sobota, 14 marca 2020

23.

~Vanessa~
W windzie jest całkiem niezręcznie. Andreas przygląda się każdemu z nas, co chwila zmieniając obiekt obserwacji. Manuel, nonszalancko oparty plecami o jedną ze ścian, wbija wzrok w sufit, a Gregor zerka w moją stronę z uroczym uśmiechem, który poszerza, gdy tylko na niego spojrzę. Milczymy od momentu zamknięcia się drzwi, więc przerwanie panującej ciszy zapewne byłoby jeszcze bardziej niezręcznie. Oddycham z ulgą, gdy rozlega się odgłos dzwoneczka, a drzwi rozsuwają się ukazując nam lobby hotelu. Na kanapach znajdujących się nieopodal zauważam trenera przeglądającego jakieś dokumenty i rozwalonego na dwa miejsca Didla. Macha do nas powolnym gestem dłoni, jakby dopiero co wstał z łóżka i jeszcze się nie obudził.
– Gdzie reszta? – pytam, moszcząc się obok nóg Didla.
Wzrusza leniwie ramionami.
– Pewnie się zebrać nie mogą – mówi w końcu.
– Jak zawsze – popiera jego zdanie trener.
Chwilę później otwierają się drzwi windy, wszyscy zerkamy w tamtą stronę. Rozpoznaję rozlegający się śmiech, nim widzę do kogo należy. Zza palmy doniczkowej wychodzi Michl i Kraftl, twarze obu zdobią szerokie uśmiechy, które zapewne okalałyby całą głowę, gdyby na przeszkodzie nie stały im uszy.
– A wy co tacy radośni? – pyta trener.
– Nie… My? Po prostu sobie opowiadamy śmieszne rzeczy. To coś złego? – plącze się mój brat.
– Ależ skąd – przeczy trener. – Mam nadzieję, że na treningu również nie zabraknie wam siły – kąsa złośliwie, z delikatnym uśmiechem błąkającym się po ustach.
W atmosferze żartu oczekujemy na resztę, a gdy wszyscy są już na dole, ruszamy na zewnątrz. Piaszczyste boisko siatkarskie znajduje się na terenie naszego hotelu, więc nie musimy iść zbyt daleko. Sadowię się wygodnie na leżaku po czym zdejmuję koszulkę i wyciągam dokumenty, które muszę przejrzeć i uzupełnić. Dopóki chłopcy się rozgrzewają jestem w stanie spokojnie popracować, jednak po zakończeniu rozgrzewki któryś z nich włącza głośnik i puszcza z niego play listę prawdopodobnie wygenerowaną przez You Tube. Radosne, wakacyjne piosenki kompletnie odciągają moją uwagę, a ja szybko przyłapuję się na podśpiewywaniu pod nosem. Odkładam dokumenty na bok i sięgam do torebki po krem do opalania. Nie chcę się oparzyć tylko spiec na miodowo, więc muszę uważać. Zza okularów obserwuję jak zawodnicy grają, są bardzo weseli; śpiewają, śmieją się, tańczą, wygłupiają, ich rozgrywka wygląda bardzo beztrosko.
Gdy Gregor ma zagrywać poprawiam się, żeby lepiej widzieć. Nie wiem kiedy zdjął koszulkę, prawdopodobnie jeszcze w trakcie rozgrzewki. Mimo, że jego ciało jest chude, mięśnie ma wyraźnie zarysowane, odcinające się pod skórą. Gdyby ktoś jeszcze miał tu wstęp, z pewnością nie byłabym jedyną zahipnotyzowaną dziewczyną. Podrzuca piłkę i wyskakuje do niej, a ja wciągam głęboko powietrze. Jego ręka z głośnym plasknięciem posyła piłkę na drugą połowę boiska, gdzie Didl nieudolnie próbuje ją odebrać, jednak ona odbija się od jego rąk i wbija w siatkę dzielącą kort na połowy.
Odrywam wzrok od gry, ponieważ na leżaku obok siada trener.
– Papierkowa robota cię znudziła? – pyta wskazując ruchem brody na porzucone dokumenty.
Uśmiecham się przepraszająco.
