niedziela, 3 stycznia 2021

30.

 ~Vanessa~

Biorę prysznic a nogi obijają się o siebie w kolanach. Jest mi coraz bardziej niedobrze, na kolacji prawie nic nie zjadłam. Kawałek sałaty, pomidora i kromkę białego chleba przepiłam samą wodą, zresztą zabraną Stefanowi, bo optymistycznie wzięłam sobie sok pomarańczowy, którego nie byłam w stanie przełknąć. Wychodzę zawinięta w miękki ręcznik, roztrzepuję włosy, żeby szybciej wyschły. Podkręcają się delikatnie od wilgoci. Postanawiam ich nie prostować, jednak po rozczesaniu fale znikają, więc sięgam po okrągłą szczotkę do stylizacji. Gdy włosy są gotowe, nakładam delikatny makijaż. Właściwie nakładam tylko cienką warstwę pudru i eyelinerem rysuję wąskie jaskółki. Rzęsy przeciągam tuszem, na usta nakładam bezbarwną pomadkę, po czym wrzucam ją do małej torebki razem z paczką chusteczek higienicznych.

Staję przed łóżkiem, na którym leżą trzy ładne bluzki, białe dżinsowe szorty oraz czarne dzianinowe, bardziej eleganckie. Wybieram te drugie oraz czarną bluzkę z okrągłym dekoltem i drobnymi cekinami przy zakończeniu króciutkich rękawków. Na nogi zakładam jedyne szpilki, jakie ze sobą zabrałam – beżowe, wiązane sandały na szpilce. Przeglądam się w lustrze, wyglądam w porządku. Schludnie i w miarę elegancko, ale bez przesady. Na szyję zakładam krótki łańcuszek z drobną gwiazdką, mam wrażenie, że ten detal dopełnia cały outfit. Oddycham głęboko, próbując się uspokoić, ale niewiele mi to pomaga.

Sięgam po beżową kopertówkę, a wtedy słyszę ciche pukanie do drzwi. Rozglądam się szybko po pomieszczeniu, żeby sprawdzić czy niczego nie zapomniałam. Biorę kartę do drzwi i telefon, staram się szybko podejść do wejścia, ale drżenie nóg mi tego nie ułatwia. Staję przed drzwiami, ponowie głęboko wzdychając.

Sięgam po klamkę, powoli ją naciskam. Drzwi otwierają się cicho, w progu stoi Gregor. Podnosi wzrok z nosków swoich butów, nasze spojrzenia się spotykają. Na widok jego piwnych oczu cały stres odchodzi. W końcu się uśmiecham, miodowowłosy odwzajemnia gest.

– Wow – mówi półszeptem, mierząc mnie spojrzeniem. Dopiero po chwili dodaje: – Wyglądasz przepięknie.

Czuję, że rumieniec oblewa moją twarz, więc chylę głowę, by włosy zakryły czerwone policzki. Za komplement dziękuję delikatnym dygnięciem. Podnoszę wzrok i dopiero wtedy zauważam, że Greg wygląda schludnie i elegancko, jednak nie oficjalnie, więc raczej nie zabierze mnie do restauracji. To dobrze, obawiałam się, że strasznie na mnie przepłaci.

– Ty też nienajgorzej – rzucam żartobliwie. Schlieri prycha rozbawiony i spuszcza głowę.

– Dzięki, starałem się dociągnąć poziomem do twojego, ale widocznie nie mam na to predyspozycji – żartuje.

Chichoczę aż samej siebie mam dość. Zrzucam to na stres, choć właściwie wcale go już nie czuję. Gregor robi krok w tył, wypuszczając mnie na korytarz, przestępuję próg i dopiero wtedy – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – czuję, że rzeczywiście idę na randkę z Gregorem Schlierenzauerem. Nabuzowana różnymi emocjami zamykam drzwi do pokoju po czym wspólnie ruszamy do windy. Wsiadając staję przy konsolecie, jednak zamiast wcisnąć odpowiedni przycisk, opieram się o zimną ścianę. Gdy Greg robi krok w moją stronę, tracę oddech, wciąż pamiętając scenę, którą Klara* opowiadała mi po przeczytaniu Greya.

