~Vanessa~
Idzie mi po prostu koszmarnie. A to w
ogóle nie trafiam w piłeczkę, a to odbijam ją tak, że leci diabli wiedzą gdzie.
Michi chyba setny raz tłumaczy mi jak powinien wyglądać zamach, co rusz
poprawia moją pozycję, ale nic mi z tego nie wychodzi. Ufam jego doświadczeniu,
więc obstawiam, że zwyczajnie jestem w tym beznadziejna. Wszyscy czekają aż
nauczę się podstaw, nim ruszymy na podbój dołków, jednak moja nauka przeciąga
się w nieskończoność.
– Dasz radę, rozluźnij się, oczyść
umysł… – tłumaczy mi brat. – Oddychaj spokojnie, a gdy będziesz gotowa, spróbuj
posłać piłeczkę we właściwym kierunku – dodaje.
W jego ustach wszystko brzmi łatwo,
jednak gdy biorę zamach i wreszcie uderzam piłeczkę we właściwy sposób, jestem
tak rozentuzjazmowana, że kij wypada mi z rąk i leci parabolą za moimi plecami.
Słyszę czyjeś stęknięcie, a gdy odwracam głowę z zażenowaniem stwierdzam, że
gorzej trafić już nie mogłam.
Fettner masuje mózgoczaszkę posyłając mi
piorunujące spojrzenie.
– Żyjesz? – pytam cicho. Kruczowłosy
rzuca kij na trawę, po czym odchodzi w stronę wózka golfowego.
Wszyscy patrzą na mnie niby źli, ale
rozbawieni. Mój brat zdaje się zastanawiać jak ja w ogóle tego dokonałam, Kraft
zresztą ma podobną minę. Czując presję ich spojrzeń, ruszam za Manuelem.
Kruczowłosy grzebie pod fotelem, a ja dopiero wtedy orientuję się, że siedzenia
są tak naprawdę klapą mini lodówki pełnej woreczków z kostkami. Podejrzewam, że
zazwyczaj przechowuje się tam napoje w butelkach, jednak skoczek wyciąga jeden
worek, zdejmuje czapkę z daszkiem i przykłada lód do zaczerwienionej skóry.
Musiał nieźle oberwać, głupio mi.
– Nic ci nie jest? – dopytuję, jednak on
odwraca się do mnie przodem, po czym piorunuje mnie spojrzeniem. Mam wrażenie,
że jego wzrok jest w stanie przewiercić mi w głowie dziurę na wylot. – Nie
patrz tak, to nie było specjalnie – tłumaczę się, jednak on nadal milczy.
Zaplatam ramiona pod biustem. – Odezwiesz się czy mam tak stać przez cały
wieczór? – dąsam się.
– O Boże, tylko nie to – fuka. Opada na
tylne siedzenie naszego wózka golfowego.
Czekam aż coś doda, jednak nie wygląda
jakby zamierzał mówić coś więcej. Odwracam się przez ramię. Wszyscy nam się
przyglądają. Widzę, że są zmęczeni moją nauką i chcieliby w końcu zagrać.
– Wiecie co? – wzdycham. – Chyba nigdy
nie nauczę się grać w golfa, więc wydaje mi się, że lepiej będzie jeśli
pójdziecie grać, a ja zostanę na tarasie i po prostu na was zaczekam –
stwierdzam. Chłopcy wymieniają spojrzenia. Żaden z nich nie chce przyznać, że
czekali na tę decyzje od dłuższej chwili.
– No co ty! – rzuca w końcu Gregor,
przerywając ciszę. – Idzie ci co raz lepiej – zapewnia. – Jeszcze kilka uderzeń
i jestem przekonany, że pokonasz nas wszystkich na dołkach – dodaje.
Oj tak, zdecydowanie ich pokonam, ale
nie zdobytymi punktami a latającymi kijami. Nie zamierzam zrobić krzywdy
żadnemu z nich, w pewien sposób jestem za nich odpowiedzialna. Nie będę sobie
dodawać roboty, a przy moich umiejętnościach wszyscy wróciliby do hotelu z
kontuzjami.
– W trosce o wasze życie i zdrowie, wolę
zostać tutaj – zostaję przy swoim.
Michi robi krok w moją stronę.