– Niestety, nie mogę się skupić w takich warunkach – delikatnie wzruszam ramionami.
Pan Kuttin spogląda przez ramię na rozgrywający się mecz.
– Mam kazać im się ubrać? – proponuje, na co ja od razu reaguję śmiechem.
– Nie, nie, to nie to – zaprzeczam szybko.
– A, czyli wolisz ich roznegliżowanych. Rozumiem, młodość ma swoje prawa – ciągnie żart, a ja nie mogę powstrzymać rozbawienia.
– Muzyka mnie rozprasza, to miałam na myśli – tłumaczę się czując, że moje policzki czerwienieją i nie jest to efekt siedzenia na słońcu.
– Później będziesz mieć chwilę wolnego między treningiem, a obiadem, więc wtedy będziesz mogła się tym zająć. Nie musisz się z tym bardzo śpieszyć, ale dobrze by było gdybyś przynajmniej przejrzała te karty przed wieczorną sesją – mówi, a następnie odchodzi.
Wiem, że mi pobłaża, widzę to. Nie chcę być uważana za jakąś młodą i głupią, chcę dać z siebie jak najwięcej w tej pracy, jednak ten wyjazd zdecydowanie nie sprzyja mojemu zaangażowaniu. Rzucam ponownie spojrzenie w stronę skoczków, a wtedy zauważam, że w moją stronę idzie Manuel. Jego skóra miejscami oprószona jest jasnym piaskiem z boiska. Nie mam pojęcia czy na mnie patrzy, ponieważ ma na nosie okulary ­– czarne awiatory. Zbliża się pewnym krokiem, nonszalancko poprawiając włosy. Gdy staje obok mojego leżaka czuję, że nie jestem w stanie złapać oddechu.
Chłopak pochla się, sięgając po butelkę wody. Bez słowa otwiera ją i łapczywie pociąga napój. Gdy kończy, wylewa na swoją głowę resztkę wody, część z niej kapie na mnie. Odskakuję.
– Ej, uważaj, mam tu ważne dokumenty – podnoszę głos i bez zastanowienia uderzam go otwartą dłonią w łydkę.
Fettner odsuwa się o krok, zdejmuje swoje okulary i przygląda się swojej nodze.
– Pogięło cię?! – sarka rozjuszony.
Kulę się w sobie. Jeśli do tej pory twierdziłam, że się go boję, to znaczy, że nie miałam pojęcia czym jest strach.
Przełykam głośno i jakimś cudem znajduję w sobie odwagę, żeby się mu postawić.
– Mnie? To ty chlapiesz wodą na wszystkie strony! Percy Jackson się znalazł! – żacham się.
Przez jego twarz przebiega grymas, pochyla się nade mną gwałtownie.
– Chlapię wodą, tak? – mówi cicho, jakby przewrotnie. Nasze twarze znajdują się milimetry od siebie. – To ja ci za raz pokażę jak można chlapać wodą – posyła mi cwany uśmieszek i niepostrzeżenie wyciąga z torby kolejną butelkę, a jej zawartość wylewa na moją głowę.
Siedzę z otwartymi ustami, przez pierwsze sekundy jestem w szoku, nie potrafię wyksztusić ani słowa. Chwilę później przychodzi otrzeźwienie i rzucam mu mordercze spojrzenie.
– Zabiję cię – oznajmiam tonem pozbawionym emocji.
Rzucam się na niego jak w zapasach. Upadamy w piach, zamykam oczy i krztuszę się tumanami. Przez sekundę czuję się zwycięzcą, bo udało mi się zwalić go z nóg, jednak chwilę później Fettner przetacza mnie na plecy. Macham rękami na oślep, mniej więcej tam gdzie powinna być jego twarz. Chłopak łapie mnie mocno za nadgarstki, unieruchamia je. Przyciska mnie kolanem do piachu, wiem, że z rękami nic już nie zrobię więc zaczynam wierzgać nogami. Manuel śmieje gardłowo, a ja ze złości zaczynam piszczeć jak czajnik z gotującą się wodą.
– Hej, Manu, złaź z mojej siostry! – słyszę głos Michiego i parskam śmiechem.
