguję na tę zaczepkę. Zabieram zimny okład i z apteczki wyciągam żel oraz jałowy opatrunek oraz bandaż. Nakładam zimny żel na lodowatą kostkę – chyba rzeczywiście trochę przesadziłam. Ale przynajmniej pomogło, mam nadzieję.

Chociaż nie, wcale nie mam takiej nadziei. Niech zdycha z bólu, menda jedna.

Ostrożnie przykładam opatrunek. Kostka nie jest zbyt opuchnięta, więc nic poważnego się nie stało. Zawijam nogę bandażem i wstaję. Niespiesznie pakuję rzeczy do apteczki oraz sprzątam powstałe śmieci. Gdy jestem gotowa, po prostu odwracam się do wyjścia.

– Żadnych zaleceń, informacji czy pouczenia? – rzuca, gdy sięgam po klamkę.

Odwracam się powoli, niespiesznie. Nadal widzę jakiś chory błysk satysfakcji w jego oczach. Chyba naprawdę sądzi, że Ida mu się mnie sprowokować. Ale tym razem się nie dam.

– Po co? Znając ciebie i tak byś mnie nie posłuchał – wzruszam ramionami, głos mam spokojny, wręcz znudzony.

– No tak, bo przecież tak dobrze mnie znasz – mruczy pod nosem, spojrzeniem przewiercając mi głowę na wylot.

Wytrzymuję.

Ponieważ nic nie mówi, mierzę go wzrokiem i w końcu sama zabieram głos.

– Nie przemęczaj jej, możesz ćwiczyć na treningu, tylko uważaj na nogę. Wieczorem trzeba będzie zmienić opatrunek – mówię, po czym ponownie odwracam się do drzwi.

Gdy wychodzę słyszę za zamykającymi się drzwiami odpowiedź Manuela.

– Już nie mogę się doczekać.

Nie jestem w stanie stwierdzić na pewno, ale jestem przekonana, że mówi sarkastycznie. Odchodzę dwa kroki i nagle mam wrażenie, że kompletnie opadłam z sił. Muszę się oprzeć o ścianę, ponieważ kolejny krok mógłby skończyć się na wykładzinie pokrywającej podłogę w hotelowym korytarzu.

Wzdycham głęboko, zamykam oczy. Szumi mi w uszach. Rozmowy z tym człowiekiem wyciągają ze mnie wszelkie siły życiowe. Dopiero teraz czuję, że spociły mi się dłonie. Wycieram je pospiesznie w neonowe szorty, po czym podpieram się pod boki, nadal nie otwierając oczu.

– Wszystko okej? – słyszę nagle.

Nie, nie, nie, nie. Nic nie rozumiem.

Powoli podnoszę powieki. Przede mną stoi Fettner ze ściągniętymi brwiami i kartą do pokoju. Mam wrażenie, że opuściły mnie wszelkie emocje, nic już nie czuję. Jedyne, co umiem powiedzieć to, że jestem zagubiona i zdezorientowana.

– O co ci w ogóle chodzi? – mruczę nie rozumiejąc.

Dlaczego w ciągu kilku minut zmienia się z zadufanego buca w zatroskanego kolegę?

Manuel patrzy na mnie przez dłuższą chwilę, słyszę nasze miarowe oddechy i spokojne bicie mojego serca. Nie wiem ile mija czasu zanim się odzywa, jednak wyjątkowo mi to nie przeszkadza. Stoimy tak dopóki Manuel nie robi kilku kroków wstecz, aż zderzy się plecami ze ścianą po przeciwnej stronie korytarza.

– Nie lubisz mnie, mam rację? – pyta nie odrywając ode mnie wzroku.

Unoszę pytająco brew.

– Słucham?! – oburzam się.

Manuel prycha, uśmiecha się półgębkiem, po czym wbija spojrzenie w czubki swoich czarnych, sportowych butów.

– No i już się dąsasz – zauważa rozbawiony.

Dobra, nie mam pojęcia o co tu chodzi, ale wyjątkowo jego gierki nie irytują mnie aż tak bardzo jak zazwyczaj.

– A co ci mam powiedzieć? Przytaknąć? Zaprzeczyć? Co byś chciał usłyszeć? – wyliczam.

Naprawdę mam wrażenie, że opadłam z sił i nie jestem w stanie się z nim kłócić.

– Tu nie chodzi o to, co chciałbym usłyszeć – odpowiada od razu. Jego słowa zawisają na chwilę w ciszy pomiędzy nami. Jego czarne oczy ponownie patrzą wprost w moje. Odchyla lekko głowę i opiera ją o ścianę. – Powiedz mi co czujesz – dodaje ściszonym głosem.

Oddech więźnie mi w gardle. Serce przyspiesza. Robi mi się gorąco.

Co czuję?

A co mogę czuć?

Tak naprawdę sama nie wiem.

Nie powiem mu przecież, że go nienawidzę, bo nie jest to prawdą. Owszem, irytuje mnie jak nikt dotychczas, ale czasem ma lepsze momenty. Jest dla mnie jak enigma, kostka Rubika. I choć bardzo staram się dotrzeć do prawdy, odkryć jego tajemnicę, złamać kod, ułożyć wszystkie kolory – jestem wobec tego wszystkiego za słaba. Jednak, kto wie? Być może do rozpracowania Manuela Fettnera potrzeba wprawy? Może ta rozmowa to szansa na zrobienie kroku na przód?

