~Vanessa~
Po
przebudzeniu się, wspominam to, o czym myślałam tuż przed zaśnięciem. Powietrze
pachnie jeszcze większym nonsensem, niż wczoraj. Niby jak ja chcę rozgryźć
kogoś, kto ze mną nie rozmawia, tylko mierzy mnie wzrokiem z pogardą. Co on
sobie w ogóle myśli? Że jestem jakaś gorsza? Co to, to nie! Nie jestem gorsza,
udowodnię mu to!
Zrywam
się z łóżka i w drodze do łazienki układam sobie krótki plan dnia. Ale gdy
tylko docieram do drzwi łazienki i chwytam za klamkę, orientuję się, że ktoś
jest w środku. Uderzam w drewno otwartą dłonią i przysuwam twarz, jak
najbliżej.
-
Michael, wyłaź! – krzyczę, choć przecież w środku może być każdy.
Kilka
sekund później zamek otwiera się, a na progu stoi Michi i przygląda mi się.
-
A ty, co tak wcześnie wstałaś? Wakacje masz, jakbyś zapomniała – bąka, nie
przepuszczając mnie.
- Przecież jadę z tobą na trening – rzucam,
gdzieś w jego tors i próbuję przecisnąć się do pomieszczenia za jego plecami.
Chłopak
ponownie zagradza mi drogę, a ja wzdycham ciężko spoglądając ze zrezygnowaniem
na jego świeżo ogoloną twarz.
-
Nigdzie ze mną nie jedziesz, dzisiaj mamy siłownię – uśmiecha się zwycięsko.
Zaplatam
ramiona na piersi i wydymam wargi.
-
Dostałam zaproszenie – rzucam, mając nadzieję, że gdy wejdę do łazienki nie
zbierze się jak najszybciej i nie ucieknie.
-
A niby od kogo? – marszczy czoło, także zaplatając ramiona.
-
Od Gregora – mówię i mam ochotę się uśmiechnąć, ale wzrok brata przewierca mnie
na wskroś, więc jedynie unoszę prawy kącik milimetr w stronę oka.
Michael
wzdycha, jego skronie pulsują, mięśnie szczęki zaciskają się, a nozdrza
rozszerzają. Gdyby nie to, że jest moim bratem, uznałabym, że jest przystojny.
Naprawdę. W końcu mamy te same geny, urody nie dziedziczy się przez przypadek.
W końcu dwudziestolatek wzdycha i rozchyla usta, cicho wciągając powietrze.
-
Pospiesz się – mówi, patrząc nad moją głowę. – I nie rób obciachu, jak wczoraj
wieczorem – dodaje przepuszczając mnie w drzwiach.
No,
nareszcie! Nigdy do końca nie zrozumiem tego chłopaka. Wiem, że się o mnie
troszczy, w końcu jestem jego jedyną siostrą i w ogóle, ale czasem przesadza.
Jest zdecydowanie nadopiekuńczy. I pomyśleć, że chcę rozgryźć obcego faceta,
jak przez dwadzieścia lat wspólnego mieszkania pod jednym dachem, nie umiem
rozszyfrować własnego brata. Ja to potrafię postawić sobie wyzwanie. Ale teraz
już trochę za późno, challenge accepted.
Chciałam, to mam. Teraz jedynie mogę pożyczyć sobie powodzenia.
No,
to powodzenia.
Biorę
szybki prysznic i czekając, aż trochę wyschną mi włosy, myję twarz i zęby. Nie
muszę martwić się o czas na zrobienie makijażu, ponieważ go nie noszę. Pół
godziny więcej przed wyjściem. Gdy po umyciu zębów, przepłukuję jamę ustną
płynem, Michi puka w drzwi łazienki.
-
Jak ci idzie? – pyta.
Wypluwam
płyn i przecieram usta wierzchem dłoni.
-
Prawie gotowa – zapewniam, roztrzepując włosy rękami. Może wyschną po drodze.
Wychodzę
szybko i truchtam do pokoju, żeby się ubrać. Mają trening na siłowni, więc
raczej nie będę potrzebować czegoś, co ochroni moją, i tak już sparzoną, skórę.
