sobota, 5 grudnia 2020

29.

 ~Vanessa~

Gdy wracamy na trening czuję wewnętrzny dysonans. Nie wiem co się właśnie wydarzyło i jak długo potrwa taki stan rzeczy. Nagle w ciągu kilku minut nasza relacja zrobiła ogromny zwrot – tak o jakieś 180 stopni. Staram się wrócić do dokumentów, ale nie mogę się na nich skupić. Gdy zerkam na chłopaków, zauważam, że Gregor przygląda mi się jakoś… dziwnie. Nie umiem opisać, co mówi jego spojrzenie, ponieważ na jego twarzy maluje się dziwny, niezrozumiały grymas. Uśmiecham się do niego i macham mu delikatnie, odwzajemnia uśmiech i mam wrażenie, że wyraz jego twarzy zmienia się jak z bicza strzelił.

Po treningu udajemy się całą bandą na obiad. Nie mogę przestać się drapać, bo w zamyśleniu zapomniałam o ponownym nałożeniu kremu z filtrem i słońce nieco mnie przypiekło. Michi z nudów szturcha mnie kolanem pod stołem. Nie zwracam mu uwagi tylko dlatego, że w ten sposób odrobinę łagodzi mój świąd.

Dostajemy dziwnie pachnącą i dziwnie wyglądającą zupę krem. Mam co do niej pewne opory, ale gdy wszyscy rzucają się na nią jak jeden mąż i szybko wciągają całą zawartość talerzy, uznaję, że nie może być taka zła. Zupa nie jest najlepszym, co jadłam w życiu, jednak da się przeżyć. Na szczęście talerze są małe, więc nie muszę męczyć się zbyt długo. Na obiad dostajemy jakąś rybę – wszystko jedno co to jest, ważne, że dobrze smakuje. Wcinam ze smakiem, nawet żałuję, gdy opróżniam cały talerz. Trener zarządza godzinę czasu wolnego, ponieważ z nieba leje się żar a chłopaki już trochę się przegrzali na pierwszym treningu.

Gdy wychodzimy z restauracji, ktoś delikatnie smaga mój nadgarstek. Wzdrygam się, jednak od razu uspokajam, ponieważ zrobił to Gregor.

– Hej! – obdarowuj go szerokim uśmiechem.

– No, witam, witam – odpowiada i nie pozostaje mi dłużny. – Jak tam życie? – pyta.

Marszczę czoło.

– Wiesz, od śniadania niewiele się zmieniło – żartuję. Dopiero, gdy kończę wypowiadać to zdanie, zdaję sobie sprawę, że zmieniło się całkiem sporo.

– Och, no tak. Słuchaj… – zawiesza głos, gdy podchodzimy do reszty skoczków, którzy nie zmieścili się do pierwszej windy. – Nie wiem czy pamiętasz, ale…

– Ej, Greg, Nessa, wsiadacie? – krzyczy Didl, przytrzymując drzwi drugiej windy.

– Nie, dzięki, pojedziemy następną – odpowiada Schlieri.

Zanim drzwi się zamkną widzę jeszcze mojego brata, oglądającego się na nas przez ramię. Staram się nie przejmować jego spojrzeniem. Podnoszę wzrok na twarz Gregora i wyczekująco wpatruję się w zielono-piwne tęczówki.

– Taaak – bąka przeciągle Schlierenzauer. – Co to ja…? – zamyśla się.

Winda, na którą czekamy otwiera się z charakterystycznym dzwoneczkiem. Biorę go za rękę i wsiadam, zanim zajmie ją ktoś inny. Rozpędzony chłopak wpada na mnie, gdy nagle zatrzymuję się na środku windy. Zaczynam się śmiać, jednak mam wrażenie, że w jego przypadku jest to bardziej nerwowy chichot. Spoglądam mu prosto w oczy.

– Wszystko okej? – pytam, bo mam wrażenie, że coś z nim nie tak.

