~Vanessa~
Gdy
wracam z Philippem do Sali treningowej, mam ogromną ochotę zatkać mu usta
choćby własną ręka, żeby tylko przestał opowiadać o tym, jak mu źle i, że nie
chce do lekarza.
-
Szefie – zwracam uwagę trenera na swoją osobę. Mężczyzna od razu podnosi na
mnie wzrok, odrywając się od porównywania jakichś tabelek. – Philippa trzeba
zabrać do lekarza, chyba, że mamy stabilizator na nadgarstek. Jeśli nie, to
będę zmuszona zabrać go do specjalisty – mówię szybko, brzmiąc jak karabin
maszynowy.
-
Dobrze, zabierz go do lekarza. Nie sądzę, żebyśmy mieli tutaj takie cuda. Dam
ci adres, zaczekaj chwilę – rzuca, wstaje, a następnie odchodzi.
Czekam
na powrót mężczyzny tupiąc nerwowo nogą, co chwila spoglądając na Philippa,
którego twarz wykrzywia grymas bólu, a nadgarstek przybiera większych
rozmiarów. Gdy zjawia się trener oddycham z ulgą. Czekanie dłużyło się w
nieskończoność, więc cieszę się, że wreszcie dobiegło końca.
-
To adres naszego lekarza, podejdź do recepcji i powiedz, że jesteś ze Związku,
przyjmie was bez kolejki – potakuję głową wysłuchując kolejnych rad – jakby coś
było nie tak, powiedz, że przywiozłaś ze sobą skoczka. Wtedy już nie powinno
być problemów.
-
Znakomicie – uśmiecham się blado. – A jak się tam dostanę? – pytam, sprawdzając
adres na kartce, którą otrzymałam.
Trener
robi wielkie oczy.
-
Nie masz prawa jazdy? – dziwi się.
-
Niee – marszczę czoło, czując pogłębiającą się zmarszczkę między moimi brwiami.
Trener
wzdycha.
-
No dobrze, w takim razie ktoś was tam musi zawieźć – wzrusza ramionami, po czym
rozgląda się po sali. – Manuel, pojedziesz z Philippem do lekarza! – krzyczy
nagle.
Chodzi o Poppingera,
prawda?
-
Ja? – pytają równocześnie zdziwieni.
-
Tak, ty, Fettner. Bez dyskusji. A ty, Poppinger, wracaj do ćwiczeń – mówi
donośnym głosem, choć sala wcale nie jest duża. A na pewno nie aż tak, żeby
trzeba było krzyczeć.
Przewracam
oczami. Świetnie, lepiej trafić nie mogłam. Co ja takiego zrobiłam, że teraz
musze ciągle znosić jego obecność? Przecież ja tylko wykonuje swoją robotę! Nawet
z nim gadać nie próbuję. W końcu to
niemowa, jeśli o kontakty ze mną chodzi.
Podchodzę
do Philppa i delikatnie gładzę go po ramieniu na pocieszenie.
-
Wytrzymaj, jeszcze tylko troszeczkę – staram się uśmiechnąć, ale na samą myśl,
że za chwilę będę zmuszona spędzać czas z tym całym Mrocznym Panem, robi mi się
niedobrze.
Nagle
kruczowłosy zatrzymuje się dwa kroki od drzwi i spogląda na mnie spod
przymrużonych powiek.
-
Chwila, mam jechać z nią? – pyta z wyrzutem, wskazując mnie palcem.
Matka
go nie uczyła, że to nie ładnie?
-
Tak – odpowiada beztrosko Kuttin.
-
Wykluczone! – rzuca Fettner i unosi dłonie w geście obronnym.
-
Powiedziałem, bez dyskusji! Pod prysznic i zawieź kolegę do lekarza. Migiem! –
żachnął się Heinz.
Manuel
klnie coś pod nosem, a następnie wychodzi ze spuszczoną głową. Chyba mam jedną
informację do przodu. Sposób na utarcie Fettnerowi noska? Autorytet trenera
Kuttina!
-
Zabierz mnie stąd – jęczy Aschenwald.
Na
chwilę o nim zapomniałam, dobrze, że marudzi. Przynajmniej wiem, że żyje.
-
Chodź – pomagam mu wstać. – Zaczekamy na tego focha w holu.
Chłopak
śmieje się pod nosem.
-
Nie lubisz go, prawda? – pyta z uśmiechem na swojej pobladłej z bólu twarzy.
-
Nonsens! – zaprzeczam od razu. – To on nie lubi mnie! – rzucam na swoją obronę.
– Od samego początku ma do mnie jakiś problem. Nie chce gadać, to nie. Ja się
nie narzucam. Mam wiele fajniejszych znajomych niż taki Manuel Fettner. Uważa
się za jakiegoś lepszego, czy co? Cały czas tylko rzuca jakieś uszczypliwe
uwagi! Niech się lepiej zajmie sobą, może znajdzie jakieś hobby. Nie wiem,
niech znaczki zbiera, albo kolorowe kamyczki!
Philipp
rechocze, więc od razu przestaję gadać.
-
Co? – zaplatam ręce na piersi.
