~Vanessa~
Biorę prysznic a nogi obijają się o
siebie w kolanach. Jest mi coraz bardziej niedobrze, na kolacji prawie nic nie
zjadłam. Kawałek sałaty, pomidora i kromkę białego chleba przepiłam samą wodą, zresztą
zabraną Stefanowi, bo optymistycznie wzięłam sobie sok pomarańczowy, którego
nie byłam w stanie przełknąć. Wychodzę zawinięta w miękki ręcznik, roztrzepuję
włosy, żeby szybciej wyschły. Podkręcają się delikatnie od wilgoci. Postanawiam
ich nie prostować, jednak po rozczesaniu fale znikają, więc sięgam po okrągłą
szczotkę do stylizacji. Gdy włosy są gotowe, nakładam delikatny makijaż.
Właściwie nakładam tylko cienką warstwę pudru i eyelinerem rysuję wąskie
jaskółki. Rzęsy przeciągam tuszem, na usta nakładam bezbarwną pomadkę, po czym
wrzucam ją do małej torebki razem z paczką chusteczek higienicznych.
Staję przed łóżkiem, na którym leżą trzy
ładne bluzki, białe dżinsowe szorty oraz czarne dzianinowe, bardziej eleganckie.
Wybieram te drugie oraz czarną bluzkę z okrągłym dekoltem i drobnymi cekinami
przy zakończeniu króciutkich rękawków. Na nogi zakładam jedyne szpilki, jakie
ze sobą zabrałam – beżowe, wiązane sandały na szpilce. Przeglądam się w
lustrze, wyglądam w porządku. Schludnie i w miarę elegancko, ale bez przesady. Na
szyję zakładam krótki łańcuszek z drobną gwiazdką, mam wrażenie, że ten detal
dopełnia cały outfit. Oddycham głęboko, próbując się uspokoić, ale niewiele mi
to pomaga.
Sięgam po beżową kopertówkę, a wtedy słyszę ciche pukanie do drzwi. Rozglądam się szybko po pomieszczeniu, żeby sprawdzić czy niczego nie zapomniałam. Biorę kartę do drzwi i telefon, staram się szybko podejść do wejścia, ale drżenie nóg mi tego nie ułatwia. Staję przed drzwiami, ponowie głęboko wzdychając.
Sięgam po klamkę, powoli ją naciskam.
Drzwi otwierają się cicho, w progu stoi Gregor. Podnosi wzrok z nosków swoich
butów, nasze spojrzenia się spotykają. Na widok jego piwnych oczu cały stres
odchodzi. W końcu się uśmiecham, miodowowłosy odwzajemnia gest.
– Wow – mówi półszeptem, mierząc mnie
spojrzeniem. Dopiero po chwili dodaje: – Wyglądasz przepięknie.
Czuję, że rumieniec oblewa moją twarz,
więc chylę głowę, by włosy zakryły czerwone policzki. Za komplement dziękuję
delikatnym dygnięciem. Podnoszę wzrok i dopiero wtedy zauważam, że Greg wygląda
schludnie i elegancko, jednak nie oficjalnie, więc raczej nie zabierze mnie do
restauracji. To dobrze, obawiałam się, że strasznie na mnie przepłaci.
– Ty też nienajgorzej – rzucam
żartobliwie. Schlieri prycha rozbawiony i spuszcza głowę.
– Dzięki, starałem się dociągnąć poziomem do twojego, ale widocznie nie mam na to predyspozycji – żartuje.
Chichoczę aż samej siebie mam dość.
Zrzucam to na stres, choć właściwie wcale go już nie czuję. Gregor robi krok w
tył, wypuszczając mnie na korytarz, przestępuję próg i dopiero wtedy – jak za
dotknięciem czarodziejskiej różdżki – czuję, że rzeczywiście idę na randkę z
Gregorem Schlierenzauerem. Nabuzowana różnymi emocjami zamykam drzwi do pokoju
po czym wspólnie ruszamy do windy. Wsiadając staję przy konsolecie, jednak
zamiast wcisnąć odpowiedni przycisk, opieram się o zimną ścianę. Gdy Greg robi
krok w moją stronę, tracę oddech, wciąż pamiętając scenę, którą Klara*
opowiadała mi po przeczytaniu Greya.