– Tak, już wszystko w porządku – odpowiada i chwyta moją wolną dłoń. – Słuchaj… Wczoraj podczas masażu… – widzę, iż dokładnie zastanawia się nad każdym słowem. – Nie żartowałem – przyznaje po dłuższej chwili. – Uważam, że jesteś naprawdę super dziewczyną – wyznaje, a mi nogi wrastają w podłogę. Serce ledwo bije, a gdy już uderza to dudni pewnie na cały hotel. – Jeśli nie masz nic przeciwko, chciałbym zabrać cię na kolację – mówi.

Winda dojeżdża na nasze piętro, drzwi się otwierają. Powinniśmy wysiąść jednak nie jestem w stanie zrobić kroku. Orientuję się, że Gregor oczekuje ode mnie odpowiedzi, ale z trudem oddycham. Staram się przełknąć ślinę, gdy mi się to udaje odpowiadam w końcu:

– Jasne, że nie mam nic przeciwko, wariacie – uśmiecham się szeroko.

Schlieri wyciąga szybko rękę i powstrzymuje zamykające się drzwi.

– Panie przodem – mówi, zapraszając mnie gestem.

Na drętwych nogach opuszczam windę. Nie spodziewałam się w ogóle takiej sytuacji, jednak zawsze wydawało mi się, że gdy ktoś zaprosi mnie na randkę, to będę skakać z radości i buzować się ze szczęścia. Tymczasem mam wrażenie jakby wszystkie emocje mnie opuściły. Owszem, czuję jakieś wewnętrzne szczęście, które sprawia, że unoszę się pięć centymetrów nad ziemią, ale poza tym nic. Nie jestem w stanie określić stanu, w jakim się znajduję.

Splatam palce, gdy Gregor staje obok.

– To co? O której ci pasuje? – pyta, rozciągając usta w szerokim uśmiechu.

Dębieję, zupełnie nie przyszło mi do głowy o tym pomyśleć. Kilka razy otwieram i zamykam usta, przez co muszę wyglądać jak ryba. W końcu odzyskuję jasność umysłu.

– Do dwudziestej pierwszej mam masaże – przypominam sobie.

– Świetnie, ile potrzebujesz, żeby być gotowa? – pyta od razu.

Znowu milczę, próbując odnaleźć ukrytą głęboko w zwojach mózgowych odpowiedź.

– Emm – zaczynam niezbyt elegancko. – Jakieś pół godziny, może czterdzieści pięć minut – odpowiadam jednak.

– No, to wpadnę po ciebie przed dwudziestą drugą, pasuje?

Oddycham głęboko.

– Pasuje – potwierdzam.

– W takim razie, jesteśmy umówieni – stwierdza, po czym puszcza do mnie oczko i chce odejść.

Gregor jest już w połowie korytarza, gdy doznaję olśnienia.

– Czekaj – wołam za nim. Odwraca się natychmiast. – A gdzie pójdziemy? – pytam.

Greg wbija ręce w kieszenie i przygryza wargę.

– Poszukam czegoś wartego uwagi – stwierdza, następnie rusza dalej korytarzem i znika za drzwiami swojego pokoju.

Dopiero wtedy oddycham ponownie. Powoli ruszam w kierunku swojego pokoju, gdzie idę pod zimny prysznic w nadziei, że ukoi on pieczenie skóry.

 

Po godzinie, trener zabiera nas na basen. Przez sześćdziesiąt minut chłopcy ćwiczą coś na styl aerobiku wodnego, co ma rozgrzać ich mięśnie przed treningiem na siłowni. Pan Kuttin proponował, żeby do nich dołączyła, jednak w obawie o swoją nadal zaczerwienioną skórę, postanowiłam zostać na plastykowym leżaku, ustawionym przy wysokiej, przeszklonej ścianie. Podczas pląsów w wodzie chłopcy wyglądają dosyć zabawnie. Widać tez, że ćwiczenia przypadły im do gustu. No może poza Poppingerem i Diethardem, którzy co chwilę podtapiają się w basenie.

