~Vanessa~
Nie mija więcej niż kilka sekund, a z
twarzy Manuela znika rozbawienie. Przeciera ponownie ręce i opada na swój
wiklinowy fotel. Zastanawiam się, co jest powodem jego zmiany, ale nie mam
bladego pojęcia. Przez kilkanaście minut siedzimy w ciszy, nie wiem czy
powinnam się odezwać, czy nie. Z zamyślenia wyrywa mnie powrót chłopaków.
– To co? Wracamy? – rzuca Kofler,
podchodząc do nas jako pierwszy.
Przelotnie spoglądam na ignorującego
mnie Manuela.
– Z wielką chęcią – nadaję swojemu
głosowi wystarczająco wymowny ton, by zwrócić na niego uwagę Andreasa.
Kofler marszczy brwi, ale nie pyta co
się działo. I dobrze, niech nadal wszyscy myślą, że pałamy do siebie niechęcią.
Co zresztą wydaje się być prawdą, patrząc na to, że Manuel ignoruje mnie jak
wcześniej. Ale czego ja chciałam? Może wcale nie żartował z tym, że mnie nie
znosi? Fettner nie odzywa się ani słowem, a ja w duchu wycofuję się z tego o
czym myślałam, gdy nazwał mnie nieznośną. Zdecydowanie nie zapałam do niego
sympatią. Ten człowiek to same przeciwieństwa. Jestem przekonana, że kiedyś uda
mi się go rozgryźć, ale póki co nie zamierzam marnować na niego więcej czasu.
Wracamy do pokoi na piętnaście minut
przed sesją. Przebierając się, zdaję sobie sprawę, że Michi nie dopytywał o
moją koszulkę. Dziwne, ale nie zamierzam się tym przejmować. Przebiegam z
pokoju do gabinetu i zaglądam w pierwszą kartę. Nie zdążam przeczytać nazwiska,
bo drzwi otwierają się z impetem.
Podskakuję zdenerwowana, ale zerkam
przez ramię. Do pomieszczenia wchodzi uśmiechnięty trener. Ten człowiek to istny
wulkan pozytywnej energii, którą dzieli się ze wszystkimi.
– Dobry wieczór – witam go, podchodząc
do okna by zasłonić rolety.
– Dobry wieczór. Gotowa do pracy? – pyta
cały czas się uśmiechając.
– Mam nadzieję – kwituję stwierdzenie
nerwowym śmiechem.
– No dobrze, to ja nie przeszkadzam –
stwierdza pan Kuttin. – Udanej sesji – życzy.
Żegnamy się skinieniem, po czym
wychodzi. Zapalam światła, zasłaniam rolety, otwieram uchylnie okna, żeby
wpadało świeże powietrze, gdy nagle ktoś puka do drzwi.
– Proszę – wołam siłując się z klamką
okiennicy. – Przygotuj się do masażu, za chwilę zaczynamy – zlecam przybyłemu.
W końcu udaje mi się uchylić drzwi
balkonowe, więc odwracam się do pacjenta. Zamieram w jednej sekundzie. Przede
mną stoi pół nagi Gregor Schlierenzauer. Mam wrażenie, że szczęka opadła mi do
samej podłogi, więc staram się szybko ją pozbierać, zanim miodowowłosy się
zorientuje. Greg odkłada swoje ubrania na krzesło i odwraca się do mnie en face.
– Cześć, dawno się nie widzieliśmy –
żartuje, a ja naprawdę próbuję się zaśmiać.
Rozciągam usta w uśmiechu, nie jestem w
stanie zrobić nic więcej. Mam wrażenie, że wrosłam w podłogę. Czuję, że twarz
mi płonie.
Odwracam się do biurka, udając, że muszę
ułożyć dokumenty.
– Dobrze, połóż się wygodnie, za chwilę
się tobą zajmę – mówię w końcu, próbując się opanować. Zdecydowanie nie byłam
gotowa na takie widoki.
Podchodzę do stołu, nakładam na dłonie
trochę olejku i staram się głęboko oddychać. Serce łopocze, jakby chciało
pogruchotać żebra, a dłonie trzęsą się jakbym trzymała w nich włączony młot
pneumatyczny.
Cudownie, bąkam w
myślach. Schlieri na pewno wyczuje ich drżenie, a wtedy spalę się ze wstydu.
Oddycham głęboko raz jeszcze i przystępuję do masażu, skupiając się tylko na
skrawku ciała, który akurat rozcieram. Z transu, w jaki się wprowadziłam po
pewnym czasie wyrywa mnie głos Gregora.
– Szkoda, że nie zdecydowałaś się jednak
na grę – stwierdza patrząc obojętnie w sufit.
Spoglądam przelotnie na jego twarz. Mam
wrażenie, że nie wyraża żadnych uczuć.
– Chyba lepiej dla was – stwierdzam,
wzruszając ramionami. – I tak zmarnowaliście na mnie mnóstwo czasu – dodaję.
Miodowowłosy przenosi na mnie
spojrzenie.