Ach, te windy**, mruczę w myślach, gdy piwnooki wyciąga rękę w moją stronę i… wciska srebrny przycisk z grawerowanym zerem. Gregor spogląda na mnie z pytaniem wypisanym na twarzy, wpatruję się w niego jak w obrazek, cały czas twierdząc, że stoi o pół kroku za blisko. Mimochodem rozciągam usta w uśmiechu, nie mogąc ich powstrzymać. Schlierenzauer odwdzięcza się tym samym, jednak nadal milczy. Gdy winda otwiera się z brzdęknięciem dzwoneczka, czuję jego długie palce delikatnie zaplatające się na moim nadgarstku. Gwałtownie wciągam powietrze, czując zimny dotyk na skórze.

Ruszamy przez przestronny hol, zatopiony w ciepłym świetle zachodzącego słońca. Mam wrażenie, że w całym hotelu jesteśmy tylko my, bo oprócz odźwiernego, w pobliżu nie ma nikogo. Nawet za kontuarem w recepcji nie stoi nikt z obsługi. Wychodzimy żegnani skinieniem odźwiernego prosto w ibizyjskie powietrze.

– To gdzie mnie zabierasz? – pytam, jednak krzywię się słysząc swój zachrypnięty głos. Cicho odchrząkuję czekając na odpowiedź.

Gregor uśmiecha się przebiegle.

– Tajemnica – wzrusza ramionami rozkładając przy tym ręce na boki.

Przewracam oczami, jednak nie drążę. Podziwiam zaróżowione obłoczki, leniwie przetaczające się po niebie.

– Pięknie tu –  wzdycham.

Gregor milczy chwilę, może dwie, potem przytakuje.

– To fakt, zwłaszcza, gdy ma się ciebie obok – rzuca mi znaczące spojrzenie.

Wszystko we mnie płonie.

– Przestań – bąkam.

Wypuszcza moją dłoń i wbija swoje w kieszenie.

– Czemu? Mówię poważnie – odpowiada.

Spuszczam głowę, drapię się po czole szukając właściwych słów. Miło słucha się dobrych słów na swój temat, jednak…

– Ja chyba po prostu nie umiem przyjmować komplementów, więc jeśli nie chcesz, żebym przez całą… cały wieczór siedziała czerwona jak burak, to przestań – odpowiadam, starając się nie brzmieć zbyt pretensjonalnie. Mam nadzieję, że uzna moje słowa za szczere, nawet mimo zająknięcia.

Na szczęście zdaje się, że nie zwrócił uwagi na moje zachwianie. Nie chciałam powiedzieć, że to randka, to określenie nie padło z jego ust, gdy mnie zapraszał. Może dla niego to tylko przyjacielska kolacja? Oby nie.

Schlieri patrzy na mnie z niedowierzaniem, widzę jak delikatnie przygryza język, żeby tylko się nie roześmiać. Rzucam mu spojrzenie pełne politowania i kręcę głową.

– Świetna randka, jak w koszmarze z filmu o amerykańskim liceum. Najprzystojniejszy chłopak w całej szkole umawia się z szarą myszką, a potem ją wyśmiewa. No, dalej, czekam aż wyskoczy na mnie reszta kadry i z kubłem świńskiej krwi – odpowiadam przekornie. Gregor nie wytrzymuje i zaczyna się śmiać.

Yeah, that’s what I’m talking about. Słyszę jednak, że jego śmiech jest szczery i w końcu sama nie wytrzymuję. Z jednej strony mam nadzieję, że nie usłyszał słów „randka” i „najprzystojniejszy chłopak”, jednak z drugiej trochę liczę na ich zauważenie. On jednak tylko się śmieje, więc w myślach przyznaję mu plusa za znajomość klasyki horroru. Słysząc jego beztroski rechot wtóruję mu głośno, aż w końcu orientuję się, że idziemy na plażę. Natychmiast się zatrzymuję.

– Wszystko okej? – pyta Gregor poważniejąc nagle.

– Taaak tylko… Czy my idziemy na plażę? – unoszę brew.

– Tak, czy to problem? – dziwi się.