Trener musiał zauważyć moje poparzenia, ponieważ po około półgodzinnej nieobecności przychodzi do mnie z preparatem kojącym. Dziękuję mu, choć słowa nie są w stanie wyrazić wdzięczności jaką wobec niego czuję. Spryskuję się panthenolem w sprayu, po czym ponownie dziękuję Kuttinowi. Rozmawiamy chwilę o stanie kostki Fettnera, obiecuję obejrzeć ją przed rozpoczęciem treningu na siłowni. Potem trener narzeka na dziecinne wygłupu Pappiego i Didla, a ja orientuję się, że skóra przestała mnie piec.

Po basenie chłopcy biorą szybkie prysznice, żeby zmyć z siebie chlor, potem szybko przebierają się w stroje do ćwiczeń i w mig zjawiają się na siłowni. Gdy Manuel i Andreas wchodzą na salę, szybko staję tuż obok.

– Muszę sprawdzić jak ma się twoja noga – mówię bez ceregieli.

– To ja zajmę nam rowerki – bąka Kofler, żegnają się skinieniem, potem Andi odchodzi.

Przechodzę z Fettnerem na bok i każę mu usiąść. Potulnie zdejmuje buty i skarpetkę, a ja oglądam kostkę.

– Wygląda na to, że nic gorszego jej się nie stało, ale musisz nosić opatrunek z żelem – pouczam go.

– E tam, komu to potrzebne? – wzdycha, zbywając mnie gestem ręki.

Patrzę na niego z pretensją.

– Kiedy go zdjąłeś? – pytam.

Wzrusza ramionami.

– Przed basenem, nie chciałem, żeby namókł – odpowiada.

Przynajmniej tyle, wzdycham w myślach.

– Okej, w porządku, ale po basenie od razu powinieneś poprosić mnie o założenie nowego – gestykulując przez przypadek uderzam go w chorą nogę.

Syczy pod nosem, a ja zakrywam usta dłonią.

– Przepraszam – rzucam szybko. – Ale widzisz, jest to jakaś nauczka! Gdybyś miał założony opatrunek, to nie zabolałoby cię to aż tak bardzo! – podnoszę głos.

– Kiedy chciałaś mi go założyć? Jak byłem pod prysznicem?! – rzuca poirytowany.

Wszyscy patrzą na nas dziwnie.

Przynajmniej nikt nie pomyśli, że w końcu się dogadaliśmy.

Wzdycham.

– Dobra, nie kłóćmy się – kapituluję, jednak on nie wygląda jakby nie chciał się kłócić.

Rozglądam się w poszukiwaniu apteczki, a gdy ją namierzam idę do niej i przegrzebuję zawartość. Z angielskiego opisu na pudełku wnioskuję, że żel wygrzebany z szafki powinien pomóc. Zabieram go oraz zestaw opatrunkowy, następnie wracam do Manuela.

Zakładając kompres i bandaż nie odzywam się do niego, on zresztą też nic nie mówi tylko przygląda się mojej pracy. Kończę, więc wstaję z klęczek.

– Tak jak mówiłam, nie przemęczaj jej. Wygląda w porządku, za jakieś dwa, trzy dni będzie jak nowa – upominam i odchodzę.

– Jasne – mruczy pod nosem, później dołącza do Andreasa na rowerku i oddaje się przyjacielskiej pogawędce.

Odkładam przedmioty na miejsce. Nie rozumiem, co się dzieje. Dlaczego rano był chamski, potem miły, a teraz znowu… dziwny. Nigdy nie uda mi się go rozgryźć…

Siadam na jednym z rowerków w głębi pomieszczenia, żeby nie przeszkadzać chłopakom. Ponownie spryskuję ramiona sprayem od trenera, a potem powoli zaczynam pedałować, żeby się nie nudzić. Przyglądam się ich treningowi, który do złudzenia przypomina lekcję wychowania fizycznego. Trener Kuttin wymyślił im tor ćwiczeń, gdzie każda para zajmuje jedną stację i po kilku minutach następuje zmiana.

