sobota, 4 sierpnia 2018

16.


~Michael~

Otwieram oczy. Słońce musiało wstać już jakiś czas temu, bo w pokoju jest jasno. Podnoszę telefon z szafki koło łóżka. Jeszcze dziesięć minut do budzika, ale mogę wstać wcześniej. Siadam na materacu, spuszczam nogi na podłogę. Po ostatnim treningu strasznie bolą mnie plecy, więc przeginam kręgosłup w obie strony kilka razy, by rozciągnąć mięśnie i idę się umyć. Vanessa musiała już wstać, bo w łazience czuć słodki zapach jej żelu pod prysznic.
Ogarnąłem się szybko po czym dopakowałem ostatnie rzeczy do walizki w pokoju. Trochę obawiam się tego wyjazdu, niby na niego czekałem, ale po raz pierwszy pojedzie z nami moja siostra. Kto wie, co moim kumplom przyjdzie do głowy? Oni są nieobliczalni!
Przynajmniej na Stefana mogę liczyć. Cały czas nie wszystko sobie wybaczyliśmy, choć minął ponad tydzień. Kraft zrozumiał moje pretensje, ale nie mógł się z nimi pogodzić. Ja też nadal miałem mu kilka rzeczy za złe, więc można uznać, że byliśmy kwita.
Wszedłem do kuchni, Vanessa tańczyła z czajnikiem w jednej ręce i paluszkiem chlebowym w drugim. Blond sprężynki podskakiwały radośnie na jej ramionach, z uszu wisiały białe kabelki od słuchawek. Nie widziała mnie, lała wrzątek do turkusowego kubka na blacie kuchennej wyspy. Sięgnąłem do szafki po kubek, a następnie postawiłem go obok jej. Wzdrygnęła się.
- Michi, dostanę przez ciebie zawału – podniosła głos, ale wrzuciła torebkę herbaty do naczynia, po czym nalała do niego wody.
- Bez przesady, aż tak źle chyba nie wyglądam – zażartowałem. Wyjęła słuchawki z uszu, uśmiechając się promiennie.
- To niech oceniają inne, mi nie wypada – wzruszyła ramionami. W błękitnych oczach tańczyły iskry rozbawienia. – Gotowy na Wielki Podryw na Ibizie? – upiła łyk, patrząc na mnie spod rzęs.
Podparłem się na łokciach. Ta teoria Wielkiego Podrywu nie przemawiała do mnie ani trochę. Chłopaki co roku opowiadali jakich to rzeczy nie dokonają na wyjeździe, a zwykle wracali z tym samym, z czym pojechali – czyli z niczym. Miałem nadzieję, że w tym roku nie będą starali się wyjątkowo przechwalać się swoimi umiejętnościami w kontaktach damsko-męskich. Owszem, nie raz zagadywaliśmy do dziewczyn na plaży lub przy hotelowym basenie, ale cos czułem, że w tym roku chłopcy będą szli w konkury, żeby zaimponować mojej siostrze.
Nie miałem nic przeciwko stosunkom koleżeńskim między kadrowymi kolegami, a Vanessą – zdecydowanie dobrze bawiła się w ich gronie, wszyscy byli dla niej mili, więc szybko się odnalazła w nowym miejscu – ale nie chciałem, żeby któremuś przyszło do głowy coś więcej. Znałem ich dłużej, wiedziałem o ich mniejszych i, w niektórych przypadkach, większych grzechach. Nie chciałem, żeby Ness wdawała się z nimi w głębsze relacje. Owszem, nie wszyscy byli źli, ale to jednak moja jedyna siostra, musiałem ja chronić, jak tylko mogłem.

