~Vanessa~
Przez
cały okres posiłku chłopaki rozmawiają na temat wczorajszej imprezy. Co jakiś
czas zerkam na Manuela, żeby mieć pewność, że on nie ma zamiaru się wypowiadać
w tym temacie. On jednak nic nie mówi, szybko pochłania swoje śniadanie.
-
A wiecie, że Thomas wczoraj zasnął w łazience? – dociera do moich uszu
wypowiedź Aschenwalda.
Spoglądam
na chłopaka ze zdziwieniem.
-
Jak do tego doszło? – pytam rozbawiona.
Diethart
wierci się na krześle.
-
Musisz? – rzuca oburzony Didl. – Trochę mi było niedobrze jak wróciliśmy –
tłumaczy się. – Poszedłem do łazienki, gdyby miało do czegoś dojść. Ale nic
złego się nie przydarzyło – dodaje szybko.
-
No, mi się to nie udało – bąkam pod nosem.
-
Co? – interesuje się Michi.
-
A nic, tak sobie gadam – poprawiam się na miejscu. Ponownie zerkam w stronę
Fettnera, wydaje się nieprzejęty, przeciera usta serwetką, zwija ją i rzuca na
talerzyk, po czym wstaje by odejść od stołu.
Nareszcie,
wzdycham w myślach. Naprawdę dziwnie siedziało mi się z nim przy stole. Bo czego
on szukał w moim pokoju w nocy? I to po pijaku. W dodatku poszedł sobie nie
wiadomo kiedy, bez żadnego „dziękuję” czy „pocałuj mnie w dupę”. A potem
jeszcze się ze mnie śmieję, a ja tu przeżywam.
Kończę
posiłek spokojniejsza. Nie ma mnie kto przy tym stole denerwować, oprócz jakiś
dziwnych żartów chłopaków, jest całkiem w porządku. Gdy kończymy jeść sprzątamy
po sobie, odnosząc talerze w wyznaczone miejsce. Ruszamy całą grupą w stronę
wind. Sięgam do tylnej kieszeni spodni po komórkę, dopiero wtedy orientując
się, że kieszeń jest pusta.
-
Chyba zostawiłam telefon w stołówce, dogonię was – informuję Michi’ego.
-
Iść z tobą? – proponuje.
Przecząco
kręcę głową.
-
Dam sobie radę – zapewniam.
Odwracam
się na pięcie, po czym ruszam nazad. Nie jestem do końca pewna czy w ogóle
miałam ze sobą komórkę, ale wolę się upewnić, że nie leży gdzieś zostawiony. Uspokajam
się w myślach, że na pewno się znajdzie, żeby tylko nie wpaść w niepotrzebną
panikę. Jednak telefon leży na krześle, na którym siedziałam jeszcze chwilę
temu. Pospiesznym krokiem ruszam w stronę lobby, by windą udać się na
odpowiednie piętro. Gdy tylko dźwięk dzwoneczka oznajmia mnie o końcu mojej
podróży wychodzę na korytarz i ruszam w stronę swojego pokoju. Nagle czuję jak
czyjaś dłoń zaciska się na moim nadgarstku, po czym czuję szarpnięcie w tył. Zataczam
się przerażona.
Kuźwa, ktoś chce mnie
porwać! – myślę od razu i widzę przed oczyma duszy mojej
swoje martwe ciało w jakiejś obskurnej piwnicy zarośniętej mchem i glonami.
Uderzam
plecami o coś twardego, ktoś zatyka mi usta dłonią. Nie mogę zaczerpnąć
oddechu, bo wielka ręka zatyka mi także nos. Otwieram oczy by spojrzeć na
mojego oprawcę i dębieję.
Fettner.
Od
razu zaczynam się szarpać, żeby mnie puścił, ale napiera na mnie swoim chudym,
a jednak silnym, ciałem.
-
Jeśli się uspokoisz, to cię puszczę – mówi.
Przez
chwilę naprawdę mam wrażenie, że zamierza mnie porwać, zgwałcić i zamordować –
kolejność bez znaczenia. Przestaję się szamotać, więc odsuwa się ode mnie oraz
zabiera łapy.