Ach,
te windy**,
mruczę w myślach, gdy piwnooki wyciąga rękę w moją stronę i… wciska srebrny
przycisk z grawerowanym zerem. Gregor spogląda na mnie z pytaniem wypisanym na
twarzy, wpatruję się w niego jak w obrazek, cały czas twierdząc, że stoi o pół
kroku za blisko. Mimochodem rozciągam usta w uśmiechu, nie mogąc ich powstrzymać.
Schlierenzauer odwdzięcza się tym samym, jednak nadal milczy. Gdy winda otwiera
się z brzdęknięciem dzwoneczka, czuję jego długie palce delikatnie zaplatające
się na moim nadgarstku. Gwałtownie wciągam powietrze, czując zimny dotyk na
skórze.
Ruszamy przez przestronny hol, zatopiony
w ciepłym świetle zachodzącego słońca. Mam wrażenie, że w całym hotelu jesteśmy
tylko my, bo oprócz odźwiernego, w pobliżu nie ma nikogo. Nawet za kontuarem w
recepcji nie stoi nikt z obsługi. Wychodzimy żegnani skinieniem odźwiernego
prosto w ibizyjskie powietrze.
– To gdzie mnie zabierasz? – pytam,
jednak krzywię się słysząc swój zachrypnięty głos. Cicho odchrząkuję czekając
na odpowiedź.
Gregor uśmiecha się przebiegle.
– Tajemnica – wzrusza ramionami
rozkładając przy tym ręce na boki.
Przewracam oczami, jednak nie drążę.
Podziwiam zaróżowione obłoczki, leniwie przetaczające się po niebie.
– Pięknie tu – wzdycham.
Gregor milczy chwilę, może dwie, potem
przytakuje.
– To fakt, zwłaszcza, gdy ma się ciebie
obok – rzuca mi znaczące spojrzenie.
Wszystko
we mnie płonie.
– Przestań – bąkam.
Wypuszcza moją dłoń i wbija swoje w
kieszenie.
– Czemu? Mówię poważnie – odpowiada.
Spuszczam głowę, drapię się po czole
szukając właściwych słów. Miło słucha się dobrych słów na swój temat, jednak…
– Ja chyba po prostu nie umiem
przyjmować komplementów, więc jeśli nie chcesz, żebym przez całą… cały wieczór
siedziała czerwona jak burak, to przestań – odpowiadam, starając się nie
brzmieć zbyt pretensjonalnie. Mam nadzieję, że uzna moje słowa za szczere,
nawet mimo zająknięcia.
Na szczęście zdaje się, że nie zwrócił
uwagi na moje zachwianie. Nie chciałam powiedzieć, że to randka, to określenie
nie padło z jego ust, gdy mnie zapraszał. Może dla niego to tylko przyjacielska
kolacja? Oby nie.
Schlieri patrzy na mnie z niedowierzaniem,
widzę jak delikatnie przygryza język, żeby tylko się nie roześmiać. Rzucam mu
spojrzenie pełne politowania i kręcę głową.
– Świetna randka, jak w koszmarze z
filmu o amerykańskim liceum. Najprzystojniejszy chłopak w całej szkole umawia
się z szarą myszką, a potem ją wyśmiewa. No, dalej, czekam aż wyskoczy na mnie
reszta kadry i z kubłem świńskiej krwi – odpowiadam przekornie. Gregor nie
wytrzymuje i zaczyna się śmiać.
Yeah,
that’s what I’m talking about. Słyszę jednak,
że jego śmiech jest szczery i w końcu sama nie wytrzymuję. Z jednej strony mam
nadzieję, że nie usłyszał słów „randka” i „najprzystojniejszy chłopak”, jednak
z drugiej trochę liczę na ich zauważenie. On jednak tylko się śmieje, więc w
myślach przyznaję mu plusa za znajomość klasyki horroru. Słysząc jego beztroski
rechot wtóruję mu głośno, aż w końcu orientuję się, że idziemy na plażę. Natychmiast
się zatrzymuję.
