~Vanessa~
Zwyczajnie
nie lubię tego gościa. I on mnie chyba też. To prawie pewne. Te ciągłe
uszczypliwe uwagi i sposób, w jaki mierzy mnie spojrzeniem z pogardą. Uważa się
za kogoś lepszego, bo jest umięśniony, szczupły, wytatuowany i przystojny?
Chwila co? Nie, nie, nie! On po prostu dobrze wygląda, ale nie jest przystojny.
Chociaż, jakby tak przechylić głowę na
prawo, w tym świetle…
NIE!
To
jakiś potwór, nie człowiek. A potwory nie są przystojne. Tak, właśnie tak.
Zdecydowanie nie jest przystojny. Poza tym, NIE LUBIĘ GO! Chyba będę sobie to
musiała zapisać na przedramieniu, żeby nie plątać się w myślach, co do niego.
To po prostu wytatuowany oszołom z dziwną fryzurą, tunelem w uchu i ciałem tu i
ówdzie pokrytym bazgrołami na całe życie. Jeszcze będzie tego żałował. Kiedyś
nawet tacy, jak on zakładają rodziny, a później wstydzą się przed dziećmi
swojej własnej głupoty.
Odrywam
wzrok od jego twarzy, bo jego spojrzenie zaczyna mi ciążyć. Ma tak ciemne
tęczówki i wiercący wzrok, że aż mnie mdli. Ewentualnie flaki mi się przekręcają
na jego widok. W każdym razie, coś dzieje się z moimi wnętrznościami, aż czuję
ucisk pod przeponą i jestem pewna, że jeśli nic nie zrobię, to za chwilę
zarzygam komuś buty. Ewentualnie tę podłogę, która jest twarda i sprężysta.
Jakiś cudowny, sportowy wynalazek – jak nic.
-
Może zaczniemy od przedstawienia ci zespołu – proponuje trener, a ja jestem mu
wdzięczna, że zajął mnie czymś innym niż ten gbur, stojący dwa metry ode mnie.
-
Świetny pomysł – mówię z uśmiechem, choć w moim brzuchu nadal szaleje tornado.
UWAGA, ERUPCJA WULKANU
ZA TRZY… DWA… JEDEN…
Przełykam
ślinę i odwracam się w stronę mężczyzn zbitych w grupę.
-
Jestem Andreas Kofler – uśmiecha się ten facet, który biegał z Fettnerem.
Odwzajemniam
uśmiech i ściskam jego dłoń.
-
Miło mi poznać, liczę na udaną współpracę – drzwi trzaskają za mną, drżę w
miejscu, gdy dźwięk roznosi się po pomieszczeniu. Czyżby pan „jestem
najlepsiejszy, patrz na mnie z szacunkiem, mała gnido” sobie poszedł? Mam to w
nosie, mniej więcej tak, jak on moją osobę. – Nazywam się Vanessa Hayboeck i
jestem młodszą siostrą Michaela. Jak już wiecie, studiuję fizjoterapię, właśnie
skończyłam czwarty rok – wypinam się z dumą, unosząc podbródek w górę i
podpierając się pod boki. – Najwyraźniej teraz będę waszą fizjoterapeutką –
dorzucam, mając nadzieję, że zabrzmi to pogodnie i zdobędę ich sympatię.
Mam
ochotę zastrzec sobie przed trenerem, że nie będę współpracować z Manuelem, ale
przy jego nastawieniu, nie będę musiała tego robić. Jak tak dalej pójdzie, to
może nawet pozbędziemy się go z kadry? Chociaż nie, wczoraj widziałam, jak
skakał na treningu i szło mu nieźle, to może lepiej, żeby został. Ale tylko dla
dobra ogółu.
