sobota, 4 lipca 2020

24.


~Vanessa~
Idzie mi po prostu koszmarnie. A to w ogóle nie trafiam w piłeczkę, a to odbijam ją tak, że leci diabli wiedzą gdzie. Michi chyba setny raz tłumaczy mi jak powinien wyglądać zamach, co rusz poprawia moją pozycję, ale nic mi z tego nie wychodzi. Ufam jego doświadczeniu, więc obstawiam, że zwyczajnie jestem w tym beznadziejna. Wszyscy czekają aż nauczę się podstaw, nim ruszymy na podbój dołków, jednak moja nauka przeciąga się w nieskończoność.
– Dasz radę, rozluźnij się, oczyść umysł… – tłumaczy mi brat. – Oddychaj spokojnie, a gdy będziesz gotowa, spróbuj posłać piłeczkę we właściwym kierunku – dodaje.
W jego ustach wszystko brzmi łatwo, jednak gdy biorę zamach i wreszcie uderzam piłeczkę we właściwy sposób, jestem tak rozentuzjazmowana, że kij wypada mi z rąk i leci parabolą za moimi plecami. Słyszę czyjeś stęknięcie, a gdy odwracam głowę z zażenowaniem stwierdzam, że gorzej trafić już nie mogłam.
Fettner masuje mózgoczaszkę posyłając mi piorunujące spojrzenie.
– Żyjesz? – pytam cicho. Kruczowłosy rzuca kij na trawę, po czym odchodzi w stronę wózka golfowego.
Wszyscy patrzą na mnie niby źli, ale rozbawieni. Mój brat zdaje się zastanawiać jak ja w ogóle tego dokonałam, Kraft zresztą ma podobną minę. Czując presję ich spojrzeń, ruszam za Manuelem. Kruczowłosy grzebie pod fotelem, a ja dopiero wtedy orientuję się, że siedzenia są tak naprawdę klapą mini lodówki pełnej woreczków z kostkami. Podejrzewam, że zazwyczaj przechowuje się tam napoje w butelkach, jednak skoczek wyciąga jeden worek, zdejmuje czapkę z daszkiem i przykłada lód do zaczerwienionej skóry. Musiał nieźle oberwać, głupio mi.
– Nic ci nie jest? – dopytuję, jednak on odwraca się do mnie przodem, po czym piorunuje mnie spojrzeniem. Mam wrażenie, że jego wzrok jest w stanie przewiercić mi w głowie dziurę na wylot. – Nie patrz tak, to nie było specjalnie – tłumaczę się, jednak on nadal milczy. Zaplatam ramiona pod biustem. – Odezwiesz się czy mam tak stać przez cały wieczór? – dąsam się.
– O Boże, tylko nie to – fuka. Opada na tylne siedzenie naszego wózka golfowego.
Czekam aż coś doda, jednak nie wygląda jakby zamierzał mówić coś więcej. Odwracam się przez ramię. Wszyscy nam się przyglądają. Widzę, że są zmęczeni moją nauką i chcieliby w końcu zagrać.
– Wiecie co? – wzdycham. – Chyba nigdy nie nauczę się grać w golfa, więc wydaje mi się, że lepiej będzie jeśli pójdziecie grać, a ja zostanę na tarasie i po prostu na was zaczekam – stwierdzam. Chłopcy wymieniają spojrzenia. Żaden z nich nie chce przyznać, że czekali na tę decyzje od dłuższej chwili.
– No co ty! – rzuca w końcu Gregor, przerywając ciszę. – Idzie ci co raz lepiej – zapewnia. – Jeszcze kilka uderzeń i jestem przekonany, że pokonasz nas wszystkich na dołkach – dodaje.
Oj tak, zdecydowanie ich pokonam, ale nie zdobytymi punktami a latającymi kijami. Nie zamierzam zrobić krzywdy żadnemu z nich, w pewien sposób jestem za nich odpowiedzialna. Nie będę sobie dodawać roboty, a przy moich umiejętnościach wszyscy wróciliby do hotelu z kontuzjami.
– W trosce o wasze życie i zdrowie, wolę zostać tutaj – zostaję przy swoim.
Michi robi krok w moją stronę.
– Jesteś tego pewna? Może przynajmniej pójdziesz z nami na dołki? Popatrzysz jak gramy – proponuje.
Kręcę przecząco głową.
– Nie, nie. Zostanę – zapewniam po raz kolejny. – Poza tym, ktoś musi zostać z Manuelem – nie wierzę, że sama wydałam na siebie ten wyrok. Ale mój brat jest szczerze uszczęśliwiony. W końcu chciał, żebyśmy się polubili. Chyba zdążył już zapomnieć o sytuacji z treningu.
– Ja jadę z nimi na dołki! – krzyczy Fettner zza moich pleców.
Odwracam się do niego.
– Otóż nie! Nieźle oberwałeś, nie pozwolę ci grać – tłumaczę.
Manuel posyła mi kolejne mordercze spojrzenie, od którego niemal uginają się pode mną kolana. W tej chwili zdaję sobie sprawę, że naprawdę boję się tego człowieka. Tym bardziej muszę zaciągnąć go do stolików, mają tam monitoring, więc będę czuć się nieco bardziej bezpieczna.
– A czemu mam cię słuchać? – unosi brew drwiąco. Nienawidzę gdy tak patrzy na mnie z pogardą i wyższością.
– Bo jestem waszym lekarzem. Idziesz ze mną na taras restauracyjny, muszę mieć cię na oku – wyjaśniam.
Przewraca oczami, ale nic więcej nie mówi, więc uznaję, że wygrałam. Odwracam się z powrotem do brata, który w międzyczasie podszedł do mnie na odległość niecałego metra.
– Wygląda na to, że ustaliliśmy kto i co robi – mówię do Michiego. – Bawcie się dobrze – posyłam promienny uśmiech reszcie ekipy.
Gregor odwzajemnia uśmiech, jednak wydaje się rozczarowany. Mi także przykro, że nie będę z nimi grać, ale boję się, że zrobiłabym któremuś z nich krzywdę. Już wystarczy, że jeśli Fettner będzie miał uraz mózgu, to wina spadnie na mnie.
– Pamiętaj, o co cię prosiłem – mówi ściszonym głosem Michi, po czym całuje mnie w czoło i odchodzi.
Wracam do Fettnera, który z zamkniętymi oczami odpoczywa na tylnym siedzeniu wózka.
– Chodź, im bardziej przyda się ten melex – klepię go w ramię.
Proszę nie drażnić niedźwiedzia.
Wzdycha niezadowolony, ale wstaje i idzie za mną. Siadamy przy skrajnym stoliku na taras, zerkam przelotnie na zegarek. Jest piękna pogoda: błękitne niebo, przyjemny wiatr i słońce unoszące się całkiem wysoko nad widnokręgiem, mimo, że dochodzi osiemnasta. Patrzę na Manuela, który wolną ręką przegląda coś w telefonie. No tak, czego się spodziewałam? Że wdamy się w przyjazną pogawędkę? Na pewno nie z tym człowiekiem.
Spoglądam na morze, spokojne fale wprawiają mnie w trans, z którego wyrywa mnie dopiero podejście kelnerki. Zamawiam mrożoną herbatę i posyłam dziewczynie przyjazny uśmiech, Fettner prosi o coś, czego nazwy nie jestem w stanie zapamiętać, ale nawet nie zerka na pracownicę. Postanawiam wynagrodzić jej zachowanie tego gbura. Dziękuję serdecznie na co ona odwdzięcza się szerokim uśmiechem i odchodzi.
– Serio? Nawet dla kelnerki nie możesz być uprzejmy? – syczę w jego stronę.
Niechętnie podnosi na mnie wzrok, przez chwilę patrzymy się na siebie, po czym powraca spojrzeniem do przeglądanych stron internetowych.
– Gbur – prycham pod nosem i opadam na oparcie wiklinowego krzesła.
– Mówi osoba, która rzuciła we mnie kijem do golfa – bąka.
Na Boga, jak on mnie irytuje!
– Mówiłam już, że nie zrobiłam tego specjalnie! – warczę.
– To cię nie usprawiedliwia.
– Słucham?! – oburzam się.
Kelnerka stawia przede mną wysoką szklankę z mrożoną herbatą i przewieszonym przez krawędź plastrem cytryny. Na stole ląduje także zamówienie Fettnera. Nie mam pojęcia co to jest, ale z pewnością drink, ponieważ wyczuwam woń alkoholu. Całość wygląda całkiem ładnie i chętnie dowiedziałabym się, jaką nosi nazwę, jednak wiem, że nie mogę zmienić teraz tematu rozmowy. Dziewczyna odchodzi, tym razem Manuel kiwa głową dziękując jej za przyniesienie drinka, po czym czeka aż odejdzie i pochyla się nad stolikiem, żeby pociągnąć z kieliszka.
Patrzę na niego wymownie.
– Teraz zamierzasz ignorować moje pytanie? – bąkam. Czuję jak narasta we mnie frustracja. Gdyby nie fakt, że moja herbata wygląda na pyszną, to bym go oblała. Najlepiej tak, żeby cały nią ociekał.
Uśmiecha się szelmowsko. Naprawdę mam ochotę zrobić mu krzywdę.
– Nie wiem o co ci chodzi – bąka nagle, gdy myślę, że już się nie odezwie. – Bijesz mnie, rzucasz we mnie kijami i za każdym razem zwalasz winę na mnie. Nie wiem, to jest jakiś sposób na zwrócenie na siebie uwagi? – pyta marszcząc czoło.
Szczęka mi opada. Po diabła miałabym chcieć zwracać na siebie jego uwagę? Się znalazł Adonis, macho, Casanova, myślałby kto…
– Słuchaj no, kolego – zaczynam, jednak natychmiast przerywa mi jego chichot. Ignoruję to. –  Nie podoba mi się to jak się do mnie odnosisz. Od samego początku masz ze mną jakiś problem. Co ja ci zrobiłam?! – rzucam.
Wzrusza ramionami lekceważąco.
– Nie, nic. Absolutnie nic… No, może poza tym, że prawie zabiłaś mnie kijem do golfa – bąka niby obojętnie, opierając się na łokciach i lekko pochylając nad stolikiem.
Nie jestem w stanie dłużej się powstrzymywać. Kopię go mocno pod stołem, jednak trafiam w stopę, więc nie sprawiam mu zbyt dużego bólu. Patrzy na mnie lekko oszołomiony z niezadowoleniem wypisanym na twarzy.
– Czy ty się dobrze czujesz? – mówi całkowicie poważnym tonem. – Kopiesz mnie po nogach? Dziewczyno, ja w ten sposób na życie zarabiam! – podnosi głos, a ja kulę się w sobie, automatycznie odsuwam się od blatu. Fakt, nie pomyślałam o tym.
– Sorki, nie przemyślałam tego… – przyznaję.
– Właśnie widzę – bąka rozjuszony i pociąga duży łyk drinka.
Jestem w szoku jak wiele napoju pochłania na raz. Gdy odstawia szklankę kostki lodu pobrzękują o szkło. Sięgam nad stołem po worek z lodem.
– Odłóż to, bo sobie mózg zamrozisz – przestrzegam, próbując wyjąć mu worek z dłoni.
Jest tak zdziwiony moim gestem, że nawet nie zdąża się uchylić, jedynie patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. Odsuwam lód od jego głowy, krzywiąc się na widok rosnącego guza. Nie jest bardzo wielki, ale zdecydowanie widoczny. Że też Fettner musi mieć tak wymyślą fryzurę. Spod włosów nic nie byłoby widać…
– Bo niby tak ci zależy na moim zdrowiu – bąka odsuwając głowę od mojej ręki.
Wzdycham. Jego upierdliwość doprowadza mnie do szału.
– Masz rację, w sumie to żadna strata – stwierdzam i praktycznie ciskam workiem lodu w jego głowę.
Fettner obrywa w skroń, szybko łapie worek, żeby na powrót przyłożyć go do guza. Ściągnięte brwi bruneta dają mi jasny sygnał, że nie było to miłe doświadczenie.
I bardzo dobrze, masz za swoje.
– Wariatka – stwierdza pod nosem.
– Dupek – odwdzięczam się i pospiesznie wstaję od stolika.
Odchodzę na kilka kroków, żeby ochłonąć. Dlaczego nie poszłam z chłopakami na dołki? Dlaczego w ogóle tu przyszłam? Powinnam przerobić całą dokumentację, bo o dziewiętnastej zaczynam pierwszą sesję masażową. Jestem poirytowana, ale postanawiać ignorować tego buca. Wracam do stolika, siadam, biorę w dłonie szklankę z herbatą i zapatruję się na szumiące fale, licząc, że ponownie mnie zaczarują.
Dopijam herbatę, oboje milczymy. Fettner przez cały czas grzebie w telefonie, a ja nie zamierzam go od tego odciągać. W panującej temperaturze, lód z worka całkowicie się rozpuścił. Przyglądam się przelotnie guzkowi na głowie skoczka. Nie ma tragedii, nawet wydaje mi się, że nieco zmalał. To dobrze.
Może trener nie zauważy.
Odstawiam szklankę na blat, osuwam się nieco w krześle i opieram głowę o oparcie. Zamykam oczy, wsłuchuję się w muzykę sączącą się cicho z głośników nieopodal. Gdy słyszę głos Ariany Grande po prostu nie mogę się powstrzymać i wtóruję jej przy piosence o tym jak bardzo chce zmienić proporcje między rozmowami a pieszczotami. Podśpiewuję pod nosem, a gdy utwór się kończy otwieram oczy. Fettner przygląda mi się znad swojego drinka, bawiąc się przy tym czarną, plastykową słomką.
– Co? – pytam bezceremonialnie.
Oczekuję, że mnie skrytykuje lub wyśmieje, ale on tylko wzrusza ramionami, po czym nezwłocznie wraca do przeglądania mediów społecznościowych. Przekonana, że się nie odezwie, ponownie zamykam oczy i pozwalam głowie opaść na oparcie, ale wtedy słyszę jego głos:
– Dobra w tym jesteś – stwierdza.
Sztywnieję. Ar ju fakin kidin mi?! Otwieram oczy tylko po to, żeby zobaczyć jak mnie ignoruje.
– Czy ty mnie właśnie pochwaliłeś? – staram się upewnić czy nie mam omamów słuchowych.
– Tia – bąka niezainteresowany.
Podrywam się natychmiast i wyrywam mu kieliszek z dłoni.
– Okej, jednak uraz głowy jest bardziej poważny niż się spodziewałam, nie pij więcej – rzucam.
Od razu zwracam na siebie jego uwagę.
– Oddawaj – rozkazuje.
Ho, ho, ho. Jaki apodyktyczny. Już się boję, trzęsę portkami.
– Nie, zaczynasz bredzić. Muszę natychmiast zabrać cię do środka, żebyś nie dostał udaru – stwierdzam.
Manuel przewraca oczami.
– Dobra, dobra, nie drocz się – ostrzega, ale ja nie zamierzam zmieniać zdania.
Kręcę przecząco głową, a Fettner w jednej sekundzie rzuca się na mnie jak dziki zwierz, omal nie wywracając mnie razem z krzesłem. Resztka jego drinka ląduje na mojej koszulce, a ja od razu czuję jak bosko – mimo zawartości alkoholu – pachniał ten napój. Wciągam zapach i pomrukuję.
– Kurczę, co to? Pachnie bosko – wyrywa mi się.
Manuel stoi nade mną, próbując zetrzeć alkohol ze swoich rąk. Jest zdecydowanie niezadowolony, ale wydaje mi się, że przez jego twarz przemknęło rozbawienie.
A może to tylko refleks światła odbijającego się od mojej zarąbistości?
– Peach Morning – odpowiada sięgając po następną serwetkę. – Był bardzo dobry, dopóki go nie wylałaś  – stwierdza.
Także chwytam serwetkę i próbuję odsączyć drink z koszulki.
– Dobra, nie bocz się już. To i tak była końcówka – bąkam, bagatelizując.
Manuel podnosi na mnie wzrok.
– Jakoś po moich rękach i… Matko, jak ty wyglądasz?! – dopiero teraz zauważa moją mokrą bluzkę. – Michi mnie zabije – stwierdza bardziej do siebie niż do mnie, a mimo to wybucham śmiechem.
Czy ja właśnie miałam niepowtarzalną okazję zobaczyć w jego oczach błysk przerażenia? Kto by pomyślał, że mój brat i jego pogróżki mogą rzeczywiście kogoś przestraszyć…?
Fettner patrzy na mnie jak na obłąkaną, gdy nie mogę się opanować. Nabieram w płuca ogrom powietrza i wydycham je powoli, mając nadzieję, że to mi pomoże. Sytuacja bawi mnie jak cholera, ale staram się ochłonąć, ponieważ widzę, że Manuelowi nie jest do śmiechu. Gdy nieco się uspokajam, mówię w końcu:
–  To takie zabawne. Po raz pierwszy na tym wyjeździe ktoś będzie chciał cię zabić i nie będę to ja – nadal śmieję się jak szalona.
Manuel podpiera się pod boki rezygnując z osuszania swoich rąk.
– Wiesz co? – pyta pretensjonalnym tonem.
– Co? – odpowiadam jakże elokwentnie.
– Nieznośna jesteś – uznaje, ale po jego twarzy błąka się rozbawienie.
Uśmiecham się. Kto wie, może kiedyś zdołam go polubić?


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

    
  Dzień dobry wakacje!
W tym roku nieco inaczej, bo większość z Nas od dłuższego czasu i tak siedzi w domach. Muszę przyznać, że sądziłam, iż przez naukę w domu będę mieć więcej czasu i wreszcie wrócę do comiesięcznego udostępniania rozdziałów. Nie udało mi się to, jednak teraz - gdy sesja już za mną i mogę cieszyć się wakacjami - mam nadzieję, że wena nie będzie mnie opuszczać.
  Dajcie znać jak się macie i co sądzicie o nowym rozdziale!
  Trzymajcie się ciepło, zdrowo i bezpiecznie!

   Monika Karolina xxx