sobota, 3 lipca 2021

31.

~Vanessa~

Budzę się nadal podekscytowana. Czuję, że moją twarz rozciąga szeroki uśmiech. Przypominam sobie każdy etap wczorajszego wieczoru. Było idealnie. Moja pierwsza randka okazała się sukcesem jakich mało. Jestem z siebie naprawdę dumna – udało mi się nie zrobić z siebie głupiej przed facetem, który mi się podoba. Tak, Gregor mi się podoba, pora to wreszcie przyznać otwarcie. Postanawiam, że powiem o tym bratu za nim wszystko zepsuje. Nie pozwolę, żeby zniszczył moje pierwsze zauroczenie.

Uśmiecham się do własnych myśli, przygryzam wargę i naciągam kołdrę na głowę a potem głośno się śmieję. Nie mam pojęcia czemu jestem aż tak szczęśliwa. Odrzucam materiał z twarzy, zerkam w stronę okna. Ibizyjskie słońce już próbuje wedrzeć się do środka przez zasłonę. Podrywam się niesamowicie szybko, odsuwam kotarę i pozwalam pierwszym promieniom zatańczyć na mojej twarzy. Czuję się taka szczęśliwa i… lekka. Jeśli to są te przysłowiowe motyle, to mogę czuć je codziennie.

Szybko myję zęby, przepłukuję usta płynem, myję twarz i nakładam pomadkę. Włosy rozczesuję, ale ostatecznie roztrzepuję je dłońmi a one na nowo skręcają się w lekkie fale. Podoba mi się to jak wyglądam. Tak świeżo i niewinnie. Ubieram pierwsze co wpadnie mi w ręce, zakładam sportowe buty a następnie niemal wybiegam na korytarz.

I wpadam na kogoś, kto właśnie przechodzi obok moich drzwi.

– O matko, przepraszam – mówię szczerze, choć nie wiem czemu zaczynam się śmiać. Podnoszę wzrok. – A, to ty – bąkam nadal radośnie.

– Tak, to ja. Czyli już nie przepraszasz? – Fettner rzuca kąśliwie, ale błysk rozbawienia w jego oczach mówi mi, że tylko sobie ze mną pogrywa.

– Coś ty, aż taką zołzą nie jestem – odpowiadam odwracając się do drzwi. – Nie to, co ty – dodaję, gdy słyszę kliknięcie zamka.

– Słyszałem to… – syczy z politowaniem. Rusza przed siebie nie czekając na mnie. Kompletnie mnie to nie dziwi.

Panie i Panowie, Manuel Fettner w całej swej okazałości.

Zatrzymuje się dopiero przy windzie, więc zrównuję się z nim i w oczekiwaniu na transport zaplatam ramiona. I tak sobie milczymy. Czuję lekki dyskomfort, jestem dosyć gadatliwa i krępuje mnie przedłużająca się cisza. Rzucam na niego krótkie spojrzenie, ale on zdaje się nie przejmować tą sytuacją.

Dzwonek informuje nas, że winda dojechała a chwilę później już jesteśmy w środku.

– Więc… Jak tam twoja noga? – pytam, bo dopiero gdy spuszczam wzrok przypominam sobie o jego urazie.

Manuel nonszalancko wzrusza ramionami, ale nieznacznie przenosi ciężar ciała na drugą stopę. Zauważam to i od razu domyślam się, że przerośnięte ego Fettnera nie pozwoli mu przyznać się do bólu.

– Będę żył – bąka obojętnie.

Ha! Tu cie mam! Może jednak z tym rozgryzaniem nie będzie aż tak źle…?

– Nie wątpię – odpowiadam równie obojętnym tonem, starając się zatuszować wewnętrzną radość, czy może bardziej – rozbawienie.

Winda zatrzymuje się, oboje wypadamy z niej na hol jakbyśmy chcieli stamtąd uciec. Przemykamy otwartą przestrzeń w dość sporej odległości od siebie, w końcu Manuel i jego długie nogi bez problemu mnie wyprzedzają. Znika za drzwiami restauracji nawet ich nie przytrzymując. Nie zamierzam go gonić, tym razem chcę przejść przez próg stołówki z gracją i wdziękiem. Może Gregor już tam jest.