Pozostali
przedstawiają mi się i podają zdrobnienia, które mogę używać, bo wszyscy tak
robią. Ale ja nie jestem wszyscy,
heloł?! I tak oto, w końcu wiem, że Poppi to nie kto inny, jak Manuel
Poppinger, który ćwiczył z Gregorem jakieś półgodziny temu, nim chłopak runął
na ziemię z powodu skurczu. Poznaję także Didla, aktualnie w kadrze B, i
kompletnie nie mam pojęcia, jak utworzył ten skrót od nazwiska Diethart, ale
nie wnikam w szczegóły. Okazało się, że nawet ten poryty czub z martwą
wiewiórką na głowie, Manuel Fettner, ma zdrobnienie, które brzmi jak imię
Teletubisia.
-
Fetti – uświadomili mnie chłopcy.
Prychnęłam
śmiechem, ale szybko się uspokoiłam.
-
Naprawdę, bardzo do niego pasuje – oznajmiłam, starając się zachować powagę.
Wszyscy
razem ze mną huknęli głośnym śmiechem, a w tym momencie drzwi do szatni
otworzyły się i powrócił Władca Ciemności
Fetti Pierwszy. Uśmiech błąkał mi się na twarzy, ponieważ zdałam sobie
sprawę z tego, że w takim razie nie jest, aż takim ponurym gburem, ale wtedy do
głowy przyszło mi, że jest niemiły tylko względem mnie i dobry humor prysnął,
jak mydlana bańka.
-
Świetnie, że wróciłeś – ucieszył się trener. – Możemy kontynuować trening –
zatarł ręce. – Pani na razie dziękujemy – zwrócił się do mnie. – A wy na sprzęt
i pedałujecie na rowerkach.
Usiadłam
sobie obok mojej torebki, tam gdzie wcześniej. Chłopcy byli bardzo posłuszni,
słuchali się trenera co do joty. No, może poza „ćwiczyć, a nie gadać”. Przyglądałam się im, cały czas czując na
sobie czyjeś spojrzenie. Po drugiej stronie sali, na rowerze ćwiczył Gregor i
przyglądał mi się z pół uśmiechem. Nie powiem, fajny był, dobrze mi się z nim
gadało i w ogóle, ale dziwnie czułam się pod stałą obserwacją. W dodatku,
Michael co chwilę rzucał wzrokiem po hali, jakby tylko szukał kogoś, kto się na
mnie patrzy. Zauważyłam, że dzisiaj inaczej podszedł do sprawy, normalnie
pozwolił mi ze wszystkimi porozmawiać i nie robił pretensji. Wiem, że wszystko
co robi wynika z troski, ale czasem naprawdę przesadza. Jestem tylko dwa lata
młodsza, a on przez całe życie traktuje mnie jak dziecko.
Sięgam
po wodę i mój wzrok przejeżdża po dwóch skoczkach, ale w spojrzeniu jednego z
nich jest coś, co sprawia, że napinam się, jak struna i nie mogę zaczerpnąć
oddechu. Te czarne oczy przeszywające mnie na wylot, jakby chciały spojrzeniem
przewiercić mi głowę. Wzdycham, czując, że mój żołądek, wątroba i jelito grube
zaczynają tańczyć Macarenę. Chyba zwymiotuję, jak Boga kocham. Staram się
spojrzeć gdzie indziej, ale nie mogę.
Odwal się, panie
Fettner, chciałabym powiedzieć, ale język stanął mi kołkiem
w gębie. Nie no, super. Za chwilę zwymiotuję na oczach całej kadry – Vanessa
Hayboeck, polecam.
W
końcu mężczyzna mruga i spuszcza głowę, a po jego twarzy przemyka jakaś emocja.
Opcjonalnie grymas, którego i tak nie potrafię rozszyfrować. Biorę wodę i
wypijam pół litra na raz, bo mam wrażenie, że uschłam od środka, a moje
wnętrzności zmieniają się w trociny. Teraz zaleję je wodą i powstanie barwna
papka.
Wzdycham
głęboko, gdy plastikowa szyjka wędruje w końcu w dół od moich ust.