~Vanessa~

Taksówka zatrzymała się przed terytorium lotniska, weszliśmy do środka i odnaleźliśmy Krafta. Chłopak rozmawiał o czymś z Koflerem i, o zgrozo, Fettnerem.
- Hej – uśmiecham się przyjaźnie, wszyscy podnoszą na mnie wzrok.
- Cześć – także wita się mój brat oraz z każdym ściska dłonie.
Chłopcy odpowiadają jedynie skinieniem głowy.
- O czym mówicie? – zainteresował się Michael.
Stefan mruga dwa razy, jakby nie rozumiał usłyszanych słów. Andreas wierci się, ostatecznie opierając o drugi podłokietnik.
- Właśnie zastanawialiśmy się czy trener da nam dużo wolnego – odpowiada Kofi.
Manuel wstaje z fotela.
- Idę po coś do picia, wziąć coś komuś? – pyta kruczowłosy.
Nikt nie wydaje się zainteresowany, ale mnie coś podkusiło.
- Ja bym się gorącej czekolady napiła – z młodej piersi się wyrwało.
Spogląda na mnie, jakby chciał powiedzieć „ciebie nikt nie pytał o zdanie”, ale chyba uznał to za niestosowne, ponieważ obok stoi mój brat i siedzą ich dwaj kumple.
- Jest gorąco, jak w piekle – krzywi się.
Ma rację, bez wątpienia, ale nie chcę dawać za wygraną.
- Zimne kakao też będzie w porządku – uśmiecham się, kątem oka widzę jak Michi z niedowierzaniem przechyla głowę na bok, wiercąc mnie spojrzeniem.
Fakt, może i to było zadziorne. Może nawet odrobinę zalotne, ale to Fettner. Demon bez uczuć, z którym  ciągle sobie dogryzamy. Pod warunkiem, że akurat nie udajemy, że nie istniejemy.
Tak, sporo bywa takich momentów.
Manuel kręci głową i rusza przed siebie. Pewnie wie gdzie idzie, bo stawia pewne kroki, plecy ma proste, nie ogląda się za siebie ani razu. Aż dziw bierze, że nie rzucił żadnego głupiego tekstu o tym, że dzieciak ze mnie, więc biorę kakao.
Czuję w kościach, że ten wyjazd będzie ciężki, ale liczę na łagodne potraktowanie ze strony głupich pomysłów kotłujących się w ciemnych zakamarkach mózgów tej szalonej gromadki.
Gdy Fettner wraca dostaję mrożoną kawę, jest bardzo dobra, czuć w niej czekoladę. Choć raz jest dla mnie naprawdę miły – uznałam tak, ponieważ zadbał o to, by mój napój przynajmniej przypominał to, co chciałam otrzymać. Zanotowane na plus, ale nadal nie ma po tej stronie wiele notatek. Ostatnimi czasy jest mniej gburowaty, opryskliwy. Kto wie, może kiedyś będzie mnie traktował jak resztę skocznego stuffu.
Do naszej grupki dołączają też inni zawodnicy. Gdy zjawia się Aschenwald i Poppinger nasze grono od razu staje się weselsze. Szczególnie, że Popi śpiewa „We’re going to Ibiza” i wykonuje przy tym dziwne ruchy, które nazywa tańcem. Myślę, że pijane koty poruszają się w podobny sposób. I to te chore.
Nim zebrali się wszyscy, minęło chyba pół godziny. Wesołą grupką weszliśmy na pokład samolotu i zajęliśmy miejsca. Lot minął mi dość szybko, zdecydowanie przyjemniej niż się spodziewałam. Początkowo chwile się przespałam, ale przez niewygodną pozycję szybko rozbiła mnie kark, więc postanowiłam obejrzeć jakiś film.  W bibliotece trafiłam na Braveheart. Nigdy go nie widziałam, choć znajomi i bracia polecali mi od bardzo dawna. Nie żałowałam wyboru, a po obejrzeniu, ponieważ Stefan obudził się, gdy zostało mi dwadzieścia minut do końca, porozmawiałam z nim na temat wrażeń.
Hiszpański port lotniczy przywitał nas – dosłownie – gorąco. Było jeszcze goręcej niż w Austrii, co wcale mnie nie dziwiło, ale miałam wrażenie, że zamiast się pocić topnieję jak bałwan na wiosnę.
Z lotniska zabrał nas bus-taxi. Cudeńko miało klimatyzację, więc wszyscy ustawiliśmy maksymalną moc. Do hotelu było blisko, nie jechaliśmy więcej niż dwadzieścia minut. Budynek wdawał się ogromny, ale za to rzucał dużo cienia. Zostaliśmy oddelegowani do pokoi, całe piętro w tym skrzydle zarezerwowane było na naszą wyłączność. Przynajmniej ryzyko, że wyrzucą nas z hotelu, gdyby chłopcom coś głupiego przyszło do głowy, było znacznie mniejsze.
Dostałam pokój sama. Był ogromny, miał wielkie łóżko, taras – nie balkon! – z widokiem na plażę i morze, duże okna, klimę nad wejściowymi drzwiami, łazienkę, w której stała wielka wanna (bez problemu zmieściłoby się w niej dwóch chłopców i jeden, który leżałby na boku). No żyć, nie umierać!
Zaczynałam rozumieć, czemu wszyscy tak czekali na ten wyjazd.
Rozległo się pukanie do drzwi.
- Proszę – krzyczę zachęcająco.
Uchylają się lekko, przez otwór zagląda trener.
- Mogę cię na chwilę prosić? – pyta.
- Oczywiście! – odpowiadam od razu. Zostawiam bagaż i ruszyam korytarzem za mężczyzną.
Większość drzwi do pokoi jest otwarta, a chłopcy chodzą tam i z powrotem, zaglądając do siebie, jak dzieci na kolonii.
Trener pokazał mi swój pokój, gdybym miała jakieś problemy związane z pracą. Zabrał mnie także do pomieszczeń treningowych, gdzie rozstawiony był sprzęt do ćwiczeń. Na koniec weszliśmy do pokoju, w którym stał stół do masażu, a w rogu pomieszczenia biurko.
- To jest twój gabinet – oznajmia. Będziesz zajmować się dobrą kondycją ich mięśni po skończonym treningu. To obejmuje masaż, ale mam nadzieję, że to nie będzie problem – uśmiechna się blado.
Moja mina musiała mówić wszystko. Czy to oznaczało, że nie tylko będę oglądała ich w wszystkich w samych gaciach (bo nie mam zamiaru prosić o całkowite rozbieranie i tylko ręcznik do zakrycia) i w dodatku będę masowała Michiego?
Krzywię się, co od razu zauważa trener.
- Spokojnie, mamy też miejscowego fizjoterapeutę, Leona. Pomyślałem, że nie będziesz chciała masować brata. Leon przyjdzie jutro wieczorem, przejmie część zawodników, ale z ich kartami i tak będzie szedł do ciebie – poszerza uśmiech.
Ten człowiek tak bardzo chce, żebym czuła się tu dobrze. To naprawdę miłe, że ktoś o to dba.
- Dziękuję – oddycham z ulgą.
- Skoro nie masz żadnych pytań, możesz wracać do pokoju. Gdybyś uznała to za konieczne, to klucz do tego pokoju.
- Dziękuję – powtarzam się i biorę od niego przedmiot. Wychodzimy razem, po czym idę do siebie.
Ledwo zdążam zamknąć za sobą drzwi, one otwierają się z rozmachem. Do środka wparowuje Poppi z głośnikiem w jednej ręce, a telefonem w drugiej. Drze się to jak nie wiem, ale przynajmniej kawałek spoko. Stary, ale fajny.