– Jesteś tego pewna? Może przynajmniej
pójdziesz z nami na dołki? Popatrzysz jak gramy – proponuje.
Kręcę przecząco głową.
– Nie, nie. Zostanę – zapewniam po raz
kolejny. – Poza tym, ktoś musi zostać z Manuelem – nie wierzę, że sama wydałam
na siebie ten wyrok. Ale mój brat jest szczerze uszczęśliwiony. W końcu chciał,
żebyśmy się polubili. Chyba zdążył już zapomnieć o sytuacji z treningu.
– Ja jadę z nimi na dołki! – krzyczy
Fettner zza moich pleców.
Odwracam się do niego.
– Otóż nie! Nieźle oberwałeś, nie
pozwolę ci grać – tłumaczę.
Manuel posyła mi kolejne mordercze
spojrzenie, od którego niemal uginają się pode mną kolana. W tej chwili zdaję
sobie sprawę, że naprawdę boję się tego człowieka. Tym bardziej muszę zaciągnąć
go do stolików, mają tam monitoring, więc będę czuć się nieco bardziej
bezpieczna.
– A czemu mam cię słuchać? – unosi brew
drwiąco. Nienawidzę gdy tak patrzy na mnie z pogardą i wyższością.
– Bo jestem waszym lekarzem. Idziesz ze
mną na taras restauracyjny, muszę mieć cię na oku – wyjaśniam.
Przewraca oczami, ale nic więcej nie
mówi, więc uznaję, że wygrałam. Odwracam się z powrotem do brata, który w
międzyczasie podszedł do mnie na odległość niecałego metra.
– Wygląda na to, że ustaliliśmy kto i co
robi – mówię do Michiego. – Bawcie się dobrze – posyłam promienny uśmiech
reszcie ekipy.
Gregor odwzajemnia uśmiech, jednak
wydaje się rozczarowany. Mi także przykro, że nie będę z nimi grać, ale boję
się, że zrobiłabym któremuś z nich krzywdę. Już wystarczy, że jeśli Fettner
będzie miał uraz mózgu, to wina spadnie na mnie.
– Pamiętaj, o co cię prosiłem – mówi
ściszonym głosem Michi, po czym całuje mnie w czoło i odchodzi.
Wracam do Fettnera, który z zamkniętymi
oczami odpoczywa na tylnym siedzeniu wózka.
– Chodź, im bardziej przyda się ten
melex – klepię go w ramię.
Wzdycha niezadowolony, ale wstaje i
idzie za mną. Siadamy przy skrajnym stoliku na taras, zerkam przelotnie na
zegarek. Jest piękna pogoda: błękitne niebo, przyjemny wiatr i słońce unoszące
się całkiem wysoko nad widnokręgiem, mimo, że dochodzi osiemnasta. Patrzę na
Manuela, który wolną ręką przegląda coś w telefonie. No tak, czego się
spodziewałam? Że wdamy się w przyjazną pogawędkę? Na pewno nie z tym
człowiekiem.
Spoglądam na morze, spokojne fale
wprawiają mnie w trans, z którego wyrywa mnie dopiero podejście kelnerki.
Zamawiam mrożoną herbatę i posyłam dziewczynie przyjazny uśmiech, Fettner prosi
o coś, czego nazwy nie jestem w stanie zapamiętać, ale nawet nie zerka na
pracownicę. Postanawiam wynagrodzić jej zachowanie tego gbura. Dziękuję
serdecznie na co ona odwdzięcza się szerokim uśmiechem i odchodzi.
– Serio? Nawet dla kelnerki nie możesz
być uprzejmy? – syczę w jego stronę.
Niechętnie podnosi na mnie wzrok, przez
chwilę patrzymy się na siebie, po czym powraca spojrzeniem do przeglądanych
stron internetowych.
– Gbur – prycham pod nosem i opadam na
oparcie wiklinowego krzesła.
– Mówi osoba, która rzuciła we mnie
kijem do golfa – bąka.
Na Boga, jak on mnie irytuje!
– Mówiłam już, że nie zrobiłam tego
specjalnie! – warczę.
– To cię nie usprawiedliwia.
– Słucham?! – oburzam się.