-
Chcę tylko porozmawiać – zapewnia.
Mrugam
kilkukrotnie.
Co, kurła?!
-
A nie słyszałeś o czymś takim jak poczucie bezpieczeństwa lub komfortu? To dosyć
ważne przy prowadzeniu dyskusji – pyskuję. Kruczowłosy jedynie przewraca
oczyma.
-
Co się wczoraj stało? Jak dostałem się do twojego pokoju? – ignoruje mój komentarz.
-
Dobre pytanie – bąkam i zaplatam ramiona pod biustem. – Nachlany przylazłeś pod
moje drzwi, mamrotałeś coś, a potem zwaliłeś się na próg – mówię co wiem.
-
Co zrobiłem? – marszczy czoło.
W
myślach strzelam sobie soczystego face palm’a.
-
Odpłynąłeś i wywróciłeś się na podłogę w progu mojego pokoju – tłumaczę,
odrobinę się unosząc.
-
Ciszej! – syczy na mnie. Prycham na jego zachowanie, sądząc, że skończył, chcę
odejść. Ponownie wciąga mnie do wnęki, w której rozmawiamy. – Poczekaj – mówi nieco
spokojniej. Patrzę mu w oczy, próbując dowidzieć się, czego jeszcze chce ode
mnie ten człowiek.
-
Co? – bąkam, gdy nic nie mówi.
-
Nikt ma się o tym nie dowiedzieć. Wczorajsza noc i dzisiejsza rozmowa zostają
tylko między nami – zaznacza władczo.
Unoszę
brew.
-
Uwierz, mi też to wszystko nie na rękę. Nie mam zamiaru chwalić się tym, że
spałeś na podłodze w moim pokoju.
-
Nikt ma się o tym nie dowiedzieć – powtarza.
-
Czy ty jesteś głuchy, czy po prostu mój głos nie jest godny dotarcia do twoich
królewskich uszu?! – sączę między zębami.
Uśmiecha
się półgębkiem, spuszczając wzrok nieznacznie.
-
Chcę po prostu mieć pewność – mówi podpierając się pod boki.
-
Mam ci przysiąc? – pytam sarkastycznie. – Słowo harcerza czy na krew moich
braci? – dodaję.
Kręci
głową ewidentnie rozbawiony moim zachowaniem.
-
Gbur – warczę pod nosem.
-
Gówniara – odpowiada równie miłym tonem po czym zwyczajnie odchodzi.
Wychyla
się za nim.
-
Mógłbyś przynajmniej podziękować za przenocowanie – krzyczę za nim. Zatrzymuje się
i odwraca w moją stronę przez bark.
-
Cóż, w takim razie dziękuję, Elsa – wzrusza ramionami i odchodzi.
-
Elsa? – marszczę nos, powtarzając to imię do siebie.
Czy to, że mnie tak
nazwał ma związek z wczorajszą nocą? Czy jednak coś z niej pamięta?
– zastanawiam się, gdy idę do pokoju. Skoro pytał mnie o wydarzenia z
poprzedniego dnia, chyba oznacza to, że niczego nie pamięta. I skąd w ogóle
wzięło mu się to imię? Czy aż tak przypadło mu do gustu moje wykonanie „Mam tę
moc”? Nie sądzę. No, i nadal nie rozumiem czemu przylazł akurat do mojego
pokoju zamiast położyć się spać jak człowiek.
Gdy
leżę rozwalona na łóżku, wpatrując się w bieluteńki sufit, ktoś puka do moich
drzwi. Nie chce mi się wstawać, więc po prostu mówię:
-
Otwarte!
Drzwi
pokoju otwierają się powoli, gdy zerkam w ich stronę zauważam stojącego na
progu trenera. Podrywam się do siadu pospiesznie.
-
Dzień dobry, trenerze – witam się lekko przerażona. Co ten człowiek sobie o
mnie pomyśli? Chyba jedynie, że jestem leniem śmierdzącym i poza leżeniem nie
robię nic.