Kręcę głową. Po chwili orientuję się, że nadal nie dzieliłam mu odpowiedzi.

– Nie wiem – przyznaję cicho. Manuel milczy, jego twarz pozostaje niezmiennie nieodgadniona. Wzdycham głęboko, następnie spuszczam wzrok na wykładzinę. Po krótkim namyślę ponownie podejmuję: – Naprawdę chciałabym powiedzieć coś sensownego, ale taka prawda, że nie umiem opisać tego, co czuję – przyznaję. – Nie powiem ci, że cię nie lubię, bo wydaje mi się, że nie jest to do końca prawda. Jednak nie sądzę też, żebym cię lubiła. Jesteś chyba najbardziej arogancką i irytującą osobą, jaką udało mi się spotkać przez całe moje życie – gdy to mówię, kącik jego ust unosi się delikatnie. – Nie jestem w stanie stwierdzić czy kiedykolwiek się polubimy czy zakumulujemy. Nie wiem tego. Ale wydaje mi się, że nadejdzie moment, gdy po prostu do siebie przywykniemy. A wtedy, kto wie? Może przestaniesz w końcu mnie nienawidzić! – rzucam uśmiechając się delikatnie.

Kruczowłosy spuszcza wzrok.

Po dłuższej chwili odbija się od ściany, a następnie stawia dwa kroki w moją stronę.

– Twierdzisz, że jestem arogancki i irytujący? To ciekawe – przyznaje. – Ale posłuchaj teraz, co  ten arogancki, irytujący typ ma ci do powiedzenia – chyba prosi. Aczkolwiek istnieje opcja, że nakazuje. – Nie nienawidzę cię – dopowiada krótko.

Kiwam głową z udawanym uznaniem.

– Wow, wzruszyłam się – żartuję i w teatralnym geście składam ręce na sercu. – Przepiękna, ujmująca przemowa. Mało brakowało, żeby wycisnęła ze mnie łzy – dodaję.

Ja również odbijam się od ściany i robię dwa kroki naprzód, zbliżając się do środka przejścia.

– I ty twierdzisz, że jestem najbardziej arogancką i irytującą osobą, jaką spotkałaś w życiu – kręci głową z niedowierzaniem.

Nie mogę w to uwierzyć, ale nie jestem w stanie powstrzymywać szczerego uśmiechu, ciągle poszerzającego się na mojej twarzy. Manuel ma chyba podobny problem, bo co chwile odrobinę przygryza dolną wargę, jakby próbował zmusić usta do rozluźnienia.

Wzruszam ramionami i zaplatam ręce pod biustem.

– Takie życie, panie Fettner – bąkam.

Manuel także krzyżuje ramiona na piersi.

– Wiesz co ci powiem?

– Umieram z ciekawości – droczę się.

Kruczowłosy pochyla się odrobinę w moją stronę i teatralnym szeptem odpowiada:

– Chyba samej siebie jeszcze nie poznałaś – mówi.

Już zbieram się na odpowiedź, gdy nagle od jego czarnych oczu odrywa mnie dźwięk dzwoneczka z windy. Manuel w jednej chwili prostuje się jak struna, a ja instynktownie odskakuję odrobinę w tył. Drzwi windy rozsuwają się powoli, ukazując zdziwioną twarz sprzątaczki hotelowej. Mierzy nas oboje wzrokiem, po czym wysuwa swój wózek na korytarz. Mijając mnie, rzuca krótkie spojrzenie i po angielsku przeprasza za przeszkadzanie. Uśmiecham się do niej wyrozumiale. W końcu nic złego się nie stało, a ona tylko wykonuje swoją pracę.

Gdy sprzątaczka dociera do ostatnich drzwi po lewo, Manuel i ja robimy po jednym kroku naprzód.

– Miło z jej strony, że przeprosiła – przynaje Fettner.

Patrzę na niego zdziwiona i zdumiona, nie mogąc uwierzyć, że to zdanie padło z jego ust. Chwilę później czarnooki przenosi na mnie spojrzenie i robi zabawną minę. Wydaje mi się, że to delikatne zmieszanie.

– Czemu tak na mnie patrzysz? – pyta.

Zabawnie wygląda. Jak nie on.

Zbliżam się jeszcze bardziej, marszczę nos i praktycznie prosto w jego twarz szepczę:

– Nie jesteś w cale taki straszny, co? – delikatnie uderzam go zaciśniętą pięścią w pierś, jakbyśmy byli droczącymi się przyjaciółmi.

– Tylko nikomu nie mów – rzuca i, na rany Chrystusa, puszcza do mnie oczko!

 



Ahoj, rodacy!

To już siódmy dzień listopada, dacie wiarę? Strasznie szybko minął mi ten tydzień. A jak Wam się żyje pod zamknięciem?

Dajcie znać jak podoba się Wam rozdział i co sądzicie o takim obrocie wydarzeń! Wiem, ostatnio co  rozdział to inny nastrój, ale to samo tak wychodzi. Ten rozdział jest krótszy niż zazwyczaj, bo zajmuje mi tylko 4 a nie 5 stron w Wordzie, ale wydaje mi się, że ucięcie akcji w tym miejscu jest jak najbardziej akuratne.

Trzymajcie się ciepło i zdrowo, uważajcie na siebie i zacznijcie wstępne przygotowania do świąt!

Do zobaczenia w grudniu!

Monika Karolina