– Wszystko okej? – pyta Gregor
poważniejąc nagle.
– Taaak tylko… Czy my idziemy na plażę?
– unoszę brew.
– Tak, czy to problem? – dziwi się.
Spoglądam na swoje szpilki niepewnie.
Raczej nie dam rady w nich brodzić przez piach. Opcjonalnie poskręcam sobie
obie kostki, najem się piachu i zedrę skórę na twarzy i kolanach, gdy z wielką gracją runę jak długa.
– Nie, pod warunkiem, że teraz do mnie
podejdziesz, będziesz mocno trzymał za rękę, żebym nie straciła równowagi, a
potem nie będziesz się śmiał, gdy będę szła z butami w ręce – mówię,
podpierając się pod boki.
Gregor podchodzi do mnie powoli, jakby
leniwie. Święta Panno nad pannami,
jaki on przystojny.
– Wiesz co? – bąka z figlarnym
uśmieszkiem błąkającym się po ustach. – Mam chyba lepsze wyjście… – stwierdza
przekornie.
Rzucam mu pytające spojrzenie.
– Czyżby? – mierzę go wzrokiem, gdy
staje tuż obok mnie. Za blisko! Za
blisko!
– Zdecydowanie – błyska uśmiechem, a
chwilę później czuję jak jego ręce chwytają mnie w pasie i zgięciu kolan.
Piszczę, gdy moje stopy tracą kontakt z
podłożem, mocno chwytam się szyi Gregora, jednocześnie pilnując, by nie zgubić
torebki.
– Zwariowałeś! – krzyczę, równocześnie
śmiejąc się w głos.
– Nie, nie wydaje mi się – odpowiada
gardłowo spoglądając mi prosto w oczy. O
Pani nasza, orędowniczko nasza… Serce łopocze mi w piersi, jestem
przekonana, że Gregor je słyszy. Ruszamy nieśpiesznie, potem mijamy dwie wydmy
i już znajdujemy się na plaży.
Dostrzegam mały stolik stojący w połowie
odległości od linii morza. Oczy otwierają mi się szerzej z niedowierzania.
Kilkanaście kroków dalej Gregor stawia mnie na piachu i mocno chwyta za dłoń. Razem
przechodzimy dystans dzielący nas od stolika, śmiejąc się przy każdym moim
pokracznym kroku. Przez cały czas Schlieri asekuruje mnie, za co jestem mu
bardzo wdzięczna.
Gdy siadamy podziwiam wielkie kwiaty w
wazonie pomiędzy nami.
– Jak udało ci się to wszystko
zorganizować w tak krótkim czasie? I ile za to zapłaciłeś? Stolik na plaży
musiał kosztować fortunę…! – zaczynam mieć wyrzuty sumienia. Na samą myśl o
ogromnych kwotach robi mi się gorąco.
– Spokojnie, pieniądze nie są tu
najważniejsze – wtrąca w moje zdanie.
– Nie, nie rozumiesz, dla mnie to jest ważne
– opieram się nieelegancko na łokciach. – Nie możesz na mnie przepłacać! – burczę
chowając twarz w dłoniach. – Tak mi głupiooo… – niemal piszczę zażenowana
zarówno swoim zachowaniem jak i jego rozrzutnością.
Gregor znowu się śmieje, chwyta moje
dłonie w nadgarstkach, odciąga je od twarzy, następnie spogląda mi prosto w
oczy.
– Daj spokój – uspokaja mnie, jednak
jestem przekonana, że nasza randka właśnie legła w gruzach. – Dla mnie to
naprawdę bez znaczenia – dodaje.
Marszczę czoło, patrzę na niego bez
przekonania.
– Powiedz, że nie wydałeś na to fortuny
– proszę cicho nie mogąc oderwać się od jego oczu, które w tym świetle
wyglądają niesamowicie.
– Nie wydałem na to fortuny – odpowiada
niemal natychmiast. – Poza tym, nawet jeśli bym wydał, to moje pieniądze –
wzrusza ramionami beztrosko. – Nie zrozum mnie źle, ale dziś dla mnie nie liczą
się pieniądze – mówi ciepłym tonem. Mam wrażenie, że sam tembr jego głosu
rozgrzewa mnie od środka i relaksuje.