-
Masz do niego dużo żalu, jak na osobę, która znasz jeden dzień – śmieje się.
-
Bez przesady – przewracam oczami.
-
Paplasz o nim jak najęta. Niby się złościsz, ale potrafisz o nim opowiadać jak
nakręcona – wzrusza ramionami.
-
Pieprzysz – macham na niego ręką, a on zaczyna śmiać się jeszcze bardziej.
-
Co cię tak bawi, ośle? – dobiega nas głos Fettnera.
Jak
on to robi, że pojawia się znikąd tak bezszelestnie?
-
Wreszcie jesteś – mówi Philipp ignorując pytanie Manuela.
Dobrze
mu tak. Niech zobaczy, jak to jest być ignorowanym.
Właśnie tak mnie
traktujesz, panie Fettner.
-
Jestem, jestem – nie odrywa wzroku od chłopaka. – Jedźmy już, skoro musimy –
naciska na drugą część zdania, rzucając mi wymowne spojrzenie.
Wal się
– myślę sobie, jakże uroczo. Mam ochotę przybić mu piątkę. Krzesłem. W twarz.
Ten facet doprowadza mnie do szału. Takich, jak on powinno zamykać się w jednej
piwnicy z innymi przedstawicielami owego podgatunku. Wymordowaliby się
wzajemnie i byłby święty spokój. Przynajmniej na jakiś czas. Do końca mojego
życia by wystarczyło, tak myślę. Dalej niech się ludzkość męczy.
Kurde,
chyba to opatentuję. Ten pomysł jest genialny. Kwarantanna na ludzką głupotę.
Jestem wspaniała!
Podchodzimy
do czarnego samochodu, który musi należeć do Fettnera. Kliknięciem przycisku na
pilocie otwiera wszystkie drzwi. Wsiadam od razu na tylną kanapę, bo nie chcę
siedzieć obok niego. Aschenwald rzuca mi jedynie zdziwione spojrzenie i zajmuje
miejsce obok mnie.
-
Masz adres, powinnaś siedzieć z przodu – szepcze nieudolnie.
-
Ale jedzie z tyłu – wtrąca kruczowłosy zapinając pasy. – Znam adres, ona wcale
nie jest nam potrzebna – rzuca mi wredne spojrzenie we wstecznym lusterku. –
Moglibyśmy jechać sami…
-
Nie moglibyście – mówię przesłodzonym tonem z fałszywym uśmiechem pseudo
grzeczności na ustach.
-
W zasadzie dlaczego? – pyta Philipp, a ja rzucam mu spojrzenie typu „nie
pomagasz”.
-
Bo tylko ja posiadam odpowiednią wiedzę i jestem w stanie ją przekazać,
kochanieńki – mówię do Achenwalda.
-
Dalibyśmy sobie radę sami – mruczy pod nosem Fettner, gdy odpala silnik.
-
Dobra, jedźmy już, pokłócicie się później, okej?! – rzuca chłopak, a ja
spoglądam na jego nadgarstek. Jest grubości weki, nie podoba mi się to.
Podróż
mija w miarę szybko, może dlatego, że staram się ignorować coveryAschenwalda
opowiadające, jak to go boli ręka. Ja to rozumiem, ale żeby tak każdą piosenkę
niszczyć? Całą drogę praktycznie nie jestem w stanie oderwać wzroku od twarzy
Manuela odbijającej się we wstecznym lusterku. Ze dwa razy przyłapuje mnie na
tym, że się na niego gapię, ale nie komentuje tego w żaden sposób i w sumie
jestem mu za to wdzięczna. Jak się nie odzywa, to wiele zyskuje. Może nawet nie
jest taki najgorszy i dam radę z nim współpracować. Mam nadzieję, że w końcu
odpuści sobie docinki i jakoś się dogadamy.
-
…sztanga wtargnęła tu jak niszcząca kuuulaaa, nigdy mnie nic tak bardzo nie
bolaaałooo… – wydziera się szatyn, próbując naśladować barwę głosu Miley Cyrus.
Bardzo nieudolnie zresztą.
-
Czy ty się możesz wreszcie zamknąć? – syczy przez zęby Fettner.
-
Nie – rzuca jedynie nie zniechęcony Philipp. – Daleko jeszcze?
-
Właściwie, to… już jesteśmy – włącza kierunkowskaz skręcając na parking pod
duży, biały budynek. – Wysiadać – rzuca jak do psa, a my potulnie odpinamy pasy
i wysiadamy.
Fettner rusza
jako pierwszy, ja za nim, a za mną pomału wlecze się Aschenwald. Kruczowłosy wcisnął
srebrny, okrągły przycisk przywołujący windę i chwilę później drzwi rozsunęły
się ukazując jej wnętrze. Mężczyzna nawet nie silił się na uprzejmości, więc o
przepuszczaniu w przejściu mogłam zapomnieć. To ja musiałam przepuszczać jego. Księżniczka się znalazła. Wcisnął
przycisk na panelu, a następnie ruszyliśmy. Drzwi rozsunęły się ponownie z
cichym brzdęknięciem. Manuel poprowadził nas w stronę recepcji.