Punkt szesnasta trener odgwizduje koniec. Wszyscy zgodnie kierują się do szatni. Zbieram swoje rzeczy i pospiesznie zmykam ze skrzydła sportowego, chcąc jak najszybciej znaleźć się w pokoju. Powoli zaczynam stresować się randką, równocześnie czując dziwne trzepotanie pod przeponą. Jeśli to są te motylki w brzuchu, to zdecydowanie wolałabym ich nie czuć. Mam wrażenie, że za chwilę zwymiotuję.

Zamykam się w pokoju, gdzie wyciągam wszystkie ubrania, które ze sobą zabrałam. Muszę znaleźć coś bardziej odpowiedniego na randkę. Rozbieram się do samego biustonosza i szortów, po czym ponownie spryskuję się penthanolem. Rozkładam co ładniejsze ubrania na łóżku, jednak nie ma ich zbyt wiele. Mam nadzieję, że Gregor zrozumie, iż nie byłam przygotowana na takie okoliczności. Dzięki klimatyzacji i sprayowi moja skóra jest w znacznie lepszej formie. Liczę na to, że do wieczora wszystko wróci mniej więcej do normy, ponieważ nie mam zamiaru drapać się jak żubr o drzewo. Słaby scenariusz na pierwszą randkę.

Słyszę pukanie do drzwi. Jest za dwadzieścia siedemnasta, za wcześnie na Krafta, który chciałby towarzyszyć mi w drodze na kolację. Pospiesznie zakładam podkoszulek, który niedawno zdjęłam i podchodzę, by otworzyć.

Na progu stoi Fettner. Patrzę na niego zdziwiona.

– A ty w jakiej sprawie? – pytam grzecznie, chociaż bardzo mam ochotę rzucić gburowate „czego”.

– Przyszedłem po nowy okład. Tamten musiałem zdjąć, gdy szedłem pod prysznic – wzrusza ramionami.

Przez chwilę zastanawiam się dlaczego tak często znajduje powód, żeby zdjąć opatrunek, jednak z drugiej strony cieszę się, że wziął prysznic po treningu na siłowni, zanim tutaj przyszedł.

– Właź – sapię w końcu niechętnie. Prowadzę go w głąb pokoju. – Usiądź na brzegu łóżka, za chwilę przyjdę – mówię, po czym wychodzę po torbę, która leży w pokoju masażu.

Gdy wracam Fettner stoi obok łóżka i trzyma w palcach jedną z sukienek, które rozważałam. Czerwoną, która zdecydowanie nadaje się na plażę, ale nie za bardzo wypada pokazać się w niej na pierwszej randce. No chyba, że z zamiarem szybkiego pójścia do łóżka.

– Zostaw to – mówię natychmiast.

Manuel rozciąga nieco ramiączka sukienki.

– Wybierasz się gdzieś? – pyta rozbawiony, nadal bawiąc się ubraniem.

Wydzieram mu sukienkę z rąk, zwijam ją i odrzucam na poduszki.

– Nie twój interes – bąkam.

– Mój interes akurat ma się świetnie – rzuca.

Witki mi opadają. Przechylam głowę i patrzę na niego z niedowierzaniem.

– Stary a głupi – mówię. – Siadaj – nakazuję.

Opada na brzeg łóżka, a potem podaje mi nogę. Po raz trzeci tego dnia zakładam mu opatrunek. Mam nadzieję, że ostatni. Gdy kończę mówię tylko:

– Nie zdejmuj go już dzisiaj. Śpij w nim, prysznic weź dopiero rano – nakazuję.

– Jasne – wzrusza ramionami. Wychodząc odwraca się w progu. – Wybierz tę czerwoną, wybranek na pewno będzie zachwycony – rzuca po czym zaczyna się śmiać.

Sięgam po sukienkę, nadal skotłowaną i leżącą na poduszkach, a następnie rzucam nią w jego twarz. Fettner łapie ją, chwilę później zamyka za sobą drzwi bez słowa tylko z cichnącym chichotem. Stoję jak wryta, oczekując, że za chwilę wróci by oddać mi uranie. Ale to się nie dzieje.