– Uważam, że byłaś już naprawdę blisko –
jestem przekonana, że próbuje mnie tylko pocieszyć.
Posyłam mu uprzejmy uśmiech.
– Nigdy nie byłam typem sportowca, ale
dziękuję, że uważasz inaczej – odpowiadam nadal spięta tym, że leży przede mną
w samych bokserkach.
– Serio, szło ci całkiem nieźle. Ostatni
strzał był naprawdę dobry – nie przestaje chłopak.
– Tak, dopóki omal nie zabiłam Fettnera
– bąkam z przekąsem.
– Co jak co, ale finał był akurat
wystrzałowy – rzuca Gregor, uśmiechając się szeroko.
Nie jestem w stanie powstrzymać
chichotu.
– Sądziłam, że w golfie zalicza się dołki,
nie głowy znajomych – ciągnę żart.
– Za głowy są dodatkowe punkty, więc ty
dzisiaj na pewno wygrałaś – dodaje Schlieri.
Oboje wybuchamy śmiechem. Nagle odchodzi
ode mnie całe skrępowanie. Trzeba przyznać, że gdyby na Igrzyskach była
kategoria poprawianie humoru, to
Gregor byłby w niej mistrzem. Ale on chyba mistrzostwo ma we krwi.
– Dziękuję – mówię, gdy nasze śmiechy
cichną.
Miodowowłosy marszczy brwi.
– Za przyznanie zwycięstwa? – nawiązuje
do żartu.
Kręcę głową aby zaprzeczyć.
– Nie, chodzi o to, że… Jestem ci
wdzięczna, bo zawsze potrafisz mnie rozweselić – przyznaję, choć czuję się z
tym wyznaniem nieco głupio.
Gregor milczy przez dłuższą chwilę, więc
zerkam przelotnie na jego twarz. Uśmiecha się delikatnie, patrząc na mnie
spojrzeniem, którego nie jestem w stanie zidentyfikować. Na chwilę przestaję
ugniatać jego mięśnie i patrzę na niego pytająco.
– To co? Chyba należy mi się jakaś
nagroda, mam rację? – rzuca w końcu.
Zagryzam policzek.
– Nagroda? – rzucam niepewnie, jakbym
nie dosłyszała jego pytania.
– No, należy mi się zdecydowanie. Skoro
taki dobry jestem… Wiesz, za skoki dostawałem medale czy Kule... Przyzwyczaiłem
się do bycia nagradzanym – przy ostatnim zdaniu nie jest w stanie powstrzymać
żartobliwego tonu.
– Och, no tak, przecież mam do czynienia
z mistrzem – droczę się. – Jak mogę wynagrodzić twe zasługi, mój panie? –
kłaniam się w pas.
Gregor śmieje się gardłowo.
– Pomyślmy… – udaje zadumę, a ja w tym
czasie wracam do pracy. – Może, wybacz mi śmiałość, ale… Wydaje mi się, że
odpowiednią nagrodą będzie… prywatna kolacja z pewną uroczą austriacką damą –
rzuca.
Kręcę głową rozbawiona, starając się
ukryć rumieńce.
– O cholera, gdzie ja teraz taką znajdę?
– bąkam, po czym ponownie wybuchamy śmiechem.
Naszą rozmowę przerywa pukanie do drzwi.
Sięgam pospiesznie po jeden z hotelowych ręczników i bezceremonialnie rzucam go
na brzuch skoczka. Dopiero, gdy Schlierenzauer zakrywa się nim dokładnie,
proszę do środka gościa.
Przez drzwi niepewnie zagląda
uśmiechnięty od ucha do ucha Poppinger.
– Cześć, Ness, mogę? – pyta zerkając na
rozłożonego na stole Gregora.
Patrzę na zegarek.
– O, jasne. Chyba się trochę zagadaliśmy
– stwierdzam. – Dokończę szybko i za chwilę się tobą zajmę – dodaję.
Gdy zauważam, że powinnam skończyć
piętnaście minut temu, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że czas się skurczył,
przyspieszył w trakcie naszej rozmowy. Posyłam Gregorowi przepraszający
uśmiech. Kończę masaż i pozwalam mu zejść ze stołu, a sama idę umyć ręce. Poppi
zaczyna szykować się do masażu, Schlieri ubiera się pospiesznie. Udaję, że nie
patrzę, zawzięcie płucząc ręce z mydlanej piany. Gdy odwracam się od umywalki,
do wnętrza pomieszczenia, zauważam, że miodowowłosy stoi już przy drzwiach i
wpatruje się we mnie wyczekująco.
Unoszę brwi pytająco. Greg rzuca krótkie
spojrzenie na Manuela, po czym posyła mi jeszcze jedno ciepłe spojrzenie i
sięgając po klamkę mówi:
– Jakoś się dogadamy.
– Jasne – uśmiecham się szeroko, po czym
patrzę jak powoli opuszcza pomieszczenie.
Szykuję stół do kolejnego masażu i każę
się położyć Poppingerowi. Gdy chłopak rozkłada
się wygodnie, rzuca mi zainteresowane spojrzenie.