Spoglądam na swoje szpilki niepewnie. Raczej nie dam rady w nich brodzić przez piach. Opcjonalnie poskręcam sobie obie kostki, najem się piachu i zedrę skórę na twarzy i kolanach, gdy z wielką gracją runę jak długa.

– Nie, pod warunkiem, że teraz do mnie podejdziesz, będziesz mocno trzymał za rękę, żebym nie straciła równowagi, a potem nie będziesz się śmiał, gdy będę szła z butami w ręce – mówię, podpierając się pod boki.

Gregor podchodzi do mnie powoli, jakby leniwie. Święta Panno nad pannami, jaki on przystojny.

– Wiesz co? – bąka z figlarnym uśmieszkiem błąkającym się po ustach. – Mam chyba lepsze wyjście… – stwierdza przekornie.

Rzucam mu pytające spojrzenie.

– Czyżby? – mierzę go wzrokiem, gdy staje tuż obok mnie. Za blisko! Za blisko!

– Zdecydowanie – błyska uśmiechem, a chwilę później czuję jak jego ręce chwytają mnie w pasie i zgięciu kolan.

Piszczę, gdy moje stopy tracą kontakt z podłożem, mocno chwytam się szyi Gregora, jednocześnie pilnując, by nie zgubić torebki.

– Zwariowałeś! – krzyczę, równocześnie śmiejąc się w głos.

– Nie, nie wydaje mi się – odpowiada gardłowo spoglądając mi prosto w oczy. O Pani nasza, orędowniczko nasza… Serce łopocze mi w piersi, jestem przekonana, że Gregor je słyszy. Ruszamy nieśpiesznie, potem mijamy dwie wydmy i już znajdujemy się na plaży.

Dostrzegam mały stolik stojący w połowie odległości od linii morza. Oczy otwierają mi się szerzej z niedowierzania. Kilkanaście kroków dalej Gregor stawia mnie na piachu i mocno chwyta za dłoń. Razem przechodzimy dystans dzielący nas od stolika, śmiejąc się przy każdym moim pokracznym kroku. Przez cały czas Schlieri asekuruje mnie, za co jestem mu bardzo wdzięczna.

Gdy siadamy podziwiam wielkie kwiaty w wazonie pomiędzy nami.

– Jak udało ci się to wszystko zorganizować w tak krótkim czasie? I ile za to zapłaciłeś? Stolik na plaży musiał kosztować fortunę…! – zaczynam mieć wyrzuty sumienia. Na samą myśl o ogromnych kwotach robi mi się gorąco.

– Spokojnie, pieniądze nie są tu najważniejsze – wtrąca w moje zdanie.

– Nie, nie rozumiesz, dla mnie to jest ważne – opieram się nieelegancko na łokciach. – Nie możesz na mnie przepłacać! – burczę chowając twarz w dłoniach. – Tak mi głupiooo… – niemal piszczę zażenowana zarówno swoim zachowaniem jak i jego rozrzutnością.

Gregor znowu się śmieje, chwyta moje dłonie w nadgarstkach, odciąga je od twarzy, następnie spogląda mi prosto w oczy.

– Daj spokój – uspokaja mnie, jednak jestem przekonana, że nasza randka właśnie legła w gruzach. – Dla mnie to naprawdę bez znaczenia – dodaje.

Marszczę czoło, patrzę na niego bez przekonania.

– Powiedz, że nie wydałeś na to fortuny – proszę cicho nie mogąc oderwać się od jego oczu, które w tym świetle wyglądają niesamowicie.

– Nie wydałem na to fortuny – odpowiada niemal natychmiast. – Poza tym, nawet jeśli bym wydał, to moje pieniądze – wzrusza ramionami beztrosko. – Nie zrozum mnie źle, ale dziś dla mnie nie liczą się pieniądze – mówi ciepłym tonem. Mam wrażenie, że sam tembr jego głosu rozgrzewa mnie od środka i relaksuje.

Przez dłuższą chwilę patrzę na niego w milczeniu. Gdy jego dłonie pokrzepiająco ściskają moje, postanawiam zadać jeszcze jedno pytanie.

– Wszystko zepsułam, prawda? – jęczę, krzywiąc się na swoją reakcję sprzed kilku minut.