Decyduję się na jasne szorty i luźny podkoszulek na ramiączkach, ale na wszelki
wypadek i tak pakuję do torebki krem z filtrem. Ubieram białe stopki i czarne
tenisówki, ze stolika nocnego podnoszę okulary przeciwsłoneczne, a z biurka
czapkę z daszkiem. Nieważne, że należy do Michaela, on i tak ma ich pełno od
sponsora. Rzucam jedno spojrzenie w stronę lustra. Wyglądam trochę, jakbym szła
na wycieczkę szkolną, ale to mi nie przeszkadza. Idę tylko popatrzeć na trening
kumpli mojego brata, tak? To fajne ziomki i tyle. Nie liczę na nic więcej. No,
może chciałabym jeszcze spełnić swoją obietnicę ze wczoraj, ale do tego muszę
podejść powoli.
Ludzi
takich, jak Fettner nie da się rozgryźć z dnia na dzień. Chyba. Nie wiem, on
jest wyjątkowy. I dziwny. Albo wyjątkowo dziwny. Kto by o to dbał? Wpadam na
chwilę do kuchni, biorę dużą butelkę wody, a następnie wychodzę na zewnątrz.
Jest równie gorąco, jak wczoraj. To chyba najcieplejsze lato, jakie pamiętam.
Wsiadam do samochodu, na fotel pasażera, a Michi odpala samochód. Opuszczamy
szyby do oporu, a potem, nie bacząc na spojrzenia ludzi z innych samochodów
stojących obok na światłach, wydzieramy się w niebogłosy, wyśpiewując teksty
piosenek z radia. Brzmimy jak zdychające pterodaktyle, ale nie obchodzi nas to.
Po prostu świetnie się bawimy, a takie chwile bardzo zbliżają rodzeństwo.
Podobnie, jak nocne rozmowy, gdy razem pojechaliśmy pod namiot, trzy lata temu.
Jedno z najlepszych wypadów wakacyjnych, a na pewno najlepszy wypad z Michaelem.
Zwierzaliśmy się sobie grubo po północy, a później nawzajem się uciszaliśmy,
żeby nie zjadły nas wilki.
Dojeżdżamy
pod wielki budynek z przeszklonym frontem, z czerwonej cegły, parkujemy w jego
cieniu i wysiadamy. Zakładam na głowę czapkę brata, bo włosy prawie wyschły mi
podczas podróży.
-
Fajny full cap – zauważa ironicznie.
Podchodzę
i wtulam się pod jego ramię.
-
Ja też cię kocham, braciszku – mruczę, gdy ten otwiera bagażnik, żeby wyjąć z
niego torbę sportową.
-
Wiem, Nessi, wiem – mówi tylko i puszcza mnie, po czym zamyka klapę bagażnika.
Razem
wchodzimy do wielkiego gmachu, wita nas zimne powietrze z klimatyzacji, a ja
uśmiecham się, gdy za szybą oddzielającą hol od sali ćwiczeń, widzę sprzęt
sportowy. Hala wydaje się przestronna, choć wszędzie stoją jakieś kolorowe
pachołki i rowerki do ćwiczeń. No i wszechobecne sztangi. Wiem, że to
chuderlaki, ale wiem też, że dadzą sobie radę z tymi sztangami. Jakby nie było,
mój brat może i ma metr osiemdziesiąt dwa wzrostu i wygląda, jak szczypiorek,
ale bez problemu podnosi taką kulkę jak ja. A ważę co najmniej tyle, co on.
-
Zaczekaj tutaj – mówi i odchodzi na prawo, a ja rozglądam się jak głupia, mając
nadzieję, że szybko wróci.
Odwracam
się z głową zadartą do góry, podziwiając kopułę nade mną, aż obracam się o sto
osiemdziesiąt stopni i spuszczam głowę, stojąc twarzą do wejścia, a przez drzwi
wchodzi nie kto inny, jak Manuel Fettner. Początkowo zastanawiam się, czy
gdzieś nie uciec, ale szybko zdaję sobie sprawę z tego, że stoję na środku dość
przestronnego i pustego holu. Zastygam w bezruchu. Może mnie nie zauważy.
Może,
skoro jest niemową, jest też ślepcem?
Idzie
luźnym krokiem przed siebie, ze wzrokiem wbitym w czubki czarnych butów,
słuchawkami na uszach i czarnymi włosami uciekającymi spod jasnej czapki z
daszkiem. Dłonie wbił w kieszenie szarych spodni, a czarny podkoszulek wydaje
się wisieć na jego szczupłym ciele. I, oczywiście, jak na komendę, akurat
podnosi wzrok. Gdy mnie zauważa, spowalnia nagle, ale chwilę później kręci
głową, prycha i idzie dalej, znikając za tymi samymi drzwiami, co Michi.
Aha.
