sobota, 1 kwietnia 2017

00.

[zajrzyj do zakładki ZANIM PRZECZYTASZ]

~Vanessa~
Nadal nie wierzę, że tu jestem. Siedzę sobie wygodnie, z nogami pod tyłkiem, w samochodzie mojego brata, który właśnie wjeżdża na żwirowany parking, pod skocznię. Oczywiście, odkąd tylko stał się słynnym Michaelem Hayboeckiem, trułam mu dupę, żeby mnie tu zabrał i chociaż raz dał popatrzeć na trening, ale on był nieugięty. Aż, w końcu, dzisiaj rano ulitował się nad swoją siostrzyczką, którą los postanowił okrutnie doświadczyć chorobą kumpeli, która przez to wystawiła mnie do wiatru.
„Pojedziemy na wycieczką”, mówiła Klara jeszcze miesiąc temu. „To będą najlepsze wakacje naszego życia!”, zapewniała. Nie wzięła jednak pod uwagę tego, że rota wirus zetnie ją z nóg do tego stopnia, że skończy ze złamaną ręką. I niby powinnam jej współczuć, ale po kiego diabła jadła te prażone robale? A mówiłam jej, że to głupi pomysł, to nie. „Nic mi nie będzie, Nessi”, uśmiechała się szeroko, podnosząc za odnóże świerszcza, czy inne paskudztwo. No to teraz ma, przegoniło ją tak, że żołądek to chyba na lewą stronę jej wywinęło, a chcąc pokazać, jaka jest samodzielna poszła ze mną na rower. I ja się na to zgodziłam, głupia. Jak fiknęła na prostej drodze, to myślałam, że ją będę łopatą zbierać. Obyło się bez łopaty, ale za to z karetką na sygnale. Bo przecież już jej wróciły siły. Tia, a ja jestem Supergirl. Przykro mi, ale z naszego rodzeństwa, to Michi wyczerpuje limity na latanie.
Wysiadłam z samochodu, ucieszona jak dziecko w cukierni. Zielona skocznia pnie się przede mną dumnie, wbijając w błękitne niebo swym najazdem. Nie dziwię się, że oni stamtąd skaczą, gdybym się tam znalazła, też bym chciała być z powrotem na dole. A im to jeszcze przyjemność sprawia, masochiści.
- Nie gap się tak, tylko chodź – powiedział mój braciszek z tą nutą w głosie, głoszącą „jestem starszy i mądrzejszy, słuchaj się mnie”.
Prycham tylko, ale i tak ruszam w stronę obiektu piętrzącego się przed nami. Razem z Michim idziemy ramię w ramię, żując swoje gumy i zakładając okulary przeciwsłoneczne. Gdyby nie ta dwudziestocentymetrowa różnica wzrostu, można byłoby uznać nas za bliźniaki. No i oczywiście, gdybym nie była dwa lata młodsza. Ale fakt jest taki, że śmiejemy się, mówimy, a nawet ruszamy podobnie. I oboje mamy trudne charaktery. Nienawidzę go za to i kocham równocześnie. Przecież ja się w szkole od fanek opędzić nie mogłam, które prosiły o załatwienie autografów. Krzywię się na to wspomnienie. To były straszne czasy.
Podchodzimy do jakiegoś chudego chłopaka, mniej więcej mojego wzrostu. Gdy Michael się z nim wita, twarz chłopaka przyozdabia  szeroki uśmiech. Brat po chwili reflektuje się i staje bokiem do mnie.
- To jest Vanessa – mówi Michi.
Chłopak uśmiecha się tak, że boję się o to, czy jego wielkie zęby za raz nie wypadną.
- Stefan Kraft – przedstawia się i wystawia w moją stronę dłoń.
Ściskam ją delikatnie i spoglądam na jasny punkt unoszący się nad bulą. Spięta sylwetka tnie powietrze, szybko mknąc w dół skoczni. Jasny kombinezon opina się na szczupłym, wręcz chudym ciele. Obserwuję uważnie każdy ruch, gdy sylwetka składa się do lądowania i przejeżdża kilka metrów w telemarku. Na żywo wygląda to zdecydowanie lepiej niż w telewizji czy na zdjęciach. W końcu kolana chłopaka prostują się, a on podjeżdża do nas niechlujnie wyginając ciało. Mężczyzna zdejmuje gogle, zsuwając je na szyję i wita się z moim bratem skinieniem. Jasne, bo ja jestem powietrzem.
- Jestem Nessa – wystawiam dłoń w jego stronę.
Obrzuca ją dziwnym spojrzeniem, mierzy mnie wzrokiem, a po chwili kiwa głową i rozsuwa zamek swojego kombinezonu.
Może to niemowa.
Chwilę później zsuwa rękawy i stoi przed nami półnagi. No tak, bo rozbieranie się przed obcą dziewczyną jest taaakie normalne. Nie, żebym miała coś przeciwko, ale jednak, mimo wszystko, dziwi mnie to zachowanie. I nie mogę oderwać wzroku od jego klaty. I brzucha. Przynajmniej nadal mam na nosie okulary, więc nikt nie widzi mojego wścibskiego wzroku, błądzącego po ciele skoczka.
Gdy jestem bliska przygryzienia wargi, orientuję się na szczęście, że właśnie podszedł do nas ktoś jeszcze. Przenoszę spojrzenie na nowego rozmówcę i podnoszę okulary, bo w jego cieniu już ich nie potrzebuję.
- Witam, witam, Hayboeck – uderza mojego brata otwartą dłonią między łopatki. – Miałeś być tu godzinę temu – zauważa, obejmując go ramieniem i uwieszając się na nim.
- Że tak powiem, coś mi wypadło – rzuca dość oschle, wpatrując się we mnie wymownie.
Chłopak spogląda na mnie i szybko się prostuje, po czym przeczesuje brązowe włosy dłonią.
- Gregor Schlirenzauer – przedstawia się, posyłając mi zawadiacki uśmiech.
Kiwam głową i mówię krótkie:
- Nessa – spoglądając na skoczka, roznegliżowanego od pasa w górę.
Mężczyzna zdejmuje kask i roztrzepuje krucze włosy ruchem głowy.
- Fettner – rzuca, jakby od niechcenia.
No proszę, czyli jednak umie mówić.
Odchodzi powolnym krokiem, a ja zdaję sobie sprawę, że nie mam bladego pojęcia, kiedy odpiął narty. Zatrzymuje się w cieniu metalowego podestu, schyla się i bierze ze skrzynki butelkę wody. Z zainteresowaniem obserwuję jego mięśnie, poruszające się pod skórą, mając nadzieję, że mój nadopiekuńczy braciszek niczego nie zauważy, ale on po prostu odchodzi w towarzystwie Krafta i razem znikają w domku.