Then we party in Miami, party in Ibiza
Party in New york all the way to Africa
Love in the Caribbean all the way to Vegas
Here we go San tropez and Tokyo

Patrzę trochę z politowaniem na te jego „kocie ruchy”. Ma wakacje, niech się dziecko pobawi – uznaję początkowo w myślach, szybko jednak trzeźwieję z chwilowego zamroczenia.
- Ścisz to, za nim wyrzucą cię z hotelu – mówię zaplatając ręce pod biustem.
- No co ty?! Mamy piętro dla siebie! A pierwszy dzień jest zawsze wolny, co oznacza IM-PRE-ZĘ!!! – krzyczy entuzjastycznie.
Do mojego pokoju wpada Aschenwald z gołą klatą.
- Idziemy wieczorem na miasto. Podobno na plaży co wieczór jest dyskoteka – uśmiecha się, prezentując bielusieńkie ząbki, które odciągają moją uwagę od jego torsu.
Źle mi z tym, że tak oblepiam wzrokiem dzieciaka, no ale kto mi kazał tak ładnie wyglądać w wieku dwudziestu jeden lat?!
Do pomieszczenia wchodzi Michi. O matulu, to się zacznie! Patrzy na obu jak na idiotów.
- Co to za prywatka? – pyta, jakby w ogóle go nie wkurzała obecność dwóch chłopaków w moim pokoju.
- Też bym chciała wiedzieć – odpowiadam, gdy Poppinger ładuje się z butami na moje piękne, białe łóżko. – Ale za to, zabiję!


===========================================
Nie sprawdzałam tego rozdziału, więc może być trochę błędów. Dziękuję za komentarze pod ostatnim postem. Dostałam wiele miłych wiadomości.
Pamiętajcie, że komentarze to miejsce na wyrażanie swojej opinii i, póki co, miejsce na zadawanie pytań. Zastanawiam się nad dodatkową zakładką specjalnie na pytania, ale pewnie jeszcze jakiś czas się będę zastanawiać.
Tymczasem, Ci z Was, którzy mają wakacje, niech się nimi cieszą, póki są.
Kolejny rozdział pojawi się 1 września! Już mogę Wam zdradzić, że to będzie dobry materiał na odstresowanie się przed początkiem kolejnego roku szkolnego :D

Pozdrawiam,
Monika Karolina xxx