Kelnerka stawia przede mną wysoką
szklankę z mrożoną herbatą i przewieszonym przez krawędź plastrem cytryny. Na
stole ląduje także zamówienie Fettnera. Nie mam pojęcia co to jest, ale z
pewnością drink, ponieważ wyczuwam woń alkoholu. Całość wygląda całkiem ładnie
i chętnie dowiedziałabym się, jaką nosi nazwę, jednak wiem, że nie mogę zmienić
teraz tematu rozmowy. Dziewczyna odchodzi, tym razem Manuel kiwa głową
dziękując jej za przyniesienie drinka, po czym czeka aż odejdzie i pochyla się
nad stolikiem, żeby pociągnąć z kieliszka.
Patrzę na niego wymownie.
– Teraz zamierzasz ignorować moje
pytanie? – bąkam. Czuję jak narasta we mnie frustracja. Gdyby nie fakt, że moja
herbata wygląda na pyszną, to bym go oblała. Najlepiej tak, żeby cały nią
ociekał.
Uśmiecha się szelmowsko. Naprawdę mam
ochotę zrobić mu krzywdę.
– Nie wiem o co ci chodzi – bąka nagle,
gdy myślę, że już się nie odezwie. – Bijesz mnie, rzucasz we mnie kijami i za
każdym razem zwalasz winę na mnie. Nie wiem, to jest jakiś sposób na zwrócenie
na siebie uwagi? – pyta marszcząc czoło.
Szczęka mi opada. Po diabła miałabym
chcieć zwracać na siebie jego uwagę? Się znalazł Adonis, macho, Casanova,
myślałby kto…
– Słuchaj no, kolego – zaczynam, jednak
natychmiast przerywa mi jego chichot. Ignoruję to. – Nie podoba mi się to jak się do mnie
odnosisz. Od samego początku masz ze mną jakiś problem. Co ja ci zrobiłam?! –
rzucam.
Wzrusza ramionami lekceważąco.
– Nie, nic. Absolutnie nic… No, może
poza tym, że prawie zabiłaś mnie kijem do golfa – bąka niby obojętnie,
opierając się na łokciach i lekko pochylając nad stolikiem.
Nie jestem w stanie dłużej się
powstrzymywać. Kopię go mocno pod stołem, jednak trafiam w stopę, więc nie
sprawiam mu zbyt dużego bólu. Patrzy na mnie lekko oszołomiony z niezadowoleniem
wypisanym na twarzy.
– Czy ty się dobrze czujesz? – mówi
całkowicie poważnym tonem. – Kopiesz mnie po nogach? Dziewczyno, ja w ten
sposób na życie zarabiam! – podnosi głos, a ja kulę się w sobie, automatycznie
odsuwam się od blatu. Fakt, nie pomyślałam o tym.
– Sorki, nie przemyślałam tego… –
przyznaję.
– Właśnie widzę – bąka rozjuszony i
pociąga duży łyk drinka.
Jestem w szoku jak wiele napoju
pochłania na raz. Gdy odstawia szklankę kostki lodu pobrzękują o szkło. Sięgam
nad stołem po worek z lodem.
– Odłóż to, bo sobie mózg zamrozisz –
przestrzegam, próbując wyjąć mu worek z dłoni.
Jest tak zdziwiony moim gestem, że nawet
nie zdąża się uchylić, jedynie patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. Odsuwam
lód od jego głowy, krzywiąc się na widok rosnącego guza. Nie jest bardzo
wielki, ale zdecydowanie widoczny. Że też Fettner musi mieć tak wymyślą
fryzurę. Spod włosów nic nie byłoby widać…
– Bo niby tak ci zależy na moim zdrowiu
– bąka odsuwając głowę od mojej ręki.
Wzdycham. Jego upierdliwość doprowadza
mnie do szału.
– Masz rację, w sumie to żadna strata –
stwierdzam i praktycznie ciskam workiem lodu w jego głowę.
Fettner obrywa w skroń, szybko łapie
worek, żeby na powrót przyłożyć go do guza. Ściągnięte brwi bruneta dają mi
jasny sygnał, że nie było to miłe doświadczenie.
– Wariatka – stwierdza pod nosem.
– Dupek – odwdzięczam się i pospiesznie
wstaję od stolika.
Odchodzę na kilka kroków, żeby ochłonąć.