Manuel puszcza mnie, ale nadal czuję jego kolano wbijające się w mój brzuch. Powoli otwieram oczy. Kruczowłosy klęczy nade mną z rękami uniesionymi w geście obronnym. Rzuca mi krótkie spojrzenie, mam wrażenie, że on też jest rozbawiony słowami mojego brata.
– Ona zaczęła – bąka pod nosem. Jestem przekonana, że Michi nie jest w stanie tego usłyszeć.
– I to niby ja jestem gówniarą? – unoszę brew, marszcząc czoło. Widzę, że kącik jego ust unosi się na sekundę, ale szybko opada. Pewnie moje żarty nie są godne jego uśmiechu…
Bez słowa podnosi się, otrzepuje ciało z piachu i odchodzi. Podnoszę się na łokciach i odprowadzam go wzrokiem.
– Co to miało być? – rzuca do niego rozgniewany Michael. Fettner odpowiada mu coś, jednak mówi na tyle cicho, że nie jestem w stanie nic usłyszeć.
Zerkam na Gregora. Przygląda się dyskusji chłopaków, przyciskając piłkę do biodra. Ma ściągnięte brwi, spuszcza wzrok, a chwilę później posyła mi krótkie spojrzenie. Na tle krótkie, że nie jest w stanie zauważyć uśmiechu, który mu posyłam. Wzdycham ciężko i podnoszę się, aby wrócić na leżak. Moje włosy są mokre i obklejone piachem – wolę nie wiedzieć jak wyglądam.
Przez resztę treningu przeglądam papiery, staram się nie zwracać uwagi na skoczków. Po treningu zbieramy się w holu, a trener przekazuje nam plan na dalszą część dnia, potem pozwala nam odejść. Chcę jak najszybciej wrócić do pokoju i wypłukać piach z włosów, jednak ktoś chwyta mnie za łokieć i odciąga do tyłu.
Odwracam się przez ramię zdumiona. To Michi.
– Co jest? ­– pytam zdziwiona.
Mój brat odczekuje chwilę, aż reszta się rozejdzie. Kraftl wacha się chwilę, ale na moje porozumiewawcze skinienie, odchodzi.
– Co jest?! – cytuje mnie przez zaciśnięte zęby. – To ja się pytam co jest?! – warczy. – Nie chcę więcej takich sytuacji jak z Manuelem, jasne?
Zaciskam szczękę, czuję, że narasta we mnie gniew, ale staram się go powstrzymywać.
– Michi, rozmawialiśmy o tym… – zaczynam.
– No właśnie, rozmawialiśmy o tym, a ty dalej robisz to samo – wścieka się, jednak wzdycha po chwili i przymyka powieki. – Posłuchaj, wiem, że radziłem ci zakumplować z Manuelem, ale to nie jest dobry sposób…
– To nie jest żaden sposób! – wtrącam się. – Oblał wodą mnie i dokumenty, więc się wkurzyłam. To była bójka, a nie sposób na poprawienie relacji – tłumaczę.
Patrzy na mnie z niedowierzaniem.
– Byłaś bardzo roześmiana jak na bójkę – zauważa.
Przewracam oczami lekceważąco.
– Zaczęłam się śmiać z tego co powiedziałeś – zaplatam ramiona, pewna swojego zwycięstwa w tej słownej potyczce.
– Nie mam do ciebie siły, bachorze – sączy cicho.
– Chyba miałeś na myśli „najlepszą młodszą siostrę na świcie” – droczę się.
Michi spuszcza wzrok, wzdycha, a chwilę później odchodzi. Odwracam się za nim. Nie pojmuję co się stało. Ruszam w kierunku wind i szybko udaję się do pokoju, gdzie biorę prysznic. Po kąpieli przebieram się w czyste ubrania, przeglądam jeszcze chwilę dokumentację skoczków. Zatrzymuję się przy karcie Gregora, przeglądam ją wolniej niż resztę, odrobinę bardziej uważnie. Powoli śledzę historię każdej, nawet najmniejszej, kontuzji, aż rozlega się pukanie do drzwi.
– Proszę – mówię po chwili, składając dokumenty i odkładając je na szafkę nocną.
