[zajrzyj do zakładki ZANIM PRZECZYTASZ]
~Vanessa~
Nadal
nie wierzę, że tu jestem. Siedzę sobie wygodnie, z nogami pod tyłkiem, w
samochodzie mojego brata, który właśnie wjeżdża na żwirowany parking, pod
skocznię. Oczywiście, odkąd tylko stał się słynnym Michaelem Hayboeckiem,
trułam mu dupę, żeby mnie tu zabrał i chociaż raz dał popatrzeć na trening, ale
on był nieugięty. Aż, w końcu, dzisiaj rano ulitował się nad swoją
siostrzyczką, którą los postanowił okrutnie doświadczyć chorobą kumpeli, która
przez to wystawiła mnie do wiatru.
„Pojedziemy
na wycieczką”, mówiła Klara jeszcze miesiąc temu. „To będą najlepsze wakacje
naszego życia!”, zapewniała. Nie wzięła jednak pod uwagę tego, że rota wirus
zetnie ją z nóg do tego stopnia, że skończy ze złamaną ręką. I niby powinnam
jej współczuć, ale po kiego diabła jadła te prażone robale? A mówiłam jej, że
to głupi pomysł, to nie. „Nic mi nie będzie, Nessi”, uśmiechała się szeroko,
podnosząc za odnóże świerszcza, czy inne paskudztwo. No to teraz ma, przegoniło
ją tak, że żołądek to chyba na lewą stronę jej wywinęło, a chcąc pokazać, jaka
jest samodzielna poszła ze mną na rower. I ja się na to zgodziłam, głupia. Jak
fiknęła na prostej drodze, to myślałam, że ją będę łopatą zbierać. Obyło się
bez łopaty, ale za to z karetką na sygnale. Bo przecież już jej wróciły siły. Tia, a ja jestem Supergirl. Przykro mi, ale z
naszego rodzeństwa, to Michi wyczerpuje limity na latanie.
Wysiadłam
z samochodu, ucieszona jak dziecko w cukierni. Zielona skocznia pnie się przede
mną dumnie, wbijając w błękitne niebo swym najazdem. Nie dziwię się, że oni
stamtąd skaczą, gdybym się tam znalazła, też bym chciała być z powrotem na
dole. A im to jeszcze przyjemność sprawia, masochiści.
-
Nie gap się tak, tylko chodź – powiedział mój braciszek z tą nutą w głosie,
głoszącą „jestem starszy i mądrzejszy, słuchaj się mnie”.
Prycham
tylko, ale i tak ruszam w stronę obiektu piętrzącego się przed nami. Razem z
Michim idziemy ramię w ramię, żując swoje gumy i zakładając okulary
przeciwsłoneczne. Gdyby nie ta dwudziestocentymetrowa różnica wzrostu, można
byłoby uznać nas za bliźniaki. No i oczywiście, gdybym nie była dwa lata
młodsza. Ale fakt jest taki, że śmiejemy się, mówimy, a nawet ruszamy podobnie.
I oboje mamy trudne charaktery. Nienawidzę go za to i kocham równocześnie.
Przecież ja się w szkole od fanek opędzić nie mogłam, które prosiły o
załatwienie autografów. Krzywię się na to wspomnienie. To były straszne czasy.
Podchodzimy
do jakiegoś chudego chłopaka, mniej więcej mojego wzrostu. Gdy Michael się z
nim wita, twarz chłopaka przyozdabia
szeroki uśmiech. Brat po chwili reflektuje się i staje bokiem do mnie.
-
To jest Vanessa – mówi Michi.
Chłopak
uśmiecha się tak, że boję się o to, czy jego wielkie zęby za raz nie wypadną.
-
Stefan Kraft – przedstawia się i wystawia w moją stronę dłoń.
Ściskam
ją delikatnie i spoglądam na jasny punkt unoszący się nad bulą. Spięta sylwetka
tnie powietrze, szybko mknąc w dół skoczni. Jasny kombinezon opina się na
szczupłym, wręcz chudym ciele. Obserwuję uważnie każdy ruch, gdy sylwetka
składa się do lądowania i przejeżdża kilka metrów w telemarku. Na żywo wygląda
to zdecydowanie lepiej niż w telewizji czy na zdjęciach. W końcu kolana
chłopaka prostują się, a on podjeżdża do nas niechlujnie wyginając ciało.
Mężczyzna zdejmuje gogle, zsuwając je na szyję i wita się z moim bratem
skinieniem. Jasne, bo ja jestem powietrzem.
-
Jestem Nessa – wystawiam dłoń w jego stronę.
Obrzuca
ją dziwnym spojrzeniem, mierzy mnie wzrokiem, a po chwili kiwa głową i rozsuwa
zamek swojego kombinezonu.
Chwilę
później zsuwa rękawy i stoi przed nami półnagi. No tak, bo rozbieranie się
przed obcą dziewczyną jest taaakie normalne. Nie, żebym miała coś przeciwko,
ale jednak, mimo wszystko, dziwi mnie to zachowanie. I nie mogę oderwać wzroku
od jego klaty. I brzucha. Przynajmniej nadal mam na nosie okulary, więc nikt
nie widzi mojego wścibskiego wzroku, błądzącego po ciele skoczka.