– A ty czego byś znowu chciał? – rzucam,
bo wiem, że jego mina oznacza kłopoty.
Uśmiecha się szeroko z zamkniętymi
ustami przez co wygląda jak emotikona lenny
face.
– No, to co…? Z czym się dogadacie? –
zabawnie porusza brwiami.
Nie jestem w stanie pohamować śmiechu. Rzucam
mu mały ręcznik na twarz po czym, nie udzielając odpowiedzi, przechodzę do
pracy.
Sesja z Poppim szybko mija – głównie na
jego paplaniu o wszystkim. Gdy z nim kończę, głowa mi pęka. Zaglądam do
następnej karty. Za chwilę ma przyjść Aschenwald. Na szczęście on jest mniej
gadatliwy, a jego paplanie nie aż tak irytujące.
Philipp przychodzi punktualnie,
grzecznie się rozbiera i kładzie na stole. Nadal jestem pod wrażeniem jego
mięśni. Gdy byłam w jego wieku, żaden z moich kolegów nie wyglądał tak jak on. Teraz
za to otaczają mnie sami tacy. Ale mało
który jest taki piękny i gładki.
Po skończeniu masażu orientuję się, że
Aschenwald nie reaguje na „okej, skończyłam, możesz się zbierać”. Szturcham go
lekko w ramię, a wtedy głowa przekręca mu się na bok i usta rozchylają
wypuszczając ciche chrapnięcie.
– Philipp – szarpię go za przedramię. Zero
reakcji. – PHILIPP – szarpię nieco mocniej. Nadal nic. – PHILIPP! – krzyczę
waląc go otwartą dłonią w ramię.
Zrywa się do siadu i patrzy na mnie
przerażony.
– Jezu, Ness, co ty robisz? – pyta
zaspanym, gardłowym tonem.
– Fajnie się spało? – podpieram się pod
boki.
– I to jak. Całkiem wygodne mają te
stoły – uśmiecha się lekko.
Unoszę wysoko brwi i przekręcam głowę na
bok.
– Serio?
– Serio. Możesz spróbować jak skończysz
pracę. Wygodne jak hotelowe łóżka – gładzi stół dłonią.
– Skarbie – zwracam się do niego słodkim
głosem. – Zmiataj mi stąd zanim cię znowu walnę – radzę, widząc, że po jego
powiekach nadal błąka się sen. No ewidentnie nie kuma co się wokół niego
dzieje.
Patrzy na mnie. Mruga raz, potem drugi i
nagle trybik w mózgu przeskakuje.
– Aaa – mruczy tylko i powoli schodzi ze
stołu. – Dzięki, super było – dodaje wciągając plażowe szorty. – Ale następnym
razem mnie nie bij – prosi.
– Rozumiem, że preferujesz wiadro z
zimną wodą? – uśmiecham się półgębkiem.
Zawstydzony chłopak drapie się po karku.
– Czy to nie powinien być dla ciebie
komplement? Skoro zasnąłem to znaczy, że masaż był bardzo dobrze wykonany –
uznaje w końcu.
– Czy ja ci wyglądam na pracownicę SPA?
– bąkam. Nie taki rodzaj masażu wykonuję.
Chłopak tasuje mnie spojrzeniem.
– W sumie w tym kitlu… – zaczyna, jednak
nie pozwalam mu skończyć.
Rzucam mu piorunujące spojrzenie.
– Idź już – mówię zrezygnowana.
Philipp wychodzi bez słowa.
Mam już ich dość, ale dzisiaj muszę
wymasować jeszcze jednego. Ponownie myję ręce, podchodzę do biurka, przekładam
kartę Aschenwalda i sięgam po następną. Zamieram.
Trzymam w dłoniach teczkę z czarnym
podpisem „Fettner, M.” na okładce. Jestem pewna, że akurat jego przekazałam
temu całemu Damienowi, drugiemu fizjoterapeucie. Zrobiłam to z premedytacją,
więc pamiętam.
Przeglądam dokumenty, które miałam na
biurku w nadziei, że znajdę kartę Koflera. Szukam raz, drugi, ale nigdzie jej
nie ma. Drzwi do pomieszczenia otwierają się bez pukania. Nie chcę się
odwracać, nie chcę go dotykać. Mam go na dzisiaj zwyczajnie dość.
Niechętnie, bardzo powoli odwracam się w
stronę drzwi. Gdy podnoszę wzrok zauważam równie niezadowoloną minę co moja.
Manuel patrzy na mnie z charakterystyczną dla niego pogardą.
– Tak bardzo chcesz znowu zobaczyć mnie
prawie bez ubrań? – rzuca kąśliwie.
Wszystko we mnie buzuje.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Dzień dobry, dzień dobry!
To znowu ja! W końcu w normalnym odstępie czasu!
Jak podobał Wam się rozdział? Jakieś zastrzeżenia? A może pochwały? Dawajcie znać w komentarzach, zawsze lubię wiedzieć co myślicie na ten temat!
Miłej soboty!
Monika Karolina
