~Vanessa~
Zdejmuję
buty i dopiero wtedy włączam światło. W pierwszej chwili serce podskakuje mi do
gardła a razem z nim całe moje ciało się napina, jednak po sekundzie mięśnie
ulegają rozluźnieniu.
–
No proszę, proszę. Ktoś tu postanowił jednak wrócić na noc do hotelu – mówi mój
brat tonem, którego nie znoszę. Siedzi rozparty w fotelu i przygląda mi się z
niezadowoleniem.
Przewracam
oczami, ignorując jego wiercący wzrok.
–
Co ty tu robisz? – bąkam, ostentacyjnie dając znak, że nie podoba mi się jego
obecność.
Michi
śledzi każdy mój ruch, gdy podchodzę do łóżka a następnie opadam na nie ciężko
i roztrzepuję włosy dłonią. Zdaje się, że nie ma zamiaru odpowiadać na moje
pytanie, jednak chętnie zadaje swoje:
–
Gdzie byłaś? Wiesz, która jest godzina? – rzuca gniewnie.
Spoglądam
na niego przez ramię.
–
To troska czy frustracja? Bo w twoim przypadku ciężko je od siebie odróżnić –
odpieram atak. Naprawdę nie chcę się kłócić, ale jego agresywna postawa wymusza
na mnie kąśliwość.
Blondyn
podnosi się z fotela, jego nozdrza poruszają się w ten charakterystyczny sposób
jak zawsze, gdy jest rozgniewany.
–
Posłuchaj, nie będę znosić twoich wybryków! – rzuca wściekle. Widzę, że chce
kontynuować, ale nie daję mu takiej możliwości.
–
Słucham?! – obruszam się natychmiast. – To ja na okrągło muszę znosić twoje
fochy. Ciągle o wszystko się czepiasz, jakbyś był co najmniej moim ojcem.
Uwaga, spoiler alert, nie jesteś moim ojcem. Jesteś moim bratem i powinieneś
mnie wspierać a nie wiecznie uwieszać się nade mną, gdy tylko próbuję żyć jak
każda inna dziewczyna w moim wieku – nabiera powietrza, więc spodziewam się, że
za chwilę spróbuje mi przerwać. Nie mam zamiaru w tym momencie ustępować. Podrywam
się z łóżka, stawiam pewny krok w jego stronę, żeby moja postawa mówiła to
samo, co ton głosu. Nie boję się ciebie i
twojego kolejnego focha. – Ciągle zmieniasz nastawienie: raz jesteś
milutki, żeby chwilę później znowu stać się ryczącą bestią. Rozmawialiśmy na
ten temat tyle razy a ty nadal się tak zachowujesz. Spróbuj może skupić się na
własnym życiu zamiast wiecznie czepiać się mojego. Jestem dorosła, więc będę
robić to, na co mam ochotę, z kim mam ochotę i gdzie mam ochotę. A tobie nic do
tego!
–
Próbuję cię chronić! – wtrąca szybko.
Marszczę
czoło i nos.
–
Co ty pieprzysz? – bąkam, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Kogo próbujesz
oszukać? Chyba sam już nie wierzysz w to, co mówisz. Jesteś egoistą. Cały szum,
który robisz wokół mnie służy tylko temu, żebyś sam przed sobą czuł się
potrzebny. Ale ja nie potrzebuję takiej obrony. Poradzę sobie sama i sądzę, że
poradzę sobie lepiej, niż gdybyś ciągle wisiał mi nad głową – wypluwam z siebie
kolejne słowa. Nie umiem się powstrzymać. Puszka Pandory się otwarła a teraz
nic nie może tego cofnąć.
Michi
zaciska usta w wąską kreskę.
–
Sądzę, że w tym miejscu powinniśmy zakończyć tę dyskusję, zanim powiesz coś,
czego będziesz żałować. Prześpij się i ochłoń, porozmawiamy rano – mówi
ściszonym, zniżonym głosem.
–
Nie mam zamiaru znowu z tobą rozmawiać na ten temat – odpowiadam z goryczą.
–
Zobaczymy – dodaje krótko, po czym cofa się w stronę drzwi i wychodzi.
Jestem
taka zła, że aż rozgryzam od środka policzek. Co on sobie myśli? Za pewne
sądzi, że jest dla mnie wybawcą, rycerzem na białym koniu. Gdyby tylko wiedział ile już przez niego straciłam… Prycham do
własnych myśli. Nawet gdyby wiedział i tak nic by sobie z tego nie zrobił. Za
każdym razem obiecuje poprawę a za każdym razem kończy się tak samo.
