~Vanessa~
Gdy wracamy na trening czuję wewnętrzny
dysonans. Nie wiem co się właśnie wydarzyło i jak długo potrwa taki stan
rzeczy. Nagle w ciągu kilku minut nasza relacja zrobiła ogromny zwrot – tak o
jakieś 180 stopni. Staram się wrócić do dokumentów, ale nie mogę się na nich
skupić. Gdy zerkam na chłopaków, zauważam, że Gregor przygląda mi się jakoś…
dziwnie. Nie umiem opisać, co mówi jego spojrzenie, ponieważ na jego twarzy
maluje się dziwny, niezrozumiały grymas. Uśmiecham się do niego i macham mu
delikatnie, odwzajemnia uśmiech i mam wrażenie, że wyraz jego twarzy zmienia
się jak z bicza strzelił.
Po treningu udajemy się całą bandą na
obiad. Nie mogę przestać się drapać, bo w zamyśleniu zapomniałam o ponownym
nałożeniu kremu z filtrem i słońce nieco mnie przypiekło. Michi z nudów
szturcha mnie kolanem pod stołem. Nie zwracam mu uwagi tylko dlatego, że w ten
sposób odrobinę łagodzi mój świąd.
Dostajemy dziwnie pachnącą i dziwnie
wyglądającą zupę krem. Mam co do niej pewne opory, ale gdy wszyscy rzucają się
na nią jak jeden mąż i szybko wciągają całą zawartość talerzy, uznaję, że nie
może być taka zła. Zupa nie jest najlepszym, co jadłam w życiu, jednak da się
przeżyć. Na szczęście talerze są małe, więc nie muszę męczyć się zbyt długo. Na
obiad dostajemy jakąś rybę – wszystko jedno co to jest, ważne, że dobrze
smakuje. Wcinam ze smakiem, nawet żałuję, gdy opróżniam cały talerz. Trener
zarządza godzinę czasu wolnego, ponieważ z nieba leje się żar a chłopaki już
trochę się przegrzali na pierwszym treningu.
Gdy wychodzimy z restauracji, ktoś
delikatnie smaga mój nadgarstek. Wzdrygam się, jednak od razu uspokajam,
ponieważ zrobił to Gregor.
– Hej! – obdarowuj go szerokim
uśmiechem.
– No, witam, witam – odpowiada i nie
pozostaje mi dłużny. – Jak tam życie? – pyta.
Marszczę czoło.
– Wiesz, od śniadania niewiele się
zmieniło – żartuję. Dopiero, gdy kończę wypowiadać to zdanie, zdaję sobie
sprawę, że zmieniło się całkiem sporo.
– Och, no tak. Słuchaj… – zawiesza głos,
gdy podchodzimy do reszty skoczków, którzy nie zmieścili się do pierwszej
windy. – Nie wiem czy pamiętasz, ale…
– Ej, Greg, Nessa, wsiadacie? – krzyczy
Didl, przytrzymując drzwi drugiej windy.
– Nie, dzięki, pojedziemy następną –
odpowiada Schlieri.
Zanim drzwi się zamkną widzę jeszcze mojego
brata, oglądającego się na nas przez ramię. Staram się nie przejmować jego
spojrzeniem. Podnoszę wzrok na twarz Gregora i wyczekująco wpatruję się w
zielono-piwne tęczówki.
– Taaak – bąka przeciągle
Schlierenzauer. – Co to ja…? – zamyśla się.
Winda, na którą czekamy otwiera się z
charakterystycznym dzwoneczkiem. Biorę go za rękę i wsiadam, zanim zajmie ją
ktoś inny. Rozpędzony chłopak wpada na mnie, gdy nagle zatrzymuję się na środku
windy. Zaczynam się śmiać, jednak mam wrażenie, że w jego przypadku jest to
bardziej nerwowy chichot. Spoglądam mu prosto w oczy.
– Wszystko okej? – pytam, bo mam
wrażenie, że coś z nim nie tak.
– Tak, już wszystko w porządku –
odpowiada i chwyta moją wolną dłoń. – Słuchaj… Wczoraj podczas masażu… – widzę,
iż dokładnie zastanawia się nad każdym słowem. – Nie żartowałem – przyznaje po
dłuższej chwili. – Uważam, że jesteś naprawdę super dziewczyną – wyznaje, a mi
nogi wrastają w podłogę. Serce ledwo bije, a gdy już uderza to dudni pewnie na
cały hotel. – Jeśli nie masz nic przeciwko, chciałbym zabrać cię na kolację –
mówi.
Winda dojeżdża na nasze piętro, drzwi
się otwierają. Powinniśmy wysiąść jednak nie jestem w stanie zrobić kroku.