Gdy
jestem bliska przygryzienia wargi, orientuję się na szczęście, że właśnie
podszedł do nas ktoś jeszcze. Przenoszę spojrzenie na nowego rozmówcę i
podnoszę okulary, bo w jego cieniu już ich nie potrzebuję.
-
Witam, witam, Hayboeck – uderza mojego brata otwartą dłonią między łopatki. –
Miałeś być tu godzinę temu – zauważa, obejmując go ramieniem i uwieszając się
na nim.
-
Że tak powiem, coś mi wypadło – rzuca dość oschle, wpatrując się we mnie
wymownie.
Chłopak
spogląda na mnie i szybko się prostuje, po czym przeczesuje brązowe włosy
dłonią.
-
Gregor Schlirenzauer – przedstawia się, posyłając mi zawadiacki uśmiech.
Kiwam
głową i mówię krótkie:
-
Nessa – spoglądając na skoczka, roznegliżowanego od pasa w górę.
Mężczyzna
zdejmuje kask i roztrzepuje krucze włosy ruchem głowy.
-
Fettner – rzuca, jakby od niechcenia.
No
proszę, czyli jednak umie mówić.
Odchodzi
powolnym krokiem, a ja zdaję sobie sprawę, że nie mam bladego pojęcia, kiedy
odpiął narty. Zatrzymuje się w cieniu metalowego podestu, schyla się i bierze
ze skrzynki butelkę wody. Z zainteresowaniem obserwuję jego mięśnie,
poruszające się pod skórą, mając nadzieję, że mój nadopiekuńczy braciszek
niczego nie zauważy, ale on po prostu odchodzi w towarzystwie Krafta i razem
znikają w domku.
Spoglądam
na szatyna stojącego naprzeciwko mnie, a on uśmiecha się tak, że w prawym
policzku robi mu się zmarszczka w kształcie bumerangu.
-
Pierwszy raz na skoczni? – pyta podpierając się pod boki.
Kiwam
głową, zaplatając ramiona pod biustem.
-
Tia, Michi nigdy nie chciał mnie zabrać, jakbyście robili tu Bóg wie co –
prycham wzruszając ramionami.
Gregor
potakuje ruchem głowy.
-
Może chcesz usiąść? – proponuje wskazując trybunę.
-
Nie – mruczę niechętnie. – Wolę postać – mówię i spoglądam przez ramię na ławki
rozciągające się nieopodal.
-
W takim razie, zapraszam na podest. Ja nie mogę aktualnie skakać, więc tylko
patrzę – tłumaczy wskazując metalowy podest, przy którym stoi brunet z tunelem
w lewym uchu.
-
Jasne, stamtąd pewnie jest lepszy widok – mówię i uśmiecham się pogodnie.
Gdy
ruszamy, wbija dłonie w kieszenie spodni i patrzy pod nogi, jakby szukał
drobniaków wśród trawy.
-
Jak długo jesteś z Hayboeckiem? – pyta, więc zerkam na niego zdziwiona.
-
Słucham? – ręce mi opadają. Dosłownie.
Jak
można pomyśleć, że chodzę z Michaelem? Podobieństwo między nami jest tak
ogromne, że nawet ślepy zauważyłby w tym coś dziwnego. Poza tym, mój brat to
leń i bałaganiarz, który wiecznie szuka okazji, żeby wyrwać się z domu na
skocznię. Albo umawia się gdzieś na mieście ze Stefanem. Przynajmniej w końcu
miałam okazję go poznać, nigdy nie zaprosił go do domu, jakby bał się, że
chłopak przestanie się z nim przyjaźnić. Mówiłam, idiota!
-
Wiem, że dopiero co się poznaliśmy, ale Michi nic nam nie mówił o żadnej
dziewczynie – tłumaczy się.
-
Może dlatego, że nie ma o czym mówić – prycham, a chłopak zatrzymuje się w pół
kroku i spogląda na mnie pytająco. – Michi to mój brat – oświadczam rozbawiona
odrobinę zbyt głośno.
Może
nie wszystkim potrzebna ta informacja do szczęścia, upominam się w myślach. Ale
Schlierenzauer uśmiecha się szeroko, jakby powiedzieli mu, że znaleźli
lekarstwo na raka.
-
Co? – pytam odrobinę speszona jego wiercącym wzrokiem.
-
Nic, nic – bąka pod nosem i robi kilka kroków w stronę metalowych schodków. –
Zapraszam – mówi i w zabawny sposób wskazuje mi drogę ręką.
Uśmiecham
się i dygam, choć mam na sobie szorty, a nie średniowieczną suknię, ani nawet
spódnicę. Chłopak śmieje się tak szczerze i zaraźliwie, że sekundę później ja
także zaczynam chichotać, gdy przemykam obok Fettnera i wspinam się na podest.
-
Nie za wesoło wam? – pyta ktoś za mną, więc odwracam się na szczycie schodów.
Spoglądam
na, trzymającego w dłoni butelkę, mężczyznę i marszczę czoło.