Biorę
szybki prysznic, zmywam resztki tuszu z rzęs i padam na łóżko. Jestem tak
nabuzowana emocjami, że wiercę się przez najbliższą godzinę, nie mogąc zmrużyć
oka. W końcu jednak zasypiam a sen mam tak mocny, że budzę się dopiero gdy
budzik dzwoni po raz trzeci.
Dobrze,
myślę sobie, przynajmniej nie będę
musiała jeść z nimi śniadania. Ogarniam się, schodzę na dół i – choć
chłopcy machają mi na przywitanie – siadam przy odległym stoliku w kącie sali.
Widzę, że Michi rzuca mi krótkie spojrzenie nad kubkiem kawy czy herbaty, ale
nie zwraca na mnie większej uwagi. Rozmawia o czymś tylko z Kraftem. W
pierwszej chwili myślę, że próbuje namówić Stefana, żeby to on „przemówił mi do
rozsądku”, ale przyglądam im się przez dłuższą chwilę i żaden nie spogląda w
moją stronę, więc uznaję, że to jednak nie ja byłam przedmiotem ich rozmowy.
Chłopcy
kończą śniadanie i rozchodzą się od stolika. Nie wiem czemu, ale Gregor zostaje
na miejscu i sprząta po wszystkich. Potem, gdy już wyrzucił wszystkie serwetki
oraz odstawił talerze w odpowiednie miejsce, podchodzi do mojego stolika. Opada
na krzesło bez pytania. Nie patrzę na niego, choć to przecież nie na Grega
jestem zła. Widzę jak mi się przygląda, oczekując, że za chwilę podniosę wzrok.
Ja jednak powoli przeżuwam śniadanie, z ogromną fascynacją przyglądając się
pękającej pianie na moim cappuccino.
Czuję
delikatne trącenie w stopę a kąciki moich ust mimowolnie drgają, próbując
wykrzywić twarz w uśmiechu. Zaciskam szczęki i przełykam. Trącenie powtarza się
a wtedy już nie mogę powstrzymać uśmiechu. Zatykam białą flagę, podnoszę
pytająco wzrok. Gregor patrzy na mnie z subtelnym wyrazem zadowolenia na
twarzy. Osiągnął kolejny sukces – cel
posłuchał się rozkazów.
Unoszę
brwi w niemym pytaniu.
Co?
Miodowowłosy
kiwa do mnie głową.
–
Cześć – mówi wreszcie.
Uśmiecham
się tak, że aż czuję ból w policzkach.
–
Cześć – odpowiadam w końcu.
Schlierenzauer
pochyla się w moją stronę, opierając łokcie na stole.
–
Czemu nie zjadłaś z nami? – pyta, sięgając po łyżeczkę leżącą na spodku od
mojej filiżanki.
Wzruszam
ramionami, obserwując bacznie jego ruchy.
–
Szkoda gadać – bąkam wymijająco.
Gregor
wydyma usta wykrzywiając je w podkówkę i kiwa głową w geście zrozumienia. Przez
chwilę bawi się łyżeczką w milczeniu.
–
Ale to nie przeze mnie? – pyta przerywając ciszę.
Wyrywa
mi się krótki śmiech.
–
Nie – odpowiadam krótko, jednak brzmi to jakoś pusto, więc rozwijam wypowiedź.
– To nie przez ciebie. Nie jestem typem, który unika drugiej osoby po spędzeniu
razem czasu – dodaję.
Odkłada
łyżeczkę na spodek i sięga po paczuszkę cukry trzcinowego, leżącą obok.
–
Dobrze wiedzieć, zapamiętam – zapewnia, zaciskając palce na papierowej torebce.
Sięgam
do jego dłoni i zabieram mu paczuszkę. Drugą dłonią nakrywam jego chłodne,
długie palce.
–
Gregor – zwracam na siebie jego uwagę. Nasze spojrzenia się spotykają. – Co
jest? – pytam, bo mam wrażenie, że zachowuje się jakoś dziwnie.
Miodowowłosy
wzrusza ramionami.
–
Zabrałaś mi cukier, a co ma być? – przechylam głowę z niedowierzaniem. Rozumie
natychmiast i wzdycha. – Cóż, chyba… chyba po prostu trochę się wystraszyłem –
odpowiada cicho. Widzę, że przyznanie się do tego sprawiło mu trudność.
Marszczę
czoło zdziwiona.