Orientuję się, że Gregor oczekuje ode mnie odpowiedzi, ale z trudem oddycham.
Staram się przełknąć ślinę, gdy mi się to udaje odpowiadam w końcu:
– Jasne, że nie mam nic przeciwko,
wariacie – uśmiecham się szeroko.
Schlieri wyciąga szybko rękę i
powstrzymuje zamykające się drzwi.
– Panie przodem – mówi, zapraszając mnie
gestem.
Na drętwych nogach opuszczam windę. Nie
spodziewałam się w ogóle takiej sytuacji, jednak zawsze wydawało mi się, że gdy
ktoś zaprosi mnie na randkę, to będę skakać z radości i buzować się ze
szczęścia. Tymczasem mam wrażenie jakby wszystkie emocje mnie opuściły. Owszem,
czuję jakieś wewnętrzne szczęście, które sprawia, że unoszę się pięć
centymetrów nad ziemią, ale poza tym nic. Nie jestem w stanie określić stanu, w
jakim się znajduję.
Splatam palce, gdy Gregor staje obok.
– To co? O której ci pasuje? – pyta,
rozciągając usta w szerokim uśmiechu.
Dębieję, zupełnie nie przyszło mi do
głowy o tym pomyśleć. Kilka razy otwieram i zamykam usta, przez co muszę
wyglądać jak ryba. W końcu odzyskuję jasność umysłu.
– Do dwudziestej pierwszej mam masaże –
przypominam sobie.
– Świetnie, ile potrzebujesz, żeby być
gotowa? – pyta od razu.
Znowu milczę, próbując odnaleźć ukrytą
głęboko w zwojach mózgowych odpowiedź.
– Emm – zaczynam niezbyt elegancko. –
Jakieś pół godziny, może czterdzieści pięć minut – odpowiadam jednak.
– No, to wpadnę po ciebie przed
dwudziestą drugą, pasuje?
Oddycham głęboko.
– Pasuje – potwierdzam.
– W takim razie, jesteśmy umówieni –
stwierdza, po czym puszcza do mnie oczko i chce odejść.
Gregor jest już w połowie korytarza, gdy
doznaję olśnienia.
– Czekaj – wołam za nim. Odwraca się
natychmiast. – A gdzie pójdziemy? – pytam.
Greg wbija ręce w kieszenie i przygryza
wargę.
– Poszukam czegoś wartego uwagi –
stwierdza, następnie rusza dalej korytarzem i znika za drzwiami swojego pokoju.
Dopiero wtedy oddycham ponownie. Powoli
ruszam w kierunku swojego pokoju, gdzie idę pod zimny prysznic w nadziei, że
ukoi on pieczenie skóry.
Po godzinie, trener zabiera nas na
basen. Przez sześćdziesiąt minut chłopcy ćwiczą coś na styl aerobiku wodnego,
co ma rozgrzać ich mięśnie przed treningiem na siłowni. Pan Kuttin proponował,
żeby do nich dołączyła, jednak w obawie o swoją nadal zaczerwienioną skórę,
postanowiłam zostać na plastykowym leżaku, ustawionym przy wysokiej,
przeszklonej ścianie. Podczas pląsów w wodzie chłopcy wyglądają dosyć zabawnie.
Widać tez, że ćwiczenia przypadły im do gustu. No może poza Poppingerem i
Diethardem, którzy co chwilę podtapiają się w basenie.
Trener musiał zauważyć moje poparzenia,
ponieważ po około półgodzinnej nieobecności przychodzi do mnie z preparatem
kojącym. Dziękuję mu, choć słowa nie są w stanie wyrazić wdzięczności jaką
wobec niego czuję. Spryskuję się panthenolem w sprayu, po czym ponownie
dziękuję Kuttinowi. Rozmawiamy chwilę o stanie kostki Fettnera, obiecuję
obejrzeć ją przed rozpoczęciem treningu na siłowni. Potem trener narzeka na
dziecinne wygłupu Pappiego i Didla, a ja orientuję się, że skóra przestała mnie
piec.
Po basenie chłopcy biorą szybkie
prysznice, żeby zmyć z siebie chlor, potem szybko przebierają się w stroje do
ćwiczeń i w mig zjawiają się na siłowni. Gdy Manuel i Andreas wchodzą na salę,
szybko staję tuż obok.
– Muszę sprawdzić jak ma się twoja noga
– mówię bez ceregieli.
– To ja zajmę nam rowerki – bąka Kofler,
żegnają się skinieniem, potem Andi odchodzi.