Gdy schodzę na kolację jestem podwójnie zdenerwowana. Po pierwsze, denerwuję się randką z Gregorem. Po drugie, nie mam pojęcia gdzie jest moja sukienka. Nie była droga, rzadko w niej chodziłam, jednak chciałabym ją odzyskać. Poza tym, po co Manuelowi moja sukienka?!

W holu spotykam Michiego, Stefana, Andreasa oraz trenera, którzy o czymś dyskutują. Podchodzę do nich.

– Co tam? – pytam dźgając Krafta w bok.

– A nic, właśnie trener sprawdza czy wszyscy już zeszli, czy kogoś brakuje. Nie wiem o co chodzi, przed chwilą z Michim zeszliśmy – wzrusza ramionami.

Kiwam głową, żeby dać znać, że przekaz do mnie dotarł. Chwilę później trener wskazuje Krafta palcem.

– Okej, Michl i Kraftl, możecie wchodzić, zajmować miejsca.

Chłopcy posłusznie przekraczają próg.

– Andi i Ness, wy też – słyszę po chwili.

Już chcę wchodzić do środka, gdy ktoś mnie dogania i szepcze w moje włosy:

– Smacznego, ale zostaw miejsce na potem.

 

---------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ho-ho-ho!

To ja, Wasz Mikołaj od rozdziałów. Jak się czujecie z tym, że już za kilka tygodni święta? Cieszycie się, że skoki w końcu do nas wróciły? Ja jestem mega szczęśliwa, strasznie mi ich brakowało. Aczkolwiek wyniki i loteria z wiatrem na każdych dotychczasowych zawodach trochę boli.

Chcę też bardzo podziękować za to, że jesteście, bo przekroczyliśmy już 20 250 wyświetleń! Kochom Was wszystkich z całego serduszka. <3 

Dajcie znać co myślicie o rozdziale i do zobaczenia w nowym roku! Oby był lepszy niż ten… Chociaż gorzej się już chyba nie da hahahaha.


Pozdrawiam,

Monika Karolina xxx

6 komentarzy:

  1. No w końcu. Grześ owacje na stojąco! Brawo w końcu zaprosiłeś dziewczynę na randkę XD
    Co do Manuela to na początku rozdziału jakoś dziwnie się zachowywał, ja tak jak Nessa nie mogę go ogarnąć. Zastanawia mnie też czemu cały czas ten bandaż ściąga ja rozumiem ćwiczy i musi się wykąpać ale bez przesady ile razy dziennie. Może on to robi specjalnie, żeby mieć preteks, żeby przyjść do Vanessy...? No i ta akcja z sukienką, na co mu ta sukienka? Ja tu przewidują tylko kłopoty. Znowu mam pewien scenariusz, ale przekonam się czy przewiduje przyszłość czy nie :P
    Czekam na następny, buziaki i wszystkiego dobrego w nowym roku :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę się nie śmiać z Grzesia. Zaprosiłaś kiedyś dziewczynę na randkę? Może to nie jest takie łatwe jak się wydaje XD
      Manuela nikt nie ogarnia, nawet ja, więc nie dziwię się, że inni też mają problem.
      Myślę, że kwestię fatałaszków Manuela omówimy innym razem hahaha
      Czekam na Twój scenariusz. Ciekawe co tym razem wymyśliłaś.

      Wszystkiego dobrego, pozdrawiam!
      Monika Karolina xx

      Usuń
  2. Wow! Jestem naprawdę pod wrażeniem... Gregor w końcu zaprosił Ness na randkę, chociaż teraz zaczynam obawiać się, czy dojdzie ona do skutku!
    A co do Manuela? Zaczyna mnie intrygować w pewien sposób... Co on tak naprawdę chce i czego oczekuję od Ness?
    Już nie mogę się doczekać dalszej części, ale jak to mówią, dowiemy się za rok!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uuu, dużo pytań, tak mało odpowiedzi hahaha
      Niestety, nie mogę nic zdradzić, bo nie będzie zaskoczenia i przyjemności z czytania.
      Cieszę się, że tak lubisz moje opowiadanie.

      Do następnego, trzymaj się cieplutko!
      Monika Karolina x

      Usuń
  3. Świetnie napisane. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń