~Vanessa~
Zajechaliśmy
pod centrum sportowe i zaparkowaliśmy wóz na naszym miejscu. Michael był dziś
bardzo małomówny, ale stwierdziłam, że nie będę go naciskać. Mam nadzieję, że w
końcu sam mi powie, co się dzieje. Liczyłam na to, ale chyba samą siebie
okłamywałam. Siedzieliśmy dłuższą chwilę w ciszy, aż podjechał granatowy wóz i
zaparkował kilka metrów dalej. Za jego kierownicą siedziała jakaś blondynka,
nie znałam jej, nikogo też mi nie przypominała.
Ze
strony pasażera otworzyły się drzwi, a chwilę później obok auta stał Kraft.
Okrążył samochód, w tym czasie blondynka zdążyła wysiąść, a gdy tylko do niej
podszedł, oplotła mu szyję ramionami i pocałowała go w usta. Chwilę później
odsunęli się od siebie, dziewczyna wsiadła do samochodu i odjechała. Stefan
odwrócił się do nas przodem, spojrzał na nasz wóz i uśmiechnął się krzywo,
jakby przepraszająco. Mój brat tylko prychnął na ten gest.
Spojrzałam
na Michiego, zacisnął szczękę, podparł głowę na ręce. Chciałabym zobaczyć coś w
jego spojrzeniu, ale okulary przeciwsłoneczne skutecznie uniemożliwiły mi to.
-
To Marissa, prawda? – pytam, choć jestem prawie pewna odpowiedzi.
-
Tak – mruczy niewyraźnie chłopak.
-
Chyba się między nimi poprawiło – stwierdzam, ale to zdanie nie pociesza w
żaden sposób mojego brata. Zdaje się go tylko denerwować jeszcze bardziej.
-
Nie jestem pewien, czy powinno – bąka i odpina pas, a następnie wysiada i mocno
trzaska drzwiami.
Także
wysiadam i przechodzę przed maskę samochodu.
-
Co chcesz przez to powiedzieć? – dopytuję.
Zdejmuje
okulary i spogląda na mnie.
-
Nic konkretnego – odpowiada zamykając samochód, po czym zwyczajnie rusza w
stronę hali sportowej.
Aha, to się
dowiedziałam.
Staram
się go dogonić, ale jego cholernie długie nogi mi na to nie pozwalają. Pędzę
tak za nim, mimo, że pewnie wyglądam jak upośledzona, aż tu nagle słyszę
znajomy głos.
-
Cześć – mówi Aschenwald, a ja prawie schodzę na zawał.
-
Cześć, Philipp – uśmiecham się między jednym, a drugim oddechem. Naprawdę się
zmęczyłam, z moją kondycją jest jednak gorzej niż myślałam.
-
Gdzie tak pędzisz? – szczerzy się jak szczerbaty do sucharów.
-
Próbuję dogonić mojego szybkobieżnego brata – żartuję, a on naprawdę się
śmieje.
-
A po co on się tak spieszy? – chłopak marszczy czoło.
-
Pewnie chce dogonić Krafta. Błagam, nie pytaj dlaczego – przerywam to błędne
koło. – Lepiej mi powiedz, co ty tu właściwie robisz? Nie powinieneś przemęczać
ręki jeszcze przez co najmniej kilka dni – dodaję.
-
Wolę być na treningu. Może to jakoś zapunktuje u trenera za stosunek do pracy –
tłumaczy.
-
To nie lekcja wychowania fizycznego, ale może tak będzie – mówię. – Nie
wchodzisz do środka? – wskazuję palcem gmach.
-
Wchodzę, chciałem tylko zaczekać na ciebie – odpowiada.
-
Och. Wiesz, że byłam tu pierwsza, prawda? – żartuję sobie, ale tym razem on
tego nie łapie.
-
Tak, wiem. Przecież cię dogoniłem – tłumaczy dość poważnym tonem.
-
Dobra, wchodźmy, bo nawet w cieniu robi mi się gorąco – pospieszam go.
Wchodzimy
razem do środka. Przyjemny chłód otacza moje ciało, uśmiecham się z ulgi. To
chyba najgorętsze lato, jakie kiedykolwiek przeżyłam!
-
Pójdę do szatni przywitać się z chłopakami – mówi Philipp i odchodzi dosyć
szybko.
-
Jasne, nie ma sprawy – mruczę pod nosem.