-
Dobra, dosyć – krzyczy trener, a ja o mały włos nie dostaję zawału.
Może
godzenie się na pracę w kadrze, to był błąd? Przecież ja tutaj zejdę. I to
pierwszego dnia!
-
Idziemy na siatkówkę – oznajmia mężczyzna.
Wszyscy
jak jeden mąż przechodzą za trenerem do innego pomieszczenia, a ja nie bardzo
wiem, co powinnam robić. No bo, iść tam z nimi? A może powinnam zostać i…
pilnować sprzętu? Po chwili jednak wraca trener z szerokim uśmiechem na ustach.
-
Chodź, zagrasz z chłopakami – informuje mnie.
Ja
tu serio nie przeżyję. Przecież ja się nawet z łączonych wuefów wywijałam, żeby
tylko nie oberwać mocniej piłką. A teraz mam być jedyną dziewczyną na boisku.
Czujecie ten entuzjazm? Jaaaj! Gdyby nie to, że panicznie się boję, pewnie
skakałabym ze szczęścia.
Wchodzę
niechętnie, niepewnie na halę i zostaję przydzielona do drużyny z Michim,
Stefanem, Gregorem i, o zgrozo, Manuelem. Brat poklepuje mnie po ramieniu, na
co się krzywię ze względu na moje oparzenia słoneczne, z drugiej strony
podchodzi Kraft.
-
Nie przejmuj się, skopiemy im tyłki – zapewnia brunet, więc uśmiecham się
nerwowo.
-
Dokładnie. I nie bój się, jedynie unikaj zagrywek Didla i ścin trenera – radzi
mój brat.
Nie,
bo to wcale nie jest tak, że już mam pełno w gaciach. Skądże, Michaelu?
Przecież jestem taka odważna… Chyba po psie sąsiadów.
Jestem
najniższa w zespole i Michi każe stanąć mi na środku, wiedząc, że dobrze
odbieram dołem i chcąc uniknąć możliwości, bym pierwsza zagrywała. Jestem mu
wdzięczna, że nie wyrzuca mnie od razu na głęboką wodę, ale dziwnie czuję się
obstawiona z każdej strony. Za mną, po prawo stoi Gregor, natomiast na lewo mam
Manuela, z przodu, na lewo mam Krafta, a na prawo Michiego. I choć czuję się
względnie bezpieczna i chroniona z każdej strony, dreszcze wstrząsają co chwila
moim ciałem.
W
dodatku na pierwszą zagrywkę rywali idzie Thomas. Świetnie, nie marzyłam o
niczym innym, jak złamanym nosie drugiego dnia wakacji.
Szczyt
marzeń, serio.
Zagrywka
jest szybka, pewna, a piłka z głośnym klapnięciem odbija się od rąk
Schlieriego, który zagrywa na Krafta, a on robi najpiękniejszą wystawkę, jaką
dane mi było oglądać, dla mojego brata. Zdobywamy punkt, chłopaki przybijają
piątki, a ja cofam się dwa kroki. Nie brałam udziału w akcji i w dodatku czuję
się bardziej jak maskotka drużyny, niż jej członek, więc nie zamierzam pchać
się w ich entuzjastyczny uścisk.
Zgodnie
z zasadą ‘pierwszy bez przejścia’ zagrywa Gregor, a ładniutki chłopak po
drugiej stronie przyjmuje piłkę w koszyczek z dłoni i wybija ją do góry. Jeśli dobrze
pamiętam, ma na imię Philipp. Do akcji włącza się Didl, a na koniec trener
stara się ściąć gdzieś między mną, a Stefanem, ale rzucam się na piłkę i
przebijam ją na drugą stronę. Pewnie bym się cieszyła, gdyby nie to, że ktoś
także rzucił się na piłkę i zderzył ze mną, przygwożdżając mnie do podłogi
swoim ciałem.