-
Dzień dobry, Ness – uśmiecha się widząc moje zakłopotanie. – Już po śniadaniu? –
pyta.
-
Tak – odpowiadam krótko.
-
Dobrze. Za piętnaście minut chcę cię widzieć w lobby. Możesz ubrać się w jakiś
kostium, jeśli chcesz. Chłopcy będą mieć trening, a ty w tym czasie będziesz
uzupełniać dokumenty i się opalać. Tylko bez szaleństw ze strojem, zawodnicy
mają się skupiać na treningu, nie na fizjoterapeutce – posyła mi szeroki
uśmiech.
Śmieję
się krótko.
-
Oczywiście. Praca przede wszystkim – kiwam głową. Tym razem to trener się
śmieje.
-
Na dole za piętnaście minut – przypomina.
-
Już się zbieram – zapewniam.
Drzwi
za trenerem zamykają się cicho. Dopiero wtedy wypuszczam resztę powietrza,
które wstrzymałam z nerwów. Zerkam za okno. Na zewnątrz, mimo wczesnej pory,
jest już słonecznie. Sprawdzam na telefonie temperaturę i od razu stwierdzam,
że nie przepuszczę okazji do zdobycia pięknej opalenizny. Przebieram się w
bikini, nacieram kremem do opalania i ubieram szorty oraz koszulkę polo z
krótkim rękawem. Wiążę włosy w dobieranego warkocza, po czym pakuję
najpotrzebniejsze rzeczy do niewielkiej torebki, którą przewieszam na skos. Wychodząc
na korytarz rzucam ostatnie spojrzenie na pokój, by upewnić się, że nie
zostawiłam niczego, co będzie mi przydatne.
-
No, proszę, proszę. My na trening, a pani terapeutka na golfa – żartuje ktoś na
korytarzu. Zamykam drzwi na klucz, po czym z uśmiechem spoglądam w tamtą
stronę.
Zbliżają
się do mnie, kolejno od prawej, Gregor, Manuel i Andreas. Poszerzam uśmiech,
posyłając go ostatniemu z nich.
-
Bardzo bym chciała, ale niestety praca to praca – rozkładam ręce na boki. –
Poza tym, i tak nie umiem grać. Nawet kija nigdy w rękach nie trzymałam –
dodaję, gdy we czworo ruszamy w stronę windy.
-
W takim razie, musisz się z nami wybrać na golfa – proponuje Schlierenzauer.
-
Naprawdę? – czuję, że moje policzki rumienią się, gdy tylko spoglądam mu w
oczy.
-
Pewnie! Mogłabyś się wiele nauczyć. Manuel jest mistrzem w tej dziedzinie –
stwierdza miodowowłosy.
Z
Fettnerem wymieniamy szybkie spojrzenia, tylko po to, by zgodnie stwierdzić w
myślach, że ten wyjazd będzie trudniejszy do przetrwania, niż mogłoby nam się
wydawać.
------------------------------------------------------------------------------------------------------
WRÓCIŁAAAM!
Nie sugerujcie się ustawioną datą publikacji. Chciałam tylko, żeby wszystko się zgadzało w kalendarzu.
Wiele wydarzyło się w ostatnim czasie w moim życiu, trochę się pozmieniało i z pewnością wiele się jeszcze zmieni, ale ja nie o tym chciałam Wam tutaj napisać.
Ważne jest to, że wróciłam z Kolcami. Bardzo tęskniłam za tą historią, która zawsze trochę poprawia mi humor, ale z pewnych przyczyn nie mogłam się za nią zabrać od dłuższego czasu. A teraz pora na trochę ogłoszeń!
Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, w najbliższą sobotę możecie oczekiwać kolejnego rozdziału. Fakt faktem, że teraz akcja będzie się działa bardzo szybko, więc nowa dynamika publikacji z pewnością się przyda. Mam nadzieję, że opowiadanie nadal będzie bawiło i cieszyło, jak robiło to do tej pory.
Na dziś ode mnie to tyle.
Miłego wieczoru,
Monika Karolina xxx

