~Vanessa~
Gdy wysiadamy, orientuję się, że jesteśmy na stacji benzynowej. Chłopcy wydają się niepocieszeni, ale trener ignoruje ich i podchodzi do dystrybutora.
- Zamówcie sobie coś do jedzenia, jakieś kanapki – rzuca jedynie i oddelegowuje nas z kartą na punkty do wnętrza niewielkiego budynku.
Chłopcy posłusznie ustawiają się w dwie kolejki, lustrując menu zawieszone na ścianie za kasami, jak w McDonald’s. Staję za Michaelem, który pochłonięty jest rozmową ze Stefanem. Zastanawiam się, co wybrać, ostatecznie stawiając na zwykłego hot doga. Wszyscy jak jeden mąż zamawiają kanapki na ciemnym pieczywie z sałatą, serem, szynką i pomidorem, oraz półlitrową butelkę wody. Gdy staję przy kasie jest mi tak głupio zamówić upragnionego fast fooda, że rzucam jedynie „to samo” i kładę na blacie odpowiednią kwotę.
Gdy odbieram swój posiłek, widzę wchodzącego do środka trenera. Uśmiecha się do mnie uprzejmie, po czym mija i podchodzi do lady. Nie słyszę, co zamawia, ponieważ rozglądam się za wolnym miejscem przy stolikach chłopaków. Jest jedno, ale nie chcę tam siadać. Nie będę się przecież jednać z Manuelem patrząc jak przerzuwa swoją kanapkę. Nie ma opcji.
Jednak mój brat podnosi rękę, uśmiecha się, a potem gestem ręki przywołuje mnie do siebie.
- Siadaj – mówi między kęsami.
Patrzę niepewnie na barowe krzesło między Gregiem, a Fettnerem, ale wtedy mój wzrok spotyka się z wyczekującym spojrzeniem Schlierenzauera, więc stawiam butelkę i bułkę na stole, a następnie wdrapują się na krzesło z delikatnym uśmiechem na ustach.
- To co, pewnie nie możecie się już doczekać na zawody, co? – rzucam, choć nie oczekuję, że któryś z nich odpowie.
Mój brat mruczy przeciągle.
- Średnio, bardziej czekamy na zgrupowanie – uśmiecha się znacząco do Krafta.
- Aha? – unoszę brwi, bo nie wiem, co takiego ekscytującego jest w zgrupowaniu.
- Chodzi o to, że lecimy na Ibizę – wytłumaczył Gregor z szerokim uśmiechem.
- Aha – powiedziałam wpatrując się tępo w nakrętkę butelki z wodą.
- A ty jedziesz z nami – ucieszył się Kraft, odrywając wzrok od mojego brata.
- O matko – jęknęłam nagle. Wszyscy spojrzeli na mnie zdziwieni moją reakcją, ale ja postanowiłam udawać, że tego nie zauważyłam i szybko przeszłam do interesujących mnie szczegółów. – A na ile ten wyjazd?
- Nie martw się, siostrzyczko, przeżyjesz – Michi zaśmiał się czochrając moje włosy.
Pewnie, że przeżyję. Boję się jedynie o mój stan psychiczny.
Błagam, powiedzcie, że to wyjazd dwudniowy.
- Spokojnie, to tydzień wylegiwania się na białym piasku, wsłuchiwania w szum wody i nabierania kolorów w słonecznej kąpieli – zapewnił Aschenwald, który przechylił się przez oparcie swojego krzesła.
- Dzięki, Philipp – uśmiecham się sztucznie.
Owszem, wizja wylegiwania się na plażach Ibizy i nic nie robienie w pracy, brzmi świetnie. Martwi mnie jednak fakt ich obecności na tej wycieczce. Przecież oni są jak wycieczka klasowa, to ma po pół mózgu na dwóch!
- Nie ma za co – uśmiecha się uroczo, że aż robi mu się dołeczek w policzku.
Chyba i tak nie mam wyboru, co do tego wyjazdu. W moim przypadku jest obowiązkowy, w ich zresztą też.
Trener podchodzi do stolika reszty chłopaków z kawą i ciastkiem, a mnie aż skręca, że postanowiłam nie wychylać się poza schemat i wzięłam to samo, co reszta. Spoglądam na swoją kanapkę, po chwili stwierdzając, że może warto chociaż przekonać się, jak ona smakuje.
Rozdzieram foliowe opakowanie i podnoszę ją do ust, a następnie, bez większego przekonania, biorę kęs. O dziwo smakuje wyjątkowo dobrze, jak na kupną kanapkę.
- I jak? – pyta Gregor.
Spoglądam na niego, mrugając dwukrotnie. Staram się, jak najszybciej przełknąć i odpowiedzieć.
- Całkiem nieźle – przyznaję w końcu.
- W takim razie, cieszę się, że ci smakuje – uśmiecha się tym swoim pięknym, oślepiającym uśmiechem, powodując u mnie to samo.