Gregor uśmiecha się półgębkiem.

– Nie, skąd. Chociaż to pierwsza taka sytuacja w moim życiu – przyznaje.

Zwieszam głowę, jestem załamana i czuję potrzebę wytłumaczenia swojego zachowania.

– Przepraszam, nie chciałam, żeby tak wyszło – zaczynam. – Wszystko jest pięknie, doceniam gest i naprawdę mi się podoba, jednak… nigdy wcześniej nie byłam na… takim spotkaniu, dlatego nie do końca wiem jak powinnam się zachowywać. Jesteś świetnym gościem i mam nadzieję, że wiesz, że nie lubię cię za pieniądze, ale za to jaki jesteś – przyznaję. Gregor uśmiecha się ciepło, mam wrażenie, że moje słowa sprawiają mu przyjemność. – Dlatego uważam, że nie powinieneś  przepłacać, bo mi wystarczyłyby nawet kanapki czy kebab z tej knajpki na rogu, którą mijaliśmy po drodze – dodaję.

Schlieri prycha rozbawiony, delikatnie kręci głową i puszcza moje dłonie. Opada na oparcie krzesła, osuwając się w nim nieco.

– Wiesz, wydaje mi się, że w takiej sytuacji też jestem ci winny wyjaśnienia – mówi. – Nie wiem co o mnie słyszałaś, jeśli w ogóle coś obiło ci się o uszy, ale wbrew temu co mówią nie miałem zbyt wielu dziewczyn. Owszem, umawiałem się z kilkoma, ludzie zawsze do mnie lgnęli, więc zawieranie nowych znajomości nie było dla mnie problematyczne. Ale w przeciwieństwie do ciebie, tamtym dziewczynom zależało na kolacjach w wykwintnych restauracjach serwujących dania wielkości pudełka po zapałkach a kosztujących tyle co nocleg w pałacu. Jesteś pierwszą dziewczyną, która prosi mnie, żebym nie wydawał na nią zbyt wiele. Z tym, że ty akurat jesteś warta każdych pieniędzy – akcentując ostatnie zdanie spogląda na mnie znacząco.

Dreszcz przebiega moje ciało od czubka głowy, aż po same pięty. Speszona odwracam wzrok, spoglądając na spokojne fale. Oddycham głęboko uśmiechając się do siebie. Czuję na sobie wzrok Gregora, jednak nie jestem w stanie odpowiedzieć na jego wyznanie, dlatego wsłuchuję się w szum wody. Kątem oka widzę jak Schlieri także odwraca twarz w stronę morza.

– Och, spójrz, jaki piękny zachód słońca – zauważa.

– Jego też zamówiłeś? – pytam psotnie, zerkając na niego.

– On akurat jest za darmo – odpowiada żartobliwie.

Po raz kolejny w ciągu kilkudziesięciu minut chichoczę pod nosem. Nawet nie zauważam kiedy Gregor sięga po szampana stojącego w wiaderku z lodem. Dopiero jego głos wyrywa mnie z rozbawienia.

– Szampana? – pyta.

Odpowiadam skinieniem głowy. Gregor otwiera butelkę z hukiem, korek leci gdzieś za moje plecy, ale nie odwracam się za nim. Podziwiam z jaką gracją miodowowłosy nalewa musujący napój do kieliszków i gdy są pełne chwytam jeden z nich za cienką nóżkę, a potem unoszę go delikatnie z pytaniem wypisanym na twarzy. Schlierenzauer odczytuje je z moich oczu.

– Za spotkanie? – pyta unosząc kieliszek.

– Za spotkanie – przytakuję, po czym zderzamy delikatnie naczynia a przyjemne brzdęknięcie niknie w szumie fal.

Po kilku łykach Gregor proponuje, żebyśmy zaczęli jeść. Zgadzam się, bo powoli odczuwam skutki skromnej kolacji. Pod srebrną pokrywą kryją się smażone krążki, które w pierwszej chwili kojarzą mi się z chrupkami, ułożone wokół miseczki z jasnym sosem. Szybko jednak orientuję się, że to zdecydowanie nie są chrupki, jednak nadal nie wiem jak zabrać się do jedzenia. Schlieri musi zauważać konsternację na mojej twarzy, ponieważ natychmiast przystępuje do tłumaczenia.