Dlaczego nie poszłam z chłopakami na dołki? Dlaczego w ogóle tu przyszłam?
Powinnam przerobić całą dokumentację, bo o dziewiętnastej zaczynam pierwszą
sesję masażową. Jestem poirytowana, ale postanawiać ignorować tego buca. Wracam
do stolika, siadam, biorę w dłonie szklankę z herbatą i zapatruję się na
szumiące fale, licząc, że ponownie mnie zaczarują.
Dopijam herbatę, oboje milczymy. Fettner
przez cały czas grzebie w telefonie, a ja nie zamierzam go od tego odciągać. W
panującej temperaturze, lód z worka całkowicie się rozpuścił. Przyglądam się
przelotnie guzkowi na głowie skoczka. Nie ma tragedii, nawet wydaje mi się, że
nieco zmalał. To dobrze.
Odstawiam szklankę na blat, osuwam się
nieco w krześle i opieram głowę o oparcie. Zamykam oczy, wsłuchuję się w muzykę
sączącą się cicho z głośników nieopodal. Gdy słyszę głos Ariany Grande po
prostu nie mogę się powstrzymać i wtóruję jej przy piosence o tym jak bardzo
chce zmienić proporcje między rozmowami a pieszczotami. Podśpiewuję pod nosem,
a gdy utwór się kończy otwieram oczy. Fettner przygląda mi się znad swojego
drinka, bawiąc się przy tym czarną, plastykową słomką.
– Co? – pytam bezceremonialnie.
Oczekuję, że mnie skrytykuje lub
wyśmieje, ale on tylko wzrusza ramionami, po czym nezwłocznie wraca do
przeglądania mediów społecznościowych. Przekonana, że się nie odezwie, ponownie
zamykam oczy i pozwalam głowie opaść na oparcie, ale wtedy słyszę jego głos:
– Dobra w tym jesteś – stwierdza.
Sztywnieję. Ar ju fakin kidin mi?! Otwieram oczy tylko po to, żeby
zobaczyć jak mnie ignoruje.
– Czy ty mnie właśnie pochwaliłeś? –
staram się upewnić czy nie mam omamów słuchowych.
– Tia – bąka niezainteresowany.
Podrywam się natychmiast i wyrywam mu
kieliszek z dłoni.
– Okej, jednak uraz głowy jest bardziej
poważny niż się spodziewałam, nie pij więcej – rzucam.
Od razu zwracam na siebie jego uwagę.
– Oddawaj – rozkazuje.
– Nie, zaczynasz bredzić. Muszę
natychmiast zabrać cię do środka, żebyś nie dostał udaru – stwierdzam.
Manuel przewraca oczami.
– Dobra, dobra, nie drocz się –
ostrzega, ale ja nie zamierzam zmieniać zdania.
Kręcę przecząco głową, a Fettner w
jednej sekundzie rzuca się na mnie jak dziki zwierz, omal nie wywracając mnie
razem z krzesłem. Resztka jego drinka ląduje na mojej koszulce, a ja od razu
czuję jak bosko – mimo zawartości alkoholu – pachniał ten napój. Wciągam zapach
i pomrukuję.
– Kurczę, co to? Pachnie bosko – wyrywa
mi się.
Manuel stoi nade mną, próbując zetrzeć
alkohol ze swoich rąk. Jest zdecydowanie niezadowolony, ale wydaje mi się, że
przez jego twarz przemknęło rozbawienie.
– Peach Morning – odpowiada sięgając po
następną serwetkę. – Był bardzo dobry, dopóki go nie wylałaś – stwierdza.
Także chwytam serwetkę i próbuję
odsączyć drink z koszulki.
– Dobra, nie bocz się już. To i tak była
końcówka – bąkam, bagatelizując.
Manuel podnosi na mnie wzrok.
– Jakoś po moich rękach i… Matko, jak ty
wyglądasz?! – dopiero teraz zauważa moją mokrą bluzkę. – Michi mnie zabije –
stwierdza bardziej do siebie niż do mnie, a mimo to wybucham śmiechem.
Czy ja właśnie miałam niepowtarzalną
okazję zobaczyć w jego oczach błysk przerażenia? Kto by pomyślał, że mój brat i
jego pogróżki mogą rzeczywiście kogoś przestraszyć…?