Już mam sięgnąć po klamkę, gdy dobiega mnie brzdęknięcie dzwonka windy. Z jakiegoś powodu czuję podświadomie, że powinnam się zatrzymać i odwrócić. Nie chcąc się kłócić z intuicją, robię krok w tył a następnie niespiesznie zerkam przez ramię.

I wtedy wchodzi On, cały na biało.

Zza rogu wyłania się szczupła, smukła sylwetka, którą natychmiast rozpoznaję. Gregor spokojnym krokiem przemierza hol. Ma na sobie lniane szorty i zwykły podkoszulek, a mimo to wygląda niesamowicie. Na Boga, od razu przypomina mi się wczorajszy wieczór. Policzki mi płoną, serce szaleje. Jeszcze mnie nie zobaczył, więc staram się ochłonąć. Odwracam się twarzą do drzwi, robię głęboki wdech, prostuję plecy i dopiero wtedy zerkam przez ramię.

– Hej! – wołam radośnie. Bardziej radośnie niż chciałam i zdecydowanie podwyższonym tonem. Dłonie zaczynają mi się pocić.

– Nessi, cześć! – posyła mi szeroki uśmiech. Wygląda na takiego rozluźnionego. Też bym tak chciała.– Wyspana? – pyta, gdy jest już dwa kroki ode mnie.

– Tak, spało mi się świetnie – odpowiadam szybko. Mam wrażenie, że całe moje ciało jest rozentuzjazmowane i wręcz rwie się do rozmowy z blondynem.

Kyrie, laska, ogarnij się!

– To na pewno moja zasługa – puszcza mi oczko a potem przechodzi obok. Na chwilę tracę rezon, jednak gdy Gregor staje w progu restauracji i gestem zaprasza mnie do środka w lot rozumiem, że po prostu przepuszcza mnie w drzwiach.

– Dziękuję – wchodzę do środka.

Przy stoliku w rogu pomieszczenia siedzi już mój brat, Stefan, dwaj Manuelowie i trener. Macham Kraftowi, który od razu mnie zauważa a potem kieruję się do bufetu. Gregor szykuje dla nas dwie szklanki soku a ja na szybko majstruję kanapki z ciemnego chleba, wędliny drobiowej oraz pomidora, szczypiorku i sałaty. Nadal trochę mi dziwnie, gdy jem podobne rzeczy będąc na Ibizie. Wierzyć się nie chce, że za dwa dni wyjeżdżamy. Mam wrażenie jakby dni tu spędzone przeleciały mi między palcami jak ziarnka piasku. Możesz zdobyć świat, lecz to będzie tylko świat…* Tym bardziej jestem wdzięczna Gregorowi za wczorajszą kolację. Przynajmniej miałam szansę spróbować miejscowych potraw.

Oczywiście to nie jedyne zalety, ale gdybym tylko zaczęła na nowo wspominać poprzedni wieczór to nie byłabym wstanie zapanować nad rumieńcami, które już teraz wypływały mi na policzki.

Gdy jedzenie jest gotowe, odstawiam talerze na sąsiedni blat, gdzie Gregor właśnie postawił pełne soku szklanki. Świeżo wyciśnięte napoje pachną niesamowicie: tak intensywnie i orzeźwiająco. Uśmiechamy się do siebie patrząc na nasze kulinarne dzieło. Nie jest to szczyt moich możliwości, ale przynajmniej kanaki wyglądają smakowicie.

– Wygląda na to, że tworzymy zgrany duet – stwierdza Schlierenzauer.

Od tak szerokiego uśmiechu za chwilę chyba pękną mi policzki, ale nie mogę powstrzymać tego grymasu. Zupełnie jakby mięśnie twarzy odmawiały mi posłuszeństwa. Oczy z resztą też, bo wręcz nie mogę się na niego napatrzeć.

– Ciężko się nie zgodzić – odpowiadam i sięgam po szklankę. – Smacznego, wspólniku – wznoszę toast pomarańczowym napojem.