Spoglądam na szatyna stojącego naprzeciwko mnie, a on uśmiecha się tak, że w prawym policzku robi mu się zmarszczka w kształcie bumerangu.
- Pierwszy raz na skoczni? – pyta podpierając się pod boki.
Kiwam głową, zaplatając ramiona pod biustem.
- Tia, Michi nigdy nie chciał mnie zabrać, jakbyście robili tu Bóg wie co – prycham wzruszając ramionami.
Gregor potakuje ruchem głowy.
- Może chcesz usiąść? – proponuje wskazując trybunę.
- Nie – mruczę niechętnie. – Wolę postać – mówię i spoglądam przez ramię na ławki rozciągające się nieopodal.
- W takim razie, zapraszam na podest. Ja nie mogę aktualnie skakać, więc tylko patrzę – tłumaczy wskazując metalowy podest, przy którym stoi brunet z tunelem w lewym uchu.
- Jasne, stamtąd pewnie jest lepszy widok – mówię i uśmiecham się pogodnie.
Gdy ruszamy, wbija dłonie w kieszenie spodni i patrzy pod nogi, jakby szukał drobniaków wśród trawy.
- Jak długo jesteś z Hayboeckiem? – pyta, więc zerkam na niego zdziwiona.
- Słucham? – ręce mi opadają. Dosłownie.
Jak można pomyśleć, że chodzę z Michaelem? Podobieństwo między nami jest tak ogromne, że nawet ślepy zauważyłby w tym coś dziwnego. Poza tym, mój brat to leń i bałaganiarz, który wiecznie szuka okazji, żeby wyrwać się z domu na skocznię. Albo umawia się gdzieś na mieście ze Stefanem. Przynajmniej w końcu miałam okazję go poznać, nigdy nie zaprosił go do domu, jakby bał się, że chłopak przestanie się z nim przyjaźnić. Mówiłam, idiota!
- Wiem, że dopiero co się poznaliśmy, ale Michi nic nam nie mówił o żadnej dziewczynie – tłumaczy się.
- Może dlatego, że nie ma o czym mówić – prycham, a chłopak zatrzymuje się w pół kroku i spogląda na mnie pytająco. – Michi to mój brat – oświadczam rozbawiona odrobinę zbyt głośno.
Może nie wszystkim potrzebna ta informacja do szczęścia, upominam się w myślach. Ale Schlierenzauer uśmiecha się szeroko, jakby powiedzieli mu, że znaleźli lekarstwo na raka.
- Co? – pytam odrobinę speszona jego wiercącym wzrokiem.
- Nic, nic – bąka pod nosem i robi kilka kroków w stronę metalowych schodków. – Zapraszam – mówi i w zabawny sposób wskazuje mi drogę ręką.
Uśmiecham się i dygam, choć mam na sobie szorty, a nie średniowieczną suknię, ani nawet spódnicę. Chłopak śmieje się tak szczerze i zaraźliwie, że sekundę później ja także zaczynam chichotać, gdy przemykam obok Fettnera i wspinam się na podest.
- Nie za wesoło wam? – pyta ktoś za mną, więc odwracam się na szczycie schodów.
Spoglądam na, trzymającego w dłoni butelkę, mężczyznę i marszczę czoło.
- Daj spokój, Manuel – klepie go po plecach Gregor i wbiega na schody, a po chwili staje obok mnie.
- Już nic nie mówię – mruczy, odkłada pustą butelkę do pudełka i odchodzi powoli wciągając rękawy kombinezonu.
Patrzę, jak odchodzi i znika za drzwiczkami domku, do którego wcześniej udał się mój brat i jego przyjaciel.
- To, czym się zajmujesz? – pyta chłopak, opierając się o metalową barierkę.
Wzruszam ramionami i wydymam usta.
- Niczym szczególnym, studiuję fizjoterapię – opieram się obok niego i spoglądam na zjazd skoczni pokryty igielitem.
- To, według ciebie, nic takiego? – dziwi się.
- Nie szczególnie. Poza tym, nigdy nie lubiłam biologii – marszczę nos.
Tak naprawdę to lubię fizjoterapię, ponieważ wiem, że będę mogła pomagać ludziom, a na lekarkę się nie nadaję, bo mdli mnie na widok krwi. Poza tym, biologia nudziła mnie tylko wtedy, gdy uczyliśmy się o roślinach i budowie wewnętrznej żaby. Po co mi ta wiedza? Chcę pomagać ludziom, nie rozdydolonym na pół żabom! System edukacji jest zdecydowanie niedopracowany.
- Wiesz, moim zdaniem fizjoterapia jest naprawdę ważna – mówi cicho i spogląda w przestrzeń przed siebie. Ewidentnie się nad czymś zadumał.
Po chwili milczenia postanawiam podjąć temat.
- Ile razy ci pomogli? – pytam, choć czuję się wtedy zbyt wścibska, ale mam nadzieję, że nie odbierze tego źle.
Spogląda na mnie z boku, dopiero co wyrwany z zamyślenia.
- Fizjoterapeuci? – pyta dla uzyskania pewności. Potwierdzam skinieniem głowy, więc nabiera powietrza do płuc i wzdycha ciężko. – Już nawet nie wiem. Wiele razy – wzruszając ramionami.
- Właśnie dlatego chcę zostać jedną z nich, żeby móc pomagać takim, jak wy – mówię próbując wyrwać go z ponurego nastroju.
Patrzy na mnie i ponownie się uśmiecha, a ja szturcham go delikatnie w ramię. Nagle dygam, słysząc odchrząkiwanie za naszymi plecami.
- Widzę, że dobrze się bawisz – mówi Michael, a ja zamykam oczy i zaciskam wargi. System ochronny mu się włączył, też mi coś.
- Tak – odpowiadam pogodnie, choć wiem, że to go wkurzy.
Spogląda na mnie wymownie po czym rzuca spojrzenie Schlierenzauerowi. No świetnie, jeszcze zrzuć go ze szczytu skoczni, bo miał czelność ze mną rozmawiać. Przewracam oczami.
- Chciałbym przeżyć ten trening, nie zabij nas – uśmiecha się drętwo do Gregora.
- Spokojnie, nie musisz się o to bać – mówi spokojnie chłopak.
- Właśnie – wtrącam. – Z twoim talentem, poradzisz sobie w każdych warunkach – mówię i podbiegam do niego, a następnie całuję go w policzek. – Dalekich lotów, braciszku – uśmiecham się najbardziej optymistycznie, jak potrafię i popycham go delikatnie w stronę schodów.
- Michi, chodź już – woła go Kraft z dołu, a ja postanawiam wykorzystać sytuację.
- No, zmykaj! Koledzy na ciebie czekają – posyłam mu uśmiech typu „poradzę sobie” i cofam się o krok.
- Ja wszystko widzę – mówi jeszcze i ostatecznie schodzi po schodach.