To może ja serio robię się przezroczysta. Wczoraj też mnie olał. Fajnie, nie ma
co. Ten koleś jest jeszcze bardziej pokręcony, niż sądziłam. Ale, zaraz, zaraz…
Przecież ja go miałam rozgryźć! Tymczasem, stoję sobie, jak ostatnia sierota i
czekam na mojego wielce szanownego, pławiącego się w sławie, brata, który
pewnie już zapomniał, że mnie tu zostawił.
A
gdyby tak…? Nie, nie ma opcji, żebym ponownie wbiła im do szatni. Wczoraj już
nażarłam się wstydu, aż po kokardy. Raz na tydzień wystarczy. Dzisiaj się
zabezpieczyłam, wzięłam wodę ze sobą.
Sięgam
do torby po gumę balonową, gdy w końcu z szatni wychodzi mój brat. Oczywiście,
zdążył się już przebrać.
-
Trener zgodził się, żebyś przyglądała się treningowi – informuje mnie.
Uśmiecham
się szczerze zadowolona.
-
To fajnie – stwierdzam.
-
Świetnie – stara się naśladować mój ton, ale zamiast uzyskać odpowiednią barwę,
jedynie piszczy, jak kastrat. Uspokaja się po chwili, po czym mówi już
normalnym głosem. – Nie wywiń żadnego numeru, tylko patrzysz. Jasne?
-
Jak słońce – szczerzę się jak głupia.
Nie
mam bladego pojęcia, co sprawia, że cieszę się w tak dużym stopniu, na ten
trening. Nie zastanawiam się nad tym, szkoda czasu. Idę za blondynem, który
wpuszcza mnie na halę i pokazuje, gdzie mogę usiąść.
Po
chwili na salę wchodzi duża grupka chłopaków, mniej więcej tego samego wieku.
Zauważam wśród nich Gregora, który posyła mi uroczy uśmiech, oraz Stefana,
który macha mi, dopóki nie zrobię tego samego. Wszyscy zaczynają truchtać wkoło
hali, Kraft dyskutuje o czymś z moim bratem, szybko przebierając nogami, aby
dotrzymać mu tępa. Ten chłopak naprawdę potrafi być uroczy nie robiąc nic
specjalnego.
Czuję
na sobie czyjś wzrok, więc spoglądam w tamtą stronę. Fettner truchta obok
jakiegoś mężczyzny o idealnie czarnych włosach i lekkim zaroście. Ogółem rzecz
ujmując: nie znam chłopa, ale wydaje się sympatyczny. Chyba jest starszy, ma
jakieś mądrzejsze, nieco poważniejsze spojrzenie. Na pewno bardziej poważne niż
reszta tych ciołków. Ja naprawdę nic do nich nie mam, ale gdy patrzę, jak gonią
się i popychają, mam wrażenie, że oglądam lekcję wychowania fizycznego w
podstawówce. Ale cóż, ponoć faceci to wieczne dzieci, czy jakoś tak.
Po
przebieżce, względnej rozgrzewce i rozciąganiu, chłopcy zostają podzieleni
między sprzęt. A raczej sami się dzielą. Oczywiście, ćwiczą w parach, jak na
podstawówkę przystało. Po drugiej stronie pomieszczenia dostrzegam miodową
czuprynę Schlierenzauera i przyglądam się mu, gdy w skupieniu obserwuje w
połowie sflaczałą piłkę, na której stoi. Chłopak, z którym jest w parze ma
wyłupiaste oczy i głupkowatą twarz, a na dodatek cały czas kopie tę piłkę. Nie
mogę mieć do niego o to pretensji, bo chyba właśnie na tym polega to ćwiczenie
– na utrzymywaniu równowagi.
Gregor
wydaje się spokojny i opanowanych, choć nie znam go zbyt dobrze. W pewnym
momencie podnosi wzrok i nasze spojrzenia się spotykają, chłopak posyła mi
uśmiech, na co chichoczę, jak nastolatka i szczerzę się, jak szczerbaty do
sucharów. I nagle oczy szatyna znikają gdzieś, gdy jego ciało spada z piłki.
Zrywam się z miejsca i szybko do niego podbiegam. Schlieri leży na podłodze
trzymając się za łydkę i krzywiąc z bólu.
-
Skórcz – jęczy, ale nikt nie spieszy mu z pomocą.
Padam
na kolana, obok jego zwiniętego ciała i prostuję nogę, a następnie zaczynam
rozmasowywać mięsień. Koliste ruchy, bez pośpiechu, skupienie na pacjencie –
dokładnie tak, jak nas uczyli. Ale to nie pomaga. Masuję nieco szybciej i
głębiej wbijając palce w jego skórę. Dookoła zbiera się grupka gapiów, aż widzę
trenera, który wystawia w moją stronę ręce.
-
Nie ruszaj go – niemal krzyczy z przerażeniem w oczach.
-
Spokojnie, studiuje fizjoterapię, wie co robi – zatrzymuje go Michael.
Mężczyzna
łagodnieje, a ja posyłam blondynowi uśmiech.
Dzięki, braciszku.
-
Studiuje? – pyta ktoś z tłumu, ale nie wiem kto. – Przecież ona chodzi do
liceum – dodaje ten sam głos.
-
Mam dwadzieścia trzy lata, ośle – sączę przez zęby, a następnie przyglądam się
twarzy Gregora, którego noga wydaje mi się już mniej napięta. – Lepiej? –
pytam.
Chłopak
kiwa głową, widzę wdzięczność wypisaną na jego twarzy.
Ktoś
mija nas bokiem, widzę to doskonale ponieważ wszyscy zebrali się przede mną,
żeby mieć lepszy widok. Spoglądam kątem oka na uciekiniera i moje plecy
przebiega dreszcz. Ja rozumiem, że on ma tutaj trening, ale czy musi się ciągle
rzucać w oczy? Z zamyślenia wyrywa mnie głos trenera:
-
Nie chcesz może pracy na wakacje? – pyta, kucając przy Gregorze.
Czuję,
że moje usta się otwierają, a ja nie mogę ich zamknąć. Po prostu, szczęka opada
mi do podłogi. Spoglądam niepewnie na Michaela, który podpiera się pod boki,
górując nad nami. Przenoszę wzrok na twarz trenera. Wydaje się sympatyczny.
-
Właściwie, to miałam rozejrzeć się za jakimś stażem – mówię.
Trener
uśmiecha się do mnie, cicho prychając.
-
Sądzę, że w takim wypadku, możesz już nie szukać – prostuje się.
-
Ale… Nie mam żadnego doświadczenia, ani… - zaczynam.
-
Podbiegłaś jako pierwsza i jedyna. Nie ma z nami fizjoterapeuty, Gregor dalej
zwijałby się z bólu, gdyby nie ty – przerywa mi.
W
sumie ma rację. A ja czuję się o niebo lepiej, że mówi to głośno, przy tych
wszystkich ludziach. Rosnę w ich oczach. Ba, rosnę w swoich oczach. Wstaję, i
otrzepuję ręce, choć nic na nich nie ma.
-
Dziękuję – mówię i spoglądam w dół, czując, że zaczynam się czerwienić. – To
dla mnie duża szansa – przyznaję.
Mężczyzna
wystawia w moją stronę prawą dłoń, a ja przez chwilę zastanawiam się, czy
powinnam ją uścisnąć. W końcu idę po rozum do głowy. Taka szansa nie zdarza się
dwa razy. Chwytam pewnie dłoń trenera i potrząsam nią, patrząc mu w oczy, on
uśmiecha się i mówi:
-
Witamy na pokładzie – puszcza moją dłoń, ale nie przerywa kontaktu wzrokowego.
Uśmiecham
się. Dostałam pracę. A w zasadzie staż. Ale płatny, więc to praca. Tak, to
zdecydowanie praca. Moja pierwsza w życiu praca. Dlaczego czuję się, jakbym
zaczęła latać? Czy to satysfakcja? Zdecydowanie! Nagle moją ekscytację przerywa
prychnięcie zza moich pleców.
-
Świetnie, jeszcze zacznijmy zatrudniać dzieci – bąka ktoś.
Poznaję
ten głos, to ta sama osoba, która powiedziała, że chodzę do liceum. Odwracam
się przez ramię i zastygam w bezruchu.
---------------------------------------------------------------------------------------------------
Ahoj!
Jak tam wakacje? W końcu tematyka opowiadania pokrywa się z rzeczywistością. Tylko rok się nie zgadza, ale mniejsza o to. Tak oto Nessi dostała pracę i uznała, że Fettner jest gburem i debilem. Jednak patrzmy na pozytywy: będzie spędzać czas ze skoczkami i jeszcze brać za to pieniądze. Nic tylko żyć.
Dzisiaj gif nie ze skoczkami, a z Ashley Benson, bo tak mi jakoś pasuje na Vanessę.
Nie przedłużam, dziękuję za wszystkie komentarze i zaproszenia do siebie (z niektórych skorzystałam), życzę udanych wakacji, a z Ness i kolcami spotkacie się już 5 sierpnia!
Całusy!