– To kalmary. Nie wiem czy lubisz owoce morza, ale uznałem, że to coś, czego warto spróbować będąc w Hiszpanii. Nie krępuj się, jedz palcami, ja nigdy nie używam do nich sztućców. Po prostu maczam w ailloli i jem – objaśnia.

Uśmiecham się szeroko.

– Dzięki, zobaczymy jak to smakuje. Muszę przyznać się do jeszcze jednej rzeczy: to mój pierwszy raz z owocami morza – wyznaję.

Gregor prezentuje wszystkie zęby w szerokim uśmiechu.

– No widzisz, wieczór pierwszych razów – rzuca rozbawiony.

Chętnie mu wtóruję, po czym zabieramy się do jedzenia. Powoli przeżuwam pierwszy krążek. Mają wyjątkowo subtelny smak, który niemal ginie w towarzystwie sosu. Są także delikatne, choć zarazem gumowe w konsystencj.

– I jak? – pyta z zaciekawieniem czekając na mój werdykt.

Wzruszam ramionami.

– W porządku, ale zostanę przy drobiu czy innej wieprzowinie – odpowiadam a on ponownie wybucha śmiechem, co sprawia, że zaczynam się zastanawiać czy przypadkiem nie robi tego jedynie z uprzejmości. – Aż tak cię to bawi? – pytam rozbawiona jego reakcją.

Tym razem to Gregor wzrusza ramionami.

– Czy ja wiem? Trochę tak, ale ważne, że przynajmniej trochę ci smakowało. Mam nadzieję, że w takim wypadku nieco bardziej przypadną ci do gustu croquetas – mówi sięgając po kolejny wysmażony krążek.

Gdy opróżniamy talerz, podchodzi piękna, choć nieco krępa dziewczyna w schludnym uniformie. Zabiera brudne naczynia, na których miejsce wstawia prostokątne talerze z małymi kotlecikami, białym sosem i potarganymi liśćmi sałaty.

– Naprawdę nie musiałeś wynajmować obsługi – mówię, gdy dziewczyna odchodzi.

– Ness, mówiłem ci już coś na ten temat – gani moje słowa.

– A ja mówiłam, że teraz strasznie mi głupio – odpowiadam. Gregor nie komentuje, więc idę w jego ślady i sięgam po widelec. – A to co takiego? – pytam rozcinając jeden kotlecik widelcem.

– Croquetas, czyli szynka, ser i masa ziemniaczana – odpowiada zwięźle, rzeczowo.

Próbuję pierwszy kęs, niemal od razu moje kubki smakowe przezywają orgazm. Nie mogę pohamować przeciągłego mruknięcia.

– O rany, jakie to pyszne – wzdycham.

Gregor spogląda na mnie z iskrami rozbawienia tańczącymi w jego oczach.

– Cieszę się, że ci smakuje – mówi tylko, przeżuwając swój kęs. Gdy przełyka, dodaje: – Chciałem, żebyś spróbowała różnych rzeczy, dlatego zdecydowałem się zarówno na coś bardziej egzotycznego jak i na bardziej swojskie dania.

– Zdecydowanie dobry ruch – przyznaję, po czym ponownie zachwycam się nad kotlecikami. W trakcie jedzenia mówię tyle, że muszę robić sobie przerwy między jedzeniem a zachwytami nad nim, żeby nie dostać ataku czkawki, dlatego moje danie znacznie wolniej znika z talerza. Powoli dokańczam swoje, ciesząc się, że kelnerka jeszcze nie przyszła. – Czy to już Raj? – pytam przeżuwając ostatni kawałek.

– Zdecydowanie nie, ponieważ właśnie skończyłaś, a to może skutkować cierpieniem i tęsknotą za utraconymi croquetas – odpowiada tak poważnym tonem, że nie potrafię zapanować nad śmiechem.

Ponownie zjawia się obsługa, stawiając przed nami talerz usmażonych pręcików oraz miseczkę rozpuszczonej czekolady.

– No to już przesada – rzucam. – Czy pan chce mnie utuczyć, panie Schlierenzauer? – pytam zawadiacko.