Fettner patrzy na mnie jak na obłąkaną,
gdy nie mogę się opanować. Nabieram w płuca ogrom powietrza i wydycham je
powoli, mając nadzieję, że to mi pomoże. Sytuacja bawi mnie jak cholera, ale
staram się ochłonąć, ponieważ widzę, że Manuelowi nie jest do śmiechu. Gdy
nieco się uspokajam, mówię w końcu:
–
To takie zabawne. Po raz pierwszy na tym wyjeździe ktoś będzie chciał
cię zabić i nie będę to ja – nadal śmieję się jak szalona.
Manuel podpiera się pod boki rezygnując
z osuszania swoich rąk.
– Wiesz co? – pyta pretensjonalnym
tonem.
– Co? – odpowiadam jakże elokwentnie.
– Nieznośna jesteś – uznaje, ale po jego
twarzy błąka się rozbawienie.
Uśmiecham się. Kto wie, może kiedyś
zdołam go polubić?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dzień dobry wakacje!
W tym roku nieco inaczej, bo większość z Nas od dłuższego czasu i tak siedzi w domach. Muszę przyznać, że sądziłam, iż przez naukę w domu będę mieć więcej czasu i wreszcie wrócę do comiesięcznego udostępniania rozdziałów. Nie udało mi się to, jednak teraz - gdy sesja już za mną i mogę cieszyć się wakacjami - mam nadzieję, że wena nie będzie mnie opuszczać.Dajcie znać jak się macie i co sądzicie o nowym rozdziale!
Trzymajcie się ciepło, zdrowo i bezpiecznie!
Monika Karolina xxx

Oooo i jest nowa perełka:D
OdpowiedzUsuńRZUT KIJEM ZA 100 PUNKTÓW, Nessa powinna zgłosić nową dyscyplinę na igrzyska letnie i jechać jako reprezentantka Austrii, wszystkie medale jej :D
Co do relacji z mrocznym Panem to ja uwielbiam takie przekomarzanie, to trochę dziecinne, ale w końcu kto się czubi ten się lubi i w stosunku do nich jest to idealne określenie. Bardzo mi się podobało jego przerażenie, iż Michi go zabije, już sobie wyobraziłam jego minę XD
Co do Grzesia to troszkę mi go szkoda, chłopak miał nadzieję na jakąś randkę, a tu laska mu zwiała do innego XD
Czekam na następny rozdział,bo już się nie mogę doczekać co wykombinują te wariaty, mam 2 wizje ale nie chce ich zdradzać na razie pod następnym rozdziałem napiszę czy moja wizja się sprawdziła czy była inna ;)
Pozdrawiam, udanych wakacji :) ja jeszcze 2 dni i prawdopodobnie zakończę naukę :D
Mroczny Pan zawsze spoko, takie przekomażanie się, tu avada kedavra, tam cruciatus XD
UsuńNo Grzesia trochę szkoda, ale przecież nic jeszcze nie jest przesądzone. [To znaczy jest, ale Wy nie koniecznie musicie o tym wiedzieć haha]
Czekam aż zdradzisz swoje wizje! Następny rozdział już dostępny, więc serdecznie zapraszam!
Także życzę udanych wakacji!
Piszesz cudownie, dzisiaj natknęłam się na twojego bloga i pochłonęłam go całego.. Nie mogę się doczekać, co wyniknie z tej sytuacji Ness i Manuela. Chcociaż coś zaczyna się dziać dobrego, w końcu się uśmiechnął i wykazał inne emocje (strach przed Michi), a co do Gregora.. Trochę mi go szkoda. Naprawdę widać że zależy mu na Ness, ale jakoś ta relacja z różnych przyczyn nie może być bliższa, tak jakby on to chciał. Mam nadzieję, że przez wakacje kolejne części będą częściej, bo naprawdę nie mogę się doczekać. Pisz tak dalej!! Życzę dużo weny!!
OdpowiedzUsuńDziękuję. Bardzo mi miło, że Ci się spodobało. I to aż tak!
UsuńWłaśnie dodałam następny rozdział, więc serdecznie Cię na niego zapraszam. Nie mogę się doczekać Twojej opinii!
Pozdrawiam i życzę udanej soboty!