Znowu
zostałam sama. Kto w ogóle wymyślił te głupią szatnię, jestem tu jedyną
dziewczyną, ciągle zostaje sama, bo chłopcy znikają za tymi drzwiami. Wejściowe
drzwi otwierają się prawie bezszelestnie, ale głośny śmiech, który wpuszczają
do środka nie jest tak dyskretny. Wzdrygam się odrobinę i podskakuję na
centymetr. Odwracam się od razu i widzę specyficzne trio. Kofler, Schlirenzauer
i Fettner zatrzymują się jak jeden mąż, gdy tylko drzwi za nimi się
zatrzaskują. Kofi uśmiecha się przyjaźnie, Gregor ciepłym uśmiechem
rozpromienia niemal całe lobby, a Fettner udaje, że mnie nie widzi.
Typowe.
-
Hej – witam się z nimi szerokim wyszczerzem, nie zwracając uwagi na tego
ostatniego.
-
Cześć! – odpowiadają równo brunet i szatyn. Fettner mruczy coś jedynie i klepie
Andreasa w plecy, po czym odchodzi.
-
Co robisz tu całkiem sama? – pyta Schliri.
-
Wszyscy poszli do szatni, a ja tak zostałam – wzruszam ramionami.
-
To ja też pójdę – wtrąca Andi – nie spóźnij się – rzuca do chłopaka.
-
Jasne – potakuje głową Gregor.
Odprowadzamy
Koflera wzrokiem, gdy tylko drzwi do szatni się za nim zamykają, spoglądamy na
siebie i uśmiechamy się szeroko.
-
Co tam? Jak minęło ci wolne? – rzucam w końcu.
Wzrusza
ramionami.
-
Dobrze, ale bez fajerwerków. Odwiedziłem rodziców i posiedziałem trochę w domu
– odpowiada, rozglądając się. – A tobie? – skupia wzrok na mnie.
Raczej
nie powiem mu o problemach Krafta, depresji Michaela i wymiocinach Alexa na
moich kolanach.
-
Podobnie – rzucam, starając się pozbyć ostatniego wspomnienia.
Prychamy
śmiechem. Jaki on ma ładny uśmiech…
-
Wszystko w porządku? Mam coś na twarzy? – wtrąca się w moje myśli.
-
Nie, ja tylko – próbując coś wymyślić drapię się po głowie i wiercę
niespokojnie. Muszę wyglądać jak dzieciak, który właśnie coś spsocił, ale boi
się konsekwencji, więc kłamie. – Zamyśliłam się – pada nagle z mych ust.
Tak,
to zdecydowanie lepsze niż powiedzenie mu, że ma piękny uśmiech. Tekst o tyłku
wystarczy nam na najbliższy rok znajomości.
-
W porządku – kiwa głową. – Chyba powinienem iść się przebrać – marszczy nos.
-
Taka praca – wzruszam ramionami.
Niechętnie
odchodzi, odwracając się przez ramię dwa razy. Jest taki uroczy. Przechylam
głowę na bok i mierzę jego sylwetkę od góry do dołu, z powrotem i jeszcze raz.
Tak, on jest przystojny, nie można powiedzieć, że nie.
Znika
za drzwiami, a ja jak głupia wpatruję się w nie jeszcze zdecydowani zbyt długi
czas. Aż nagle szybkim ruchem otwierają się, w progu stoi Gregor bez koszulki,
ale w sportowych spodniach i czarnych getrach pod spodem, na nogach ma jedynie
białe skarpetki.
-
Nessi, chodź szybko – rzuca. Jego głos odbija się echem od ścian.
Nie
wiem, co powinnam zrobić i gdzie się patrzeć. Moja twarz pewnie robi się
czerwona, ale to nie moja wina, że on stoi w lobby z nagim torsem, tak?
-
Nie dam się w to wciągnąć, nie wejdę tam po raz kolejny – oznajmiam.
Gratulacje, dorosłaś.
-
Chodzi o Michiego – poważnieje.
Torba
zsuwa mi się z ramienia, zostawiam ja na podłodze i pędem ruszam w stronę
drzwi. Na miejscu zastaję przebranego w strój do ćwiczeń Krafta, którego stara
się jakoś bronić Aschenwald, centymetry dalej Fettner, w stanie podobnym do
Gregora, z moim bratem, próbując odepchnąć go od Stefana. Kofler stara się
wyszarpać materiał koszulki Krafta z palców Michaela. Gregor rzuca się na niego
od tyłu i próbuje go odciągnąć.