– Ależ skąd, w następnej kolejności zaplanowany jest długi spacer – odpowiada równie zaczepnym tonem.

Churros znikają powoli, ponieważ przy deserze mówimy już znacznie więcej, wymieniając się zaczepkami. Nasze palce częściej spoczywają na sobie nawzajem niż na słodkich przekąskach, jednak zupełnie nam to nie przeszkadza. Przez moment mam wrażenie, że cały świat się zatrzymał, wszyscy inni zniknęli a my jesteśmy jedynymi ludźmi na ziemi. Pod spojrzeniem Gregora czuję się wyjątkowo dobrze, choć jestem przekonana, że w normalnych warunkach od razu bym się speszyła. Teraz jednak wytrzymuję spojrzenie, a gdy od czasu do czasu nasze palce splotą się na chwilę, nie szczędzę Gregorowi podobnych spojrzeń.

Po skończeniu posiłku, zdejmuję szpilki, ponieważ mam wrażenie, że jestem cięższa o pięćdziesiąt kilogramów. Poza tym, nie mam odwagi prosić Gregora o niesienie mnie do hotelu a co dopiero po brzegu morza. Długo spacerujemy w milczeniu, wsłuchując się w szum fal i pozwalając naszym rękom ocierać się o siebie, choć z każdym dotykiem przez moje ciało przemykają dreszcze. Gdy w końcu decydujemy się pomówić, udaje mi się namówić Gregora, by opowiedział mi trochę o sobie. Mam wrażenie, że jestem jedyną osobą w całej Austrii, która nie ma pojęcia kim jest Gregor Schlierenzauer. Co prawda, jakiś czas temu, gdy ciekawość zżerała mnie od środka, sprawdziłam jego nazwisko w Internecie, jednak medale i daty nie powiedzą mi kim tak naprawdę jest chłopak spacerujący obok mnie po plaży.

Słucham z zainteresowaniem opowieści o lepszych i gorszych chwilach, co rusz podpytując o szczegóły. Gregor szczerze odpowiada na każde pytanie, a jego głos sprawia, że czuję się spokojna jak nigdy. W pewnym momencie siadamy przy kłodzie wyrzuconej na brzeg przez fale, opierając się o nią plecami.

– Mniej więcej rok temu poczułem, że skoki nie są już dla mnie tym samym, czym były kiedyś. W dodatku szło mi koszmarnie: sześć miejsc poza pierwszą dziesiątką, cztery razy w ogóle się nie zakwalifikowałem… Jeszcze w Klingenthal, w drużynówce zajęliśmy trzecie miejsce, niby wszystko fajnie, ale byłem najgorszy z naszej czwórki. Chłopaki w przerwie między seriami zapewniali mnie, że jest super, ale wcale tak nie było. Oczywiście byłem im bardzo wdzięczny, takie wsparcie dużo daje, ale czułem, że powinienem dawać z siebie więcej. Mam wrażenie, że decyzja zapadła już wtedy. Było mi głupio przed samym sobą, bo gdy wracałem do domu i widziałem te wszystkie nagrody, miałem wrażenie, że patrzę na gablotę obcego człowieka. To wszystko nie wzbudzało we mnie emocji, przestało napędzać i motywować. Mając dwadzieścia pięć lat czułem się wypalony. W dodatku media zdecydowanie za mocno zaczęły interesować się moim życiem prywatnym, a wtedy zrozumiałem, że tego już za wiele – przyznaje gorzko. – Postanowiłem, że więcej nie będę zawodzić już nikogo: ani kibiców, ani siebie, ani moich bliskich. Cóż, to ostatnie nie do końca mi wyszło – uśmiechnął się smutno. Przez chwilę trwamy w ciszy, której nie chcę przerywać. Wolę dać mu czas tylko dla siebie. Podziwiam go, gdy zapatrzony w spokojne morze kontempluje nad własnym losem, aż w końcu odzywa się niespodziewanie, szybko zwracając twarz w moją stronę. – I tak skończyła się żywa legenda skoków narciarskich – finiszuje.