Leżę
na plecach. Jak to możliwe, skoro leciałam na twarz? Ktoś przygniata
mnie swoim ciężarem, przez chwilę się nie ruszając. Zabiłam chłopa. Otwieram oczy, a kolo leżący na mnie porusza
się odrobinę i czuję, że unosi ciało odrobinę nad moim.
Witam, witam, panie
Fettner.
Nie
żeby coś, ale nawet nie jestem zniesmaczona zaistniałą sytuacją. Fakt, że czuję
się nieco nie komfortowo i może jestem skrępowana taką bliskością, ale z bliska
wygląda na wiele sympatyczniejszego. Bije od niego ciepło, jak fala wody
rozlewa się po moim ciele, znowu czuję te mdłości i dziwny ucisk pod przeponą.
Moje serce tańczy, jak epileptyk w dyskotece ze światłem oscyloskopowym.
Przyglądamy się sobie z bliska, badam jego twarz kawałek po kawałeczku. I w
jednej sekundzie jest po wszystkim. Stacza się ze mnie i wstaje, a ja leżę
totalnie rozwalona od środka, jakby wybuchła we mnie bomba.
Widzę
zawisającą nade mną dłoń, sięgam po nią, korzystam z pomocy, żeby podnieść się
z podłogi. To Gregor.
Dzięki, Bogu!
Posyłam
mu ciepły uśmiech, choć czuję się, jakby ktoś przyłożył do mojego ciała milion
włączonych brzęczyków. Albo, jakby oblazły mnie czerwone mrówki. Wszystko
kumuluje mi się tuż pod samą skórą, jakby krew mi się zagotowała i próbowała
wydostać się na zewnątrz. Świetnie, jeszcze się okaże, że mi jakąś chorobę
śmiertelną zapodał i skończę z odpadającą skórą i wrzodami wszędzie.
Błe.
Ale
przynajmniej mamy ten punkt więcej, więc poświęciłam się nie na marne. Jednak,
wolałabym dożyć przynajmniej czterdziestki. A przy dobrych wiatrach to nawet i
setki.
Przy dobrych wiatrach,
ja to serio pomyślałam? Mój mózg już przestawił się na te skoczne
frazeologizmy. Zdebilnieję przez te wakacje i wyrzucą mnie ze studiów. To
wszystko zmierza w tę stronę.
Potrząsam
głową, odrzucając od siebie myśli. Orientuję się w samą porę, żeby zrobić krok
do tyłu i przyjąć piłkę, inaczej dostałabym w twarz. Ręce od razu zaczynają
mnie piec, ale zaciskam szczękę, uważnie obserwując piłkę. Mój brat zdobywa dla
nas kolejny punkt, tym razem jednak nie udaje mi się uniknąć grupowego huga
radości. Gregor pcha mnie do przodu, a chwilę później stoję zgniatana między
ciałem Fettnera i Schlieriego. Super, nie marzyłam o niczym innym, niż umrzeć
zgnieciona w grupowym przytulasie ze skoczkami.
Ju-hu!,
proszę wyczuć ten ‘entuzjazm’.
Przy
następnym ataku na moją osobę, celowo odbijam w złym kierunku, żeby uniknąć
kolejnego uścisku, ale Kraft jakimś cudem elegancko przejmuje piłkę i wystawia
ją Michiemu w tak czysty sposób, jakbym w ogóle nie zrypała podania po całości.
-
Świetnie grasz – dochodzi zza moich placów głos Schlierenzauera.
Spoglądam
na niego przez ramię.
-
Dzięki, masz świetną zagrywkę – posyłam mu ciepły uśmiech.
-
Cieszę się, że tak świetnie się dogadujecie – wtrąca Fettner. – Ale może
ruszyłbyś to swoje tłuste dupsko i skorzystał z daru tej ‘świetnej zagrywki’ i
choć raz nie zagrał na Philippa – syczy.
-
Fetti, wyluzuj – bąka miodowo włosy i zaczyna kozłować piłkę.