– Smacznego, wspólniczko – wtóruje mi Gregor, następnie chwyta swoje picie, żeby stuknąć się szkłami.

Gdy docieramy do stolika, trenera już nie ma. Wsuwam się na jego miejsce, zaraz obok Michiego, a Greg wciska się naprzeciwko. Mamy już komplet, bo dziś siedzimy w boksie a nie jak zawsze przy normalnym stole. Wydaje mi się, że to żaden problem. Zapewne gdy reszta przyjdzie po prostu ściśniemy się, żeby i dla nich znalazło się miejsce.

– Cześć – mówię pogodnie, posyłając uśmiech Popiemu. Z racji, że akurat przeżuwa kęs jedynie kiwa mi głową na powitanie.

– Hej, młoda – Michi przyciąga mnie do siebie i delikatnie całuje we włosy.

To zachowanie mnie zdumiewa. Nie robił tego od kilku miesięcy. Jest to jednak tak miłe uczucie, że tylko z zadowolenia marszczę nos, jak to mamy w zwyczaju.

– Cześć, staruchu – dźgam go pod żebra, więc Michi delikatnie mnie rozczochruje.

– Mała zołza – bąka pod nosem. – Zupełnie jak ty – rzuca w stronę Stefana.

Kraft posyła mu tylko niezrozumiałe dla mnie spojrzenie i delikatnie przekrzywia głowę, potem już zajmujemy się jedzeniem. Choć Michi i Stef już skończyli jeść, wciąż siedzą z nami i wysłuchują historii Poppiego, który opowiada nam film obejrzany w nocy. Nie brzmi dla mnie zbyt interesująco, w dodatku chłopaki ciągle wtrącają jakieś komentarze lub pytania zbijające Poppingera z pantałyku, więc historia nie za bardzo się klei. No i naprzeciwko mnie siedzi chodzący rozpraszacz. Niby nie robi nic takiego, ale pojedyncze spojrzenia czy gesty wystarczają, żebym nie mogła się skupić na słuchanej opowieści.

Ostatecznie nie mam pojęcia o czym był film ani jaką kąśliwą uwagę rzucił Kraftl, ale dla niepoznaki wybucham śmiechem za raz po tym, jak robi to mój brat. Spoglądam na chłopaków i dopiero gdy napotykam spojrzenie Fettnera, zdaję sobie sprawę, że nadal z nami siedzi. Kompletnie o nim zapomniałam. Jest dzisiaj jakiś milczący. Rzucam mu pytające spojrzenie, ale on je ignoruje i prosi Manuela o podanie serwetki. Uznaję, że po prostu się zawiesił. Zdarza się najlepszym, a co dopiero jemu…

Po śniadaniu chłopcy idą na trening a ja sprawdzam dokumenty, które uzupełniał miejscowy rehabilitant. Siedzenie na siłowni nie wydawało mi się zbyt zachęcające. Niby piękny widok na plażę, niby klimatyzowane pomieszczenie, ale choć raz podczas tego wyjazdu chcę się skupić na swojej pracy dokładnie, czyli tak jak powinnam za każdym razem.

Sprawdzam wszystko po dwa, trzy razy, więc nawet nie jestem zbyt zdziwiona, gdy w moich drzwiach staje Michi z mokrymi włosami i ręcznikiem przerzuconym przez ramię.

– Co tam, siorka? – pyta na wstępie.

Wzruszam ramionami i wydymam dolną wargę.

– Tonę w papierach – bąkam. Wchodzi głębiej nie zamykając za sobą drzwi, więc liczę, że szybko pójdzie, bo od siedzenia nad tymi dokumentami już boli mnie głowa. – A jak było na treningu? – pytam dla podtrzymania rozmowy.

Michi przysiada na kancie biurka i ogarnia wzrokiem blat.

– Normalnie. Trochę się zmachaliśmy z chłopakami, ale to nic nowego – z jego włosów skapuje kropla i ląduje tuż obok mojego przedramienia, na drewnianym pulpicie.

Odsuwam się, grymas wykrzywia mi twarz.