I chociaż mam prawie pełne usta, a na pewno wypchane policzki, ja też cieszę banana. Uśmiecham się do niego, jak głupi do sera, ale jemu to nie przeszkadza. Patrzymy na siebie, widzę, że Schlieri bada moją twarz centymetr, po centymetrze, sprawiając, że mój żołądek się zaciska. Z trudem przełykam kęs kanapki, ale nie sięgam po wodę. Nie wiem, ile jeszcze siedzielibyśmy w taki sposób, gdyby nie odchrząknięcie mojego brata, na które reaguję jak poparzona wrzątkiem.
Kraft posyła blondynowi złe spojrzenie, niezadowolony z jego zachowania. Widocznie, już zdążyli porozmawiać o tym, jak powinien, a jak naprawdę traktuje mnie Michael. Ale, tak jak przypuszczałam, ta rozmowa nic nie dała.
- A co tam u Marisy, Stefan? – rzucam, żeby się nie pogryźli. Przyjaźnią się zdecydowanie za długo, żeby teraz niszczyć to przez moją osobę.
Może lepiej było, kiedy żadnego z nich nie znałam i byłam sobie tylko szarą Vanessą Hayboeck? Nie mieli takich wewnętrznych problemów. No i pan perfekcja, Manuel Fettner, też się z nimi dogadywał. Przynajmniej tak wynikało z opowiadań Michiego, podobno byli dobrymi kumplami. To by tłumaczyło, dlaczego zawsze trzymają się razem.
- A świetnie, aktualnie wyjechała do swojej mamy, ale wszystko jest w jak najlepszym porządku – powiedział z uśmiechem, ale w jego oczach widać było zdenerwowanie.
Chłopak kątem oka spojrzał na mojego brata. Ja rozumiem, że jako przyjaciele mają jakieś swoje tajemnice, ale dlaczego Kraft się tak zestresował? I co znaczą te spojrzenia wymieniane z Michim? Jak tak dalej pójdzie, zacznę ich posądzać o morderstwo. Tylko czyje?
Może zabili Marisę i teraz się ukrywają?
Uśmiechnęłam się delikatnie.
- To świetnie – uśmiechnęłam się szeroko, potakując głową i biorąc kolejny kęs kanapki.
- A ty, Fetti, co tak nic nie mówisz? – zagaił Gregor, wychylając się zza mnie, by spojrzeć na kumpla.
Manuel odłożył resztkę swojej kanapki na foliowe opakowanie, otrzepał dłonie, przełknął, wsparł się na łokciach i wzruszając ramionami powiedział:
- Chyba po prostu nie mam tematów do rozmów z dziećmi – uśmiechnął się złośliwie, rzucając mi krótkie spojrzenie.
O co ci chodzi, gościu?! – miałam ochotę powiedzieć, ale spojrzenie jego czarnych oczu przygwoździło mnie do krzesła i odebrało umiejętność mowy.
Świetnie, skończę pracę z nimi jako kaleka!
Po jego wypowiedzi, wręcz ociekającej jadem, wszyscy zamilkli. Nie wiem, ile trwałaby ta cisza, gdyby trener nie wstał z miejsca mówiąc, że resztę bierzemy na wynos i jedziemy na siłownię.
Wszyscy poderwali się z miejsc, a ja siedziałam, jak wryta, czując, że łzy zaczynając piec mnie pod powiekami. Byłam taka beznadziejna, nawet nie potrafiłam mu się odgryźć. Żałosne…
Poderwałam się z krzesła, wzięłam swoją torbę, zarzuciłam ją na ramię, zabrałam swoje jedzenie i picie, a następnie prawie wybiegłam na zewnątrz. Wyjęłam z torby słuchawki, wsadziłam je do uszu, podpięłam do telefonu i puściłam muzykę na pełen regulator. Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać. Miałam wrażenie, że sypię się od środka. Jeszcze nigdy jeden człowiek nie doprowadził mnie do takiego stanu. A już na pewno nie po dwóch dniach znajomości.
Akurat zaczęła śpiewać Sia w coverze najbardziej pasującej w tym momencie piosenki, jaką znam. Kobieta śpiewała o zranieniu i staraniu się niedopuszczenia do siebie mrozu ludzkich słów i czynów. A ja właśnie pozwoliłam, by Fetter wbił mi w plecy sopel lodu. I nawet od niego nie uciekałam, po prostu pozwoliłam sobie na odczucie tego bólu i zamrożenie w miejscu. Zupełnie, jak w piosence. I właśnie zaczynałam się topić, rozpadać od środka, rozpływać. Nienawidziłam być kupką nieszczęścia, ale w tym momencie nie potrafiłam się uspokoić.
Na szczęście albo i nie przyszedł Gregor. Postanowiłam ściszyć muzykę, ostatecznie w ogóle ją wyłączając.
- Nie przejmuj się nim – powiedział obejmując mnie delikatnie ramieniem. – Za niedługo mu przejdzie, po prostu musi się przystosować do nowej sytuacji.
====================================================
Dobra, przyznaję, zapomniałam, że miał być wczoraj! Przepraszam x
Co do mojej książki, mam już wydanie autorskie w domciu, a po niedzieli będzie dostępna do kupna on-line! Dam tu linka, żeby było łatwiej.
Wiem, że zrobiłam z Manuela strasznego chama, aż sama nie wierzę, że to napisałam, ale tak właśnie miała ta postać wyglądać, także wszystko w normie! 😉