-
Do dzieła – wskazuje mi drogę, chyba po raz pierwszy odzywając się do mnie bez
żadnych uszczypliwości. To miła odmiana.
Podchodzę do
lady pewnym krokiem i składam dłonie na białym blacie.
-
Przyprowadziłam skoczka, Philipp Aschenwald, zrobił sobie coś w nadgarstek.
Przysyła mnie trener Kuttin – mówię dość szybko. Czym ja się denerwuję?
-
A ja jestem Święty Mikołaj – bąka od niechcenia kobieta za biurkiem.
Krzywię
się na jej obojętność. Odwracam się do Philippa i pokazuję mu, żeby przyszedł
mi z pomocą. Rusza niechętnie w moją stronę.
-
Widzi pani, on cierpi. Zrobił sobie coś w rękę na treningu, jego nadgarstek
puchnie, jakby ktoś wsadził mu do środka drożdże, więc proszę, niech pani
będzie tak łaskawa i zadzwoni do lekarza – rzucam.
Nie
chcę jej błagać, bo wtedy poczułabym się upokorzona, ale patrząc na jej
obojętną minę, chyba będę musiała.
-
Idź po Fettnera – szepczę do chłopaka.
-
Tonący brzytwy się chwyta – kpi i chichocze pod nosem, jednak idzie po swojego
kolegę z drużyny.
-
Nie znam się na tych całych sportowcach, codziennie przychodzi tu tyle osób, że
nie sposób ich spamiętać. Najlepiej, jak pani siądzie i poczeka na własną kolej
– mruknęła, po czym przeniosła wzrok na coś obok mnie.
Szybko
poprawiła włosy i biust, a następnie obciągnęła bluzeczkę, żeby więcej
odkrywała. Odwróciłam się przez ramię, w naszą stronę szedł Fettner, a ona
ewidentnie stroiła się dla niego. Ugh, obrzydliwe.
Mężczyzna
przystanął obok mnie.
-
Cecylio, mój kolega uszkodził sobie nadgarstek, mogłabyś zawiadomić lekarza? –
powiedział nieco niższym tonem. Czy on ją uwodził? To
obleśne! – Wszyscy się o niego bardzo martwimy, prawda? – objął mnie ramieniem
i przycisnął do siebie.
Kobieta
posłała mi mordercze spojrzenie, widząc gest Manuela, ale spojrzała na niego i
ponownie złagodniała.
-
Och, dlaczego nie mówiła pani, że jest ze Związku? – od razu chwyciła za
telefon.
-
No cóż, gapa ze mnie – zachichotałam sztucznie, a Fettner mi zawtórował.
Spojrzałam
na Philippa, jego twarz wyrażała wszystko. Prawie miał na niej wypisane myśl,
która jako jedyna brzmiała mi w podświadomości.
Czy może mi ktoś
powiedzieć, co tu się odpiernicza?!
=====================================
Co tu się odjaniepawla wersja austriacka XD
Wiem, że późno, ale... Lepiej późno niż wcale, right?!
Uwielbiam to opowiadanie, zawsze dzień wcześniej cieszę się jak dziecko, że będę mogła się z Wami podzielić tą historią, a ostatecznie zapominam w dniu premiery. Nie wiem, jak to działa, ale tak jest.
Co do sprawy mojej książki, to podlinkuję Wam ją na Lubimyczytać.pl, bo z tej strony już łatwo traficie do księgarni i tak dalej. Mam nadzieję, że moja książka Was zainteresuje i się spodoba. Bardzo zależy mi na Waszej ocenie, więc gdyby ktoś kupił, to proszę o opinie [może być też wspomnienie o niej w komentarzu tutaj, albo na innym blogu - ważne bym dostała jakąś informację ;) ].
I to już chyba wszystko na dziś.
No nic, miłego dnia, wieczoru, czy o jakiej porze to czytacie.
Baj! xoxo

Super rozdział, jak zwykle zresztą. Czekam na wiadomości co z Philippem, co z jego ręką. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńHejka!
OdpowiedzUsuńWłaśnie nadrabiam rozdziały, bo zdecydowałam, że zostanę na dłużej. Zastanawia mnie zachowanie Manuela. Czekam z niecierpliwością na następny, a co do twojej książki to nie mogę znaleźć żadnej informacji o niej, mogłabyś mi coś napisać? Dziękuje i pozdrawiam.
Buziaki
Oooo.... Super :D
OdpowiedzUsuńWiedziałam że to będzie Manuel, chociaż pierwsza myśl to był Gregor, ale stwierdziłam że by było za pięknie, więc Manuel był idealny do tej sytuacji :P
Co do Philipa to rozbraja mi system, jest mega pocieszną osobą xd
Ale i tak najbardziej rozbraja mnie pani w rejestracji i jej imię... :'D
Pozdrawiam i czekam na następny :*
Ale się dzieje... Coś niesamowitego. Lubię to opowiadanie. Wszyscy bohaterowie pozytywni tylko jakos ten Manuel sie wymiguje od pokazania swojego ludzkiego oblicza...
OdpowiedzUsuńNo nic, czekam na kolejny😊