Do pokoju powoli wchodzi Kofi. Nie spodziewałam się go tutaj, ale zawsze poprawia mi humor, więc cieszę się na jego widok.
– Hej, Ness, idziesz dziś z nami na golfa? Po kolacji będziemy mieć chwilę wolnego, więc wybieramy się z chłopakami na pole – zaproponował.
Uśmiechnęłam się delikatnie.
– Z nami? – dopytałam.
– No wiesz, ja, Michi, Kraft, Gregor… – wymieniał. Ten skład wydawał mi się bardzo przyjemny. – No i Manuel – dodał.
– Poppi? – upewniam się.
– Nie, Fettner – odpowiada.
O bogowie, za jakie grzechy?!
Wzdycham cicho.
– Wiesz, dziękuję ci bardzo za pamięć, ale chyba powinnam jeszcze poczytać wasze karty – próbuję się wykręcić.
– No wiesz co? – oburza się lekko. – Gregor będzie załamany jak z nami nie pójdziesz – dodaje, wbijając dłonie w tylne kieszenie dżinsowych szortów, które ma na sobie,
Zastygam na chwilę. Moje serce traci właściwy rytm.
– A co Gregor ma do tego? – pytam, unosząc obie brwi bardzo wsoko. Udaję, że jestem w pełni opanowana, choć wszystko we mnie płonie i jestem przekonana, że moje policzki oblewają się purpurą.
Kofi wzrusza ramionami.
– Przez pół treningu gadał o tym, żebyśmy poszli na golfa i nauczyli cię grać – tłumaczy. – Ktoś się chyba zakochał – mówi, a ja wybucham nerwowym śmiechem.
– Daj spokój, z takich rzeczy nie powinno się żartować – pouczam go.
Kofler kołysze się na piętach.
– A kto powiedział, że żartuję? – unosi prawą brew i uśmiecha się wesoło.
Kręcę głową z niedowierzaniem, ale nie mogę powstrzymać uśmiechu, który pojawia się na mojej twarzy.
– Z chęcią pójdę z wami na golfa – odpowiadam w końcu.
– No i o to mi chodziło – brunet triumfuje, a ja z rozbawieniem kręcę głową.
– Wariat – bąkam pod nosem.



---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Cześć wszystkim!

Wiem, że dawno mnie tu nie było i część z Was pewnie uznała, że nigdy już tutaj nie wrócę. Ale wróciłam. I tym razem nic nie obiecuję. Wiem tylko, że chcę doprowadzić tę historię do końca, a przed nami jeszcze kawał historii. Nie było mnie tu prawie rok, zniknęłam w sumie bez pożegnania i bardzo chciałabym Was za to przeprosić. Powinnam była powiedzieć, że zawieszam pracę nad  opowiadaniem, ale tak naprawdę nie byłabym z Wami szczera. Nie zawiesiłam pracy nad fanfiction, po prostu nie miałam czasu go pisać. Ale pochylmy czoła przed korona wirusem, bo być może właśnie dzięki niemu wrócę do bardziej systematycznego tworzenia tej historii.
Teraz pora na gratulacje dla Krafcika, którego taniec do „Boom-boom-boom-boom” w samolocie sprawił, że zasiadłam do klawiatury i wystukałam te tysiąc-coś znaków. Uznałam to po prostu za znak (dziękuję Ci, Michi, za ten filmik na Insta Story). Ten rozdział zaczęłam pisać już dawno temu i gdy zasiadłam do niego dzisiaj (tj.13 marca 2020), nie pamiętałam co miało się w nim znaleźć. Jeśli początek różni się od końcówki np. stylem, to przepraszam, ale ostatnio dużo piszę na studiach i wymaga to ode mnie zupełnie innego stylu, więc możliwe, że mój osobisty styl uległ nieco zmianie.
Dziękuję, że jesteście tu ze mną, mimo, że nie było mnie tu od 14 kwietnia 2019. Przepraszam, mam nadzieję, że uda mi się to naprawić.

Trzy tysiące całusów, dbajcie o siebie i siedźcie w domu, jeśli nie musicie wychodzić do pracy.
Monika Karolina xxx