Nie wiem czy moje zachowanie jest odpowiednie, jednak bez zastanowienia kładę mu rękę na ramieniu i delikatnie je masuję, mając nadzieję, że w ten sposób dodam mu otuchy. Gregor mruży oczy, przyglądając się mej twarzy skąpanej w świetle zmierzchającego dnia. Jego wzrok mnie hipnotyzuje, dopiero po chwili czuję jak nakrywa moją dłoń swoją. Milczę gdy przysuwa się bliżej, jedynie ledwie zauważalnym skinieniem daję mu ciche przyzwolenie, a wtedy nasze usta łączą się w delikatnym pocałunku.

Cały świat wiruje, gdy odsuwamy się od siebie. Nie możemy oderwać od siebie wzroku i gdyby nie podmuch chłodnego wiatru, nie wiem jak długo trwalibyśmy w takim zamrożeniu. Niestety wzdrygam się gdy zimne powietrze owiewa moje gołe nogi oraz ramiona. Wtedy Gregor odsuwa się ode mnie.

– Już późno, wracajmy – wstaje i otrzepuje spodnie z piachu, następnie wystawia w moją stronę dłonie, aby pomóc mi podnieść się z siadu.

Wracamy w milczeniu, oboje pochłonięci własnymi myślami. Jednocześnie mam jednak wrażenie, że nie potrzebne są nam słowa, wystarcza sama obecność. Nasze dłonie, dotąd szczelnie splecione, rozłączają się, gdy wsiadamy do windy. Stajemy po przeciwnych jej stronach i patrzymy na siebie jakbyśmy widzieli się po raz pierwszy.

Gregor odprowadza mnie pod drzwi, nim jednak je otworzę, odwracam się na pięcie.

– Chciałam tylko powiedzieć, że świetnie się bawiłam i dziękuję ci za zaproszenie. To był wspaniały wieczór – mówię ściszonym głosem, żeby nie pobudzić śpiących skoczków.

Gregor uśmiecha się ciepło, serdecznym gestem poprawia kosmyk moich włosów i zakłada go za ucho.

– Ja również świetnie się bawiłem – odpowiada. – Mam nadzieję, że kiedyś uda nam się to powtórzyć – przyznaje, a ja czuję jak moją twarz rozciąga szeroki uśmiech. – A teraz śpij dobrze – pochyla się i delikatnie całuje mnie w czoło.

Nie odpowiadam, bo jestem przekonana, że moje spojrzenie mówi wszystko. Gregor powoli wysuwa swoją dłoń z moich włosów i ospale robi mały krok w tył. Niespiesznie odchodzi, nie odwracając się ode mnie, a ja nie mogę przestać się na niego patrzeć. Już przy swoich drzwiach, Gregor rzuca mi jeszcze jedno spojrzenie, ostatni uśmiech, który odwzajemniam z cichym chichotem.

 

 

*Klara to przyjaciółka Nessi, ostatnio wspominałam o niej chyba 30 rozdziałów temu, więc jakby ktoś zapomniał to taka przypominajka

**tak, to cytat z „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Wiem, świetny wzorzec literacki hahahaha

-------------------------------------------------------------------------------

Szczęśliwego Nowego Roku!

Rozdział miał być wczoraj, jest dzisiaj, bo tak wyszło. Ostatnio narzekaliście na to, że rozdział krótki, więc teraz macie 3,3 tys. znaków. A co się będę ograniczać? Jak widzicie, mamy przełom: 1) dobiliśmy do 30 rozdziału [wow, zaczynając ponad 3 lata temu nie sądziłam, że tak długo będę to za sobą ciągnąć hahah], 2) Vanessa w końcu poszła z Gregiem na randkę i jeszcze się pocałowali [wiem, szok i niedowierzanie].

Jeśli opis tego wyjścia jest nieco nieporadny, to musicie mi wybaczyć – to była także moja pierwsza randka. Dajcie znać co sądzicie! Swoją drogą, jeśli wiecie do jakich tekstów kultury nawiązywałam w tym rozdziale, to śmiało możecie wypisać swoje typy. Jestem bardzo ciekawa Waszych propozycji.

A z okazji Nowego Roku życzę Wam spełnienia marzeń, życiowych sukcesów i duuużo zdrowia.

Pozdrawiam,

Monika Karolina xx