Przechodzę z Fettnerem na bok i każę mu
usiąść. Potulnie zdejmuje buty i skarpetkę, a ja oglądam kostkę.
– Wygląda na to, że nic gorszego jej się
nie stało, ale musisz nosić opatrunek z żelem – pouczam go.
– E tam, komu to potrzebne? – wzdycha,
zbywając mnie gestem ręki.
Patrzę na niego z pretensją.
– Kiedy go zdjąłeś? – pytam.
Wzrusza ramionami.
– Przed basenem, nie chciałem, żeby
namókł – odpowiada.
Przynajmniej
tyle,
wzdycham w myślach.
– Okej, w porządku, ale po basenie od
razu powinieneś poprosić mnie o założenie nowego – gestykulując przez przypadek
uderzam go w chorą nogę.
Syczy pod nosem, a ja zakrywam usta
dłonią.
– Przepraszam – rzucam szybko. – Ale
widzisz, jest to jakaś nauczka! Gdybyś miał założony opatrunek, to nie
zabolałoby cię to aż tak bardzo! – podnoszę głos.
– Kiedy chciałaś mi go założyć? Jak
byłem pod prysznicem?! – rzuca poirytowany.
Wszyscy patrzą na nas dziwnie.
Przynajmniej
nikt nie pomyśli, że w końcu się dogadaliśmy.
Wzdycham.
– Dobra, nie kłóćmy się – kapituluję,
jednak on nie wygląda jakby nie chciał się kłócić.
Rozglądam się w poszukiwaniu apteczki, a
gdy ją namierzam idę do niej i przegrzebuję zawartość. Z angielskiego opisu na
pudełku wnioskuję, że żel wygrzebany z szafki powinien pomóc. Zabieram go oraz
zestaw opatrunkowy, następnie wracam do Manuela.
Zakładając kompres i bandaż nie odzywam
się do niego, on zresztą też nic nie mówi tylko przygląda się mojej pracy. Kończę,
więc wstaję z klęczek.
– Tak jak mówiłam, nie przemęczaj jej.
Wygląda w porządku, za jakieś dwa, trzy dni będzie jak nowa – upominam i
odchodzę.
– Jasne – mruczy pod nosem, później
dołącza do Andreasa na rowerku i oddaje się przyjacielskiej pogawędce.
Odkładam przedmioty na miejsce. Nie
rozumiem, co się dzieje. Dlaczego rano był chamski, potem miły, a teraz znowu…
dziwny. Nigdy nie uda mi się go rozgryźć…
Siadam na jednym z rowerków w głębi
pomieszczenia, żeby nie przeszkadzać chłopakom. Ponownie spryskuję ramiona
sprayem od trenera, a potem powoli zaczynam pedałować, żeby się nie nudzić.
Przyglądam się ich treningowi, który do złudzenia przypomina lekcję wychowania
fizycznego. Trener Kuttin wymyślił im tor ćwiczeń, gdzie każda para zajmuje
jedną stację i po kilku minutach następuje zmiana.
Punkt szesnasta trener odgwizduje
koniec. Wszyscy zgodnie kierują się do szatni. Zbieram swoje rzeczy i
pospiesznie zmykam ze skrzydła sportowego, chcąc jak najszybciej znaleźć się w
pokoju. Powoli zaczynam stresować się randką, równocześnie czując dziwne
trzepotanie pod przeponą. Jeśli to są te motylki w brzuchu, to zdecydowanie
wolałabym ich nie czuć. Mam wrażenie, że za chwilę zwymiotuję.
Zamykam się w pokoju, gdzie wyciągam
wszystkie ubrania, które ze sobą zabrałam. Muszę znaleźć coś bardziej
odpowiedniego na randkę. Rozbieram się do samego biustonosza i szortów, po czym
ponownie spryskuję się penthanolem. Rozkładam co ładniejsze ubrania na łóżku,
jednak nie ma ich zbyt wiele. Mam nadzieję, że Gregor zrozumie, iż nie byłam
przygotowana na takie okoliczności. Dzięki klimatyzacji i sprayowi moja skóra
jest w znacznie lepszej formie. Liczę na to, że do wieczora wszystko wróci
mniej więcej do normy, ponieważ nie mam zamiaru drapać się jak żubr o drzewo.
Słaby scenariusz na pierwszą randkę.
Słyszę pukanie do drzwi. Jest za
dwadzieścia siedemnasta, za wcześnie na Krafta, który chciałby towarzyszyć mi w
drodze na kolację. Pospiesznie zakładam podkoszulek, który niedawno zdjęłam i
podchodzę, by otworzyć.
Na progu stoi Fettner. Patrzę na niego
zdziwiona.