-
Co tu się dzieje? – słowa więzną mi w gardle. Chyba nikt nie jest w stanie mnie
usłyszeć.
~Manuel~
Znowu
ta dziecina, świetnie. Przez weekend naprawdę mi jej nie brakowało. Jest taka
irytująca z tym swoim chichocikiem, uśmiechami i wszystkim innym. Nie mam
zamiaru z nią rozmawiać, a poza tym, nawet nie miał bym tematów. Od tej
dziwacznej akcji w szpitalu mam jej powyżej uszu, z tej znajomości nie wyjdzie
nic dobrego – jestem tego prawie pewny.
Zostawiam
zabawianie laleczki chłopakom, a szczególnie Gregorowi, i idę do szatni. Witam
się z chłopakami, ale jedynie Philipp mi odpowiada. Michael i Stefan sprzeczają
się o coś przy prysznicach, gdy mnie zauważają oddalają się jeszcze trochę.
Sekreciki kadrowego małżeństwa i te ich sprzeczki. Ich przyjaźń wszystkim nam
imponuje, ale czasem potrafi doprowadzać do szału.
-
O co poszło? – rzucam do Aschenwalda.
Chłopak
wzrusza ramionami.
-
A kto ich tam wie? Wiesz jak to wygląda, posprzeczają się chwilę, a do obiadu
zdąży im przejść – bąka dosyć obojętnie, by sprawić, że i mnie ten temat
przestaje obchodzić.
Wyciągam
niespiesznie rzeczy z torby, przychodzi Andi i zadaje pytanie podobne do
mojego. Tym razem to ja odpowiadam. Spoglądam na drzwi, ale Gregor nie
przychodzi. Niech sobie trochę poflirtuje, póki Michi jest zajęty czymś innym.
Możliwe, że Hayboeck nawet się nie zorientuje.
Zaczynam
się przebierać, ledwo zdejmuję koszulkę, buty i spodnie, a Aschenwald rzuca
swoim butem gdzieś pomiędzy mnie, a ławkę, obok której stoję.
-
Co ty robisz? – pytam go, zastygając w bezruchu.
-
Tam jest obrzydliwy pająk – odpowiada, wstaje pospiesznie i cofa się do
drugiego rogu, jak najdalej ode mnie.
Rozglądam
się po podłodze. Rzeczywiście, wielkie, czarne bydle przemieszcza się po
jasnych kafelkach w stronę rogu. Biorę buta Philippa i rozgniatam pająka
podeszwą pięty.
-
Już – oświadczam bez większych emocji. Rzucam butem w chłopaka. – Załóż to
zanim zaśmierdzisz całą szatnię – radzę.
Chłopak
robi dziwną minę, chyba udaje obrażonego. Uśmiecham się półgębkiem siebie i
zaczynam się ubierać w strój ćwiczebny. Do szatni wkracza Gregor, uśmiechnięty
jakby wygrał milion. Wolę nie wiedzieć, co robił z tą małą. Dość szybko zaczyna
się przebierać. Muszę się wysmarkać przed treningiem. Porzucam przebieranie,
choć muszę jeszcze założyć koszulkę. Idę do łazienki po ręcznik papierowy i
wtedy po raz pierwszy dochodzi do rękoczynów między Kraftem i Michaelem.
Pierwszy
cios nie wygląda zbyt groźnie, po prostu odpychają się od siebie jak na
początku szkolnej bójki.
-
Jak śmiesz?! – syczy gniewnie Michael.
Nie
wiem o co chodzi, więc postanawiam się nie mieszać. Kolejne szturchnięcia
zmuszają mnie jednak do zmiany zdania. Słyszę uderzenie, podnoszę wzrok i widzę
głowę Krafta odskakującą od pięści Michiego.
-
Hej, hej, chłopaki, spokojnie – rzucam, odkładając ręcznik na umywalkę.
-
Nie wtrącaj się – słyszę w odpowiedzi. Nie do końca wiem, który z nich to
powiedział, ale nie mam czasu by się nad tym zastanawiać.
Tym
razem Kraft popycha blondyna, ale ten jest wyższy i najwyraźniej silniejszy, bo
Stefan kilka sekund później zatacza się do tyłu. Michael chwyta go za koszulkę
i przyciąga do siebie. Nie poznaję go, nigdy nie widziałem go w takim stanie.