Macham do stojącego na ziemi bruneta, a on uśmiecha się do mnie szeroko i opiera sobie narty na ramieniu, po czym rusza w stronę wyciągu.

**************************************


Hejka!
Jest i pierwszy rozdział! Nie przewiduję tutaj jakiegoś tasiemca, ale mam nadzieję, że będzie tu trochę czytelników i historia Wam się spodoba :)
Pierwszy raz udostępniam w świat coś z tak sarkastyczną postacią jaką jest Vanessa Hayboeck, ale mam nadzieję, że eksperyment się uda. W zasadzie, powinno się udać, bo Vanessa jest trochę mną, ale w mniejszym stopniu, jeśli chodzi o ten sarkazm.
Tak, jestem osobą sarkastyczną. I to chyba tłumaczy, dlaczego wrzucam tu pierwszy rozdział w prima aprilis XD  Rozdziały powinny pojawiać się w pierwszą sobotę miesiąca, w razie czego będę informować o zmianach :)
Dobra, na dziś dziękuję za pierwsze wejścia, zapraszam do zakładki KOLCE, gdzie odrobinę wyjaśni się tytuł. Jeszcze raz zapraszam do zakładki ZANIM PRZECZYTASZ i życzę miłego weekendu.
Pozdrawiam, 
Monika Karolina xoxo