–
Błagam, nie mów, że Michi ci czegoś nagadał – jęczę z rozpaczą w głosie.
–
Nie, nie – zaprzecza od razu. – Czyli to przez Michiego z nami nie zjadłaś? –
dziwi się.
–
Patrzcie go, prawdziwy Sherlock – bąkam, starając się obrócić całą sytuację w
żart, choć wcale nie jest mi do śmiechu.
Greg
uśmiecha się blado.
–
Chcesz, żebym z nim porozmawiał? – dopytuje troskliwie a po moim sercu rozlewa
się przyjemne ciepło.
Kręcę
głową i zabieram dłoń po czym zakładam nią kosmyk włosów za ucho.
–
Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł. Michi jest trochę… drażliwy na
moim punkcie – tłumaczę i zaciskam wargi. Niezręcznie mi o tym mówić, choć
przecież Schlierenzauer nie raz już widział jak potrafi zachowywać się mój
brat.
–
Och, no tak – sapie z rezygnacją Gregor.
Rozmowa
ewidentnie nam się nie klei. Jest dziwnie i wyjątkowo sztywno, ale zwalam to na
mój zepsuty humor, który wprawia mnie w niecodzienny nastrój.
–
To… powiesz mi czego się wystraszyłeś? – drążę temat, oczekując, że wreszcie
dowiem się o co chodzi.
Gregor
poprawia się w krześle.
–
Zanim zacznę, chciałbym poprosić cię, żebyś wysłuchała mnie do końca i nie
przerywała. Głupio się czuję, gdy muszę o tym mówić, więc zależy mi na poważnym
podejściu do sprawy również z twojej strony – mówi a ja natychmiast poważnieję.
Mam wrażenie, że za chwilę usłyszę jakieś niebagatelne i niekoniecznie dobre
wieści.
–
Jasne, nie ma sprawy – zapewniam natychmiast, przyglądając mu się uważnie.
Gregor
posyła mi serdeczny uśmiech, który odbieram jako gest podziękowania.
–
Dobrze, więc… chodzi o to, że… z jakiegoś powodu czuję się w tej sytuacji wyjątkowo… niepewnie –
duka. Początkowo nie rozumiem o co mu chodzi, ale na szczęście chłopak
kontynuuje. – Wiem, że to może brzmieć dziwnie. Wiem też jaką możesz mieć na
mój temat opinię, ale zapewniam cię, że to nie prawda co o mnie mówią. Ludzie
myślą, że jestem tym zapatrzonym w siebie chłopakiem z czasów mojego debiutu.
Sądzą, że co rusz spotykam się z kimś innym i rozpisują się na temat mojego
zmyślonego flirciarskiego życia w brukowcach. Kiedyś też sądziłem, że jestem
chłopakiem bez lęków i limitów. Trochę mi się jednak pozmieniało z biegiem lat.
I widzisz, prawda jest taka, że chociaż dotąd nie miałem problemu w kontaktach
z kobietami, to z jakiegoś powodu sprawiasz, że co chwilę muszę szukać
potwierdzenia, że ty też… Że chcesz spędzać ze mną czas, że w jakimś stopniu
mnie lubisz – tu przerywa i prycha śmiechem. Spuszcza głowę i na chwilę chowa
twarz w dłoniach. – Boże, musisz uważać mnie teraz za palanta – bąka do wnętrza
swoich dłoni.
Nie
odpowiadam, bo nie do końca wiem co powinnam powiedzieć. Nie wiem czy w ogóle
powinnam się odzywać. Ogarniam myślami to, co właśnie usłyszałam. Próbuję
zrozumieć sens wypowiedzianych przez Gregora słów. Zaczynam powoli układać to
wszystko jak klocki w Tetrisie. Nagle Schlierenzauer opuszcza dłonie i patrzy
mi prosto w oczy. Podskakuję w krześle, gdy jego ręce z łoskotem lądują na
blacie.
–
Schrzaniłem to, prawda? – pyta dziwnym tonem. – Przepraszam, zapomnij o tym, co
właśnie usłyszałaś. Mnie tu w ogóle nie było – podrywa się z miejsca i odchodzi
a ja zostaję sama, zupełnie oniemiała.
Rozglądam
się po sali, próbując ogarnąć co tu się właściwie wydarzyło.
==================================================
No właśnie... Co tu się właściwie wydarzyło? Co ten Gregor bredzi? I co to znowu odwala ten Michi? Jak myślicie? Dajcie znać w komentarzach!
Pozdrawiam!
Monika Karolina