– A ty w jakiej sprawie? – pytam
grzecznie, chociaż bardzo mam ochotę rzucić gburowate „czego”.
– Przyszedłem po nowy okład. Tamten
musiałem zdjąć, gdy szedłem pod prysznic – wzrusza ramionami.
Przez chwilę zastanawiam się dlaczego
tak często znajduje powód, żeby zdjąć opatrunek, jednak z drugiej strony cieszę
się, że wziął prysznic po treningu na siłowni, zanim tutaj przyszedł.
– Właź – sapię w końcu niechętnie.
Prowadzę go w głąb pokoju. – Usiądź na brzegu łóżka, za chwilę przyjdę – mówię,
po czym wychodzę po torbę, która leży w pokoju masażu.
Gdy wracam Fettner stoi obok łóżka i
trzyma w palcach jedną z sukienek, które rozważałam. Czerwoną, która
zdecydowanie nadaje się na plażę, ale nie za bardzo wypada pokazać się w niej
na pierwszej randce. No chyba, że z
zamiarem szybkiego pójścia do łóżka.
– Zostaw to – mówię natychmiast.
Manuel rozciąga nieco ramiączka
sukienki.
– Wybierasz się gdzieś? – pyta
rozbawiony, nadal bawiąc się ubraniem.
Wydzieram mu sukienkę z rąk, zwijam ją i
odrzucam na poduszki.
– Nie twój interes – bąkam.
– Mój interes akurat ma się świetnie –
rzuca.
Witki
mi opadają.
Przechylam głowę i patrzę na niego z niedowierzaniem.
– Stary a głupi – mówię. – Siadaj –
nakazuję.
Opada na brzeg łóżka, a potem podaje mi
nogę. Po raz trzeci tego dnia zakładam mu opatrunek. Mam nadzieję, że ostatni.
Gdy kończę mówię tylko:
– Nie zdejmuj go już dzisiaj. Śpij w
nim, prysznic weź dopiero rano – nakazuję.
– Jasne – wzrusza ramionami. Wychodząc
odwraca się w progu. – Wybierz tę czerwoną, wybranek na pewno będzie zachwycony
– rzuca po czym zaczyna się śmiać.
Sięgam po sukienkę, nadal skotłowaną i
leżącą na poduszkach, a następnie rzucam nią w jego twarz. Fettner łapie ją,
chwilę później zamyka za sobą drzwi bez słowa tylko z cichnącym chichotem.
Stoję jak wryta, oczekując, że za chwilę wróci by oddać mi uranie. Ale to się
nie dzieje.
Gdy schodzę na kolację jestem podwójnie
zdenerwowana. Po pierwsze, denerwuję się randką z Gregorem. Po drugie, nie mam
pojęcia gdzie jest moja sukienka. Nie była droga, rzadko w niej chodziłam,
jednak chciałabym ją odzyskać. Poza tym, po co Manuelowi moja sukienka?!
W holu spotykam Michiego, Stefana,
Andreasa oraz trenera, którzy o czymś dyskutują. Podchodzę do nich.
– Co tam? – pytam dźgając Krafta w bok.
– A nic, właśnie trener sprawdza czy
wszyscy już zeszli, czy kogoś brakuje. Nie wiem o co chodzi, przed chwilą z
Michim zeszliśmy – wzrusza ramionami.
Kiwam głową, żeby dać znać, że przekaz
do mnie dotarł. Chwilę później trener wskazuje Krafta palcem.
– Okej, Michl i Kraftl, możecie
wchodzić, zajmować miejsca.
Chłopcy posłusznie przekraczają próg.
– Andi i Ness, wy też – słyszę po
chwili.
Już chcę wchodzić do środka, gdy ktoś
mnie dogania i szepcze w moje włosy:
– Smacznego, ale zostaw miejsce na
potem.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ho-ho-ho!
To ja, Wasz Mikołaj od rozdziałów. Jak
się czujecie z tym, że już za kilka tygodni święta? Cieszycie się, że skoki w
końcu do nas wróciły? Ja jestem mega szczęśliwa, strasznie mi ich brakowało. Aczkolwiek wyniki i loteria z wiatrem na każdych dotychczasowych zawodach trochę boli.
Chcę też bardzo podziękować za to, że jesteście, bo przekroczyliśmy już 20 250 wyświetleń! Kochom Was wszystkich z całego serduszka. <3
Dajcie znać co myślicie o rozdziale i do zobaczenia w nowym roku! Oby był lepszy niż ten… Chociaż gorzej się już chyba nie da hahahaha.
Pozdrawiam,
Monika Karolina xxx