-
Daj spokój, Manuel – klepie go po plecach Gregor i wbiega na schody, a po
chwili staje obok mnie.
-
Już nic nie mówię – mruczy, odkłada pustą butelkę do pudełka i odchodzi powoli
wciągając rękawy kombinezonu.
Patrzę,
jak odchodzi i znika za drzwiczkami domku, do którego wcześniej udał się mój
brat i jego przyjaciel.
-
To, czym się zajmujesz? – pyta chłopak, opierając się o metalową barierkę.
Wzruszam
ramionami i wydymam usta.
-
Niczym szczególnym, studiuję fizjoterapię – opieram się obok niego i spoglądam
na zjazd skoczni pokryty igielitem.
-
To, według ciebie, nic takiego? – dziwi się.
-
Nie szczególnie. Poza tym, nigdy nie lubiłam biologii – marszczę nos.
Tak
naprawdę to lubię fizjoterapię, ponieważ wiem, że będę mogła pomagać ludziom, a
na lekarkę się nie nadaję, bo mdli mnie na widok krwi. Poza tym, biologia
nudziła mnie tylko wtedy, gdy uczyliśmy się o roślinach i budowie wewnętrznej
żaby. Po co mi ta wiedza? Chcę pomagać ludziom, nie rozdydolonym na pół żabom!
System edukacji jest zdecydowanie niedopracowany.
-
Wiesz, moim zdaniem fizjoterapia jest naprawdę ważna – mówi cicho i spogląda w
przestrzeń przed siebie. Ewidentnie się nad czymś zadumał.
Po
chwili milczenia postanawiam podjąć temat.
-
Ile razy ci pomogli? – pytam, choć czuję się wtedy zbyt wścibska, ale mam
nadzieję, że nie odbierze tego źle.
Spogląda
na mnie z boku, dopiero co wyrwany z zamyślenia.
-
Fizjoterapeuci? – pyta dla uzyskania pewności. Potwierdzam skinieniem głowy,
więc nabiera powietrza do płuc i wzdycha ciężko. – Już nawet nie wiem. Wiele
razy – wzruszając ramionami.
-
Właśnie dlatego chcę zostać jedną z nich, żeby móc pomagać takim, jak wy –
mówię próbując wyrwać go z ponurego nastroju.
Patrzy
na mnie i ponownie się uśmiecha, a ja szturcham go delikatnie w ramię. Nagle
dygam, słysząc odchrząkiwanie za naszymi plecami.
-
Widzę, że dobrze się bawisz – mówi Michael, a ja zamykam oczy i zaciskam wargi.
System ochronny mu się włączył, też mi coś.
-
Tak – odpowiadam pogodnie, choć wiem, że to go wkurzy.
Spogląda
na mnie wymownie po czym rzuca spojrzenie Schlierenzauerowi. No świetnie,
jeszcze zrzuć go ze szczytu skoczni, bo miał czelność ze mną rozmawiać.
Przewracam oczami.
-
Chciałbym przeżyć ten trening, nie zabij nas – uśmiecha się drętwo do Gregora.
-
Spokojnie, nie musisz się o to bać – mówi spokojnie chłopak.
-
Właśnie – wtrącam. – Z twoim talentem, poradzisz sobie w każdych warunkach –
mówię i podbiegam do niego, a następnie całuję go w policzek. – Dalekich lotów,
braciszku – uśmiecham się najbardziej optymistycznie, jak potrafię i popycham
go delikatnie w stronę schodów.
-
Michi, chodź już – woła go Kraft z dołu, a ja postanawiam wykorzystać sytuację.
-
No, zmykaj! Koledzy na ciebie czekają – posyłam mu uśmiech typu „poradzę sobie”
i cofam się o krok.
-
Ja wszystko widzę – mówi jeszcze i ostatecznie schodzi po schodach.
Macham
do stojącego na ziemi bruneta, a on uśmiecha się do mnie szeroko i opiera sobie
narty na ramieniu, po czym rusza w stronę wyciągu.
**************************************
Hejka!
Jest i pierwszy rozdział! Nie przewiduję tutaj jakiegoś tasiemca, ale mam nadzieję, że będzie tu trochę czytelników i historia Wam się spodoba :)
Pierwszy raz udostępniam w świat coś z tak sarkastyczną postacią jaką jest Vanessa Hayboeck, ale mam nadzieję, że eksperyment się uda. W zasadzie, powinno się udać, bo Vanessa jest trochę mną, ale w mniejszym stopniu, jeśli chodzi o ten sarkazm.
Tak, jestem osobą sarkastyczną. I to chyba tłumaczy, dlaczego wrzucam tu pierwszy rozdział w prima aprilis XD Rozdziały powinny pojawiać się w pierwszą sobotę miesiąca, w razie czego będę informować o zmianach :)
Dobra, na dziś dziękuję za pierwsze wejścia, zapraszam do zakładki KOLCE, gdzie odrobinę wyjaśni się tytuł. Jeszcze raz zapraszam do zakładki ZANIM PRZECZYTASZ i życzę miłego weekendu.
Pozdrawiam,
Monika Karolina xoxo