-
Hej, Michi, przestań – podnoszę głos i usiłuję wepchnąć się między nich.
-
Zachowujesz się jak śmieć – warczy Hayboeck.
Udaje
mi się odrobinę rozsunąć.
-
Chłopaki, pomóżcie! – wołam kumpli.
Wpadają
równo, potykając się o siebie nawzajem. Philipp od razu rzuca się do działania,
wpychając się między Krafta, a mnie, zwiększając tym samym odstęp między nim, a wściekłym Michaelem.
Kofi podbiega z drugiej strony i próbuje odczepić palce blondyna od czerwonej
koszulki Stefana.
-
Idź po nią – rzucam do Gregora, gdy nie widzę już innego wyjścia. Jeśli nie
można do niego dotrzeć siłą, to może ona jakoś do niego dotrze. Na pewno zna
jakieś sztuczki, które podziałają akurat na jej brata.
Gregor
wpada do łazienki, a za raz za nim blondynka. Jej mina mówi mi jedynie, że
musimy wyglądać przerażająco. Jest zdezorientowana, jak my wszyscy. Rzuca
oczami na prawo i lewo, patrząc to tu, to tam. Jej usta się poruszają, ale nic
nie słyszę, akurat, gdy raz chciałbym wiedzieć, co mów.
-
Powiedz mu coś – rzucam. Jej spojrzenie skupia się na mnie. Oblizuje wargi i
kiwa szybko głową kilkukrotnie.
-
Michi – brzmi niezwykle opanowanie, ale jej rozbiegane oczy mówią co innego. –
Michi, spójrz na mnie – podnosi nieco głos.
Jego
mięśnie napinają się szybko i powoli rozkurczają. Usłyszał ją, wie, że go
widzi.
-
Uspokój się, stary – proszę. Rzucam jej spojrzenie, żeby mówiła dalej.
-
Michi, puść go. Puść go. Wiem, że wcale tego nie chcesz – robi dwa kroki w
naszą stronę. Wiedząc, że mnie widzi kręcę głową, żeby nie podchodziła. Jej
brat wpadł w jakiś szał, kto wie do czego jest zdolny. Zatrzymała się, przełyka
nerwowo ślinę. Teraz jesteś rozgniewany,
ponoszą cię emocje. Przecież to Stefan, twój najlepszy przyjaciel. Nie chcesz
go ranić. Nie zrobisz mu krzywdy – mówi.
Jego
dłonie zwalniają uścisk. Razem z Gregorem odsuwamy go od Krafta. Michael
posłusznie stawia kilka kroków w tył i jakby opada z sił. Patrzę na jego
poszarzałą twarz.
-
W porządku? – pytam.
Patrzy
na mnie. Obrzuca spojrzeniem całą moją twarz, jakby w ogóle wcześniej mnie nie
widział. Kiwa głową powoli.
Jego
siostra podchodzi do nas powoli, delikatnie kładzie mu dłoń na ramieniu. Jej
skóra przez chwilę styka się z moją. Jest taka ciepła. Odsuwam się szybko,
Gregor także zostawia ich samych. Żaden z nas nie wie do końca, co się
właściwie stało.
Spoglądam
na Krafta i, jak Boga kocha, nie mam pojęcia czy jest bardziej wściekły,
zszokowany czy smutny. Stoi z załamanym ramionami i spogląda na przyjaciela
przez całe pomieszczenie.
-
A ty? W porządku? – pytam.
-
Nic mi nie jest – dąsa się i wychodzi.
Postanawiam
wyjść razem z nim. Muszę się ubrać, nie będę znowu paradował przed tą dziewuchą
półnagi. Pewnie i tak nie zwraca a to uwagi, w końcu zajmuje się teraz bratem,
ale i tak czuję pewien dyskomfort. Przekładam głowę przez kołnierz i spuszczam
materiał wzdłuż ciała, ciągnąc go w dół.
-
Dziękuję – słyszę za swoimi plecami.
==========================================================
Okej, wiem, że to nie jest pierwsza sobota miesiąca, ale to jest ostatnia sobota, a w tym miesiącu jeszcze nic nie było i zaczęły się wakacje, więc taki bonusik.
Uf, te złożone zdania ;)
Mam nadzieję, że się podobało i widzimy się za tydzień!