– Proszę, powiedz, że to czysta woda – mówię. Niby to mój brat, najbliższa rodzina, ale nie zamierzam taplać się w jego pocie. Wystarczy, że jakiś czas temu taplałam się w wymiocinach Alexa.

Przewraca oczami. Widzę, że na końcu języka ma powiedzenie mi, że wymyślam albo przesadzam. Nic to, nie ulegam jemu spojrzeniu, więc w końcu odpowiada.

– Tak, to zwykła woda. Przed chwilą brałem prysznic. Zadowolona? – sarka. – Nie ważne, trener kazał nam zamiast czasu wolnego pójść jeszcze popływać. Idziesz z nami?

Spoglądam na rozwalone po blacie dokumenty. Popływałabym sobie, ale muszę najpierw wygrzebać się z obowiązków.

– Raczej nie dam rady, ale powiedz gdzie będziecie, to może się przyłączę jak skończę – odpowiadam. Tak naprawdę pewnie skończę tuż przed obiadem, więc nawet nie będę miała czasu do nich dołączyć.

– Idziemy na kryty basen – zaczyna i to mi wystarczy, żeby nie żałować.

– A to cofam – wtrącam od razu. Patrzy na mnie zdziwiony, więc wyjaśniam: – Nie będę moczyć się w chlorze w środku dnia. Ten zapach zostaje we włosach do wieczora minimum!

Patrzy na mnie lekko zdziwiony, ale nie namawia. Rozumiem jego dezorientację. Zawsze lubiłam chodzić na basen, ale gdybym miała jeść czując na sobie i w powietrzu chlor, to nie wiele bym przełknęła. Pewnie od chłopaków też będzie go czuć, ale przynajmniej ten zapach do mnie nie przylgnie.

– Okej, to kop sobie dalej w papierach, kreciku. Widzimy się na obiedzie – pochylił się, cmoknął mnie delikatnie we włosy i wyszedł.

Jego zachowanie wydało mi się dziwne, może nawet nieco podejrzane. Ostatecznie uznałam jednak, że stęsknił się za naszymi małymi czułościami. Poza tym, to on cały czas szukał dziury w całym. Wyszukiwał problemów tam, gdzie ich nie było, szukał podtekstów i drugiego dnia w każdym wypowiedzianym przeze mnie lub chłopaków zdaniu. Może wreszcie zrozumiał, że nie ma się czym przejmować.

To postanowione, jeszcze dziś powiem mu o Gregorze.

 

*Kto pamięta ten fragment Pocahontas, ten wie.

 ---------------------------------------------------------------------------------------------------------


Hallo liebe Ski Jumping Austria fans!

W Wasze ręce oddaję rozdział, który miał się tu pojawić w pierwszą sobotę lutego. Pięć miesięcy to jeszcze nie tak duża obsuwa, tak? XD Anyway, dochodzimy do końca „księgi pierwszej” [przynajmniej ja, wam to jeszcze trochę zajmie, hyhy], więc szykujcie, że niektóre sprawy się rozwiążą a inne tylko bardziej poplączą. Możecie snuć plany w komentarzach – bądźcie kreatywni!

Widzimy/słyszymy [czytamy?] się za miesiąc [chociaż rozważam czy nie nadgonić trochę zaległych rozdziałów w wakacje, więc dajcie znać co o tym myślicie].

          Z pozdrowieniami i wakacyjnymi życzeniami,

Monika Karolina


P. S.

Ogłaszam KONKURS! Kto zgadnie skąd jest przywitanie i kto je powiedział, ten wygrywa możliwość dodania wątku pobocznego od siebie w "księdze drugiej". Odpowiedzi muszą zawierać linkacza do filmu z tym przywitaniem. Wygrany będzie mógł wymyślić jakąś przygodę dla postaci pobocznej [jakiś uraz, historia do opowiedzenia przy wspólnym śniadaniu, być może wątek romantycznych dla tych niewyżytych zwierzy – cokolwiek się Wam wymarzy]. Na propozycje czekam do 17 lipca [termin może ulec zmianie] br, wynik zostanie podany w notce pod rozdziałem.