Przez dłuższą chwilę patrzę na niego w
milczeniu. Gdy jego dłonie pokrzepiająco ściskają moje, postanawiam zadać
jeszcze jedno pytanie.
– Wszystko zepsułam, prawda? – jęczę,
krzywiąc się na swoją reakcję sprzed kilku minut.
Gregor uśmiecha się półgębkiem.
– Nie, skąd. Chociaż to pierwsza taka
sytuacja w moim życiu – przyznaje.
Zwieszam głowę, jestem załamana i czuję
potrzebę wytłumaczenia swojego zachowania.
– Przepraszam, nie chciałam, żeby tak
wyszło – zaczynam. – Wszystko jest pięknie, doceniam gest i naprawdę mi się
podoba, jednak… nigdy wcześniej nie byłam na… takim spotkaniu, dlatego nie do
końca wiem jak powinnam się zachowywać. Jesteś świetnym gościem i mam nadzieję,
że wiesz, że nie lubię cię za pieniądze, ale za to jaki jesteś – przyznaję.
Gregor uśmiecha się ciepło, mam wrażenie, że moje słowa sprawiają mu
przyjemność. – Dlatego uważam, że nie powinieneś przepłacać, bo mi wystarczyłyby nawet kanapki
czy kebab z tej knajpki na rogu, którą mijaliśmy po drodze – dodaję.
Schlieri prycha rozbawiony, delikatnie
kręci głową i puszcza moje dłonie. Opada na oparcie krzesła, osuwając się w nim
nieco.
– Wiesz, wydaje mi się, że w takiej
sytuacji też jestem ci winny wyjaśnienia – mówi. – Nie wiem co o mnie
słyszałaś, jeśli w ogóle coś obiło ci się o uszy, ale wbrew temu co mówią nie
miałem zbyt wielu dziewczyn. Owszem, umawiałem się z kilkoma, ludzie zawsze do
mnie lgnęli, więc zawieranie nowych znajomości nie było dla mnie
problematyczne. Ale w przeciwieństwie do ciebie, tamtym dziewczynom zależało na
kolacjach w wykwintnych restauracjach serwujących dania wielkości pudełka po
zapałkach a kosztujących tyle co nocleg w pałacu. Jesteś pierwszą dziewczyną,
która prosi mnie, żebym nie wydawał na nią zbyt wiele. Z tym, że ty akurat
jesteś warta każdych pieniędzy – akcentując ostatnie zdanie spogląda na mnie
znacząco.
Dreszcz przebiega moje ciało od czubka
głowy, aż po same pięty. Speszona odwracam wzrok, spoglądając na spokojne fale.
Oddycham głęboko uśmiechając się do siebie. Czuję na sobie wzrok Gregora,
jednak nie jestem w stanie odpowiedzieć na jego wyznanie, dlatego wsłuchuję się
w szum wody. Kątem oka widzę jak Schlieri także odwraca twarz w stronę morza.
– Och, spójrz, jaki piękny zachód słońca
– zauważa.
– Jego też zamówiłeś? – pytam psotnie,
zerkając na niego.
– On akurat jest za darmo – odpowiada
żartobliwie.
Po raz kolejny w ciągu kilkudziesięciu
minut chichoczę pod nosem. Nawet nie zauważam kiedy Gregor sięga po szampana
stojącego w wiaderku z lodem. Dopiero jego głos wyrywa mnie z rozbawienia.
– Szampana? – pyta.
Odpowiadam skinieniem głowy. Gregor
otwiera butelkę z hukiem, korek leci gdzieś za moje plecy, ale nie odwracam się
za nim. Podziwiam z jaką gracją miodowowłosy nalewa musujący napój do
kieliszków i gdy są pełne chwytam jeden z nich za cienką nóżkę, a potem unoszę
go delikatnie z pytaniem wypisanym na twarzy. Schlierenzauer odczytuje je z
moich oczu.
– Za spotkanie? – pyta unosząc
kieliszek.
– Za spotkanie – przytakuję, po czym
zderzamy delikatnie naczynia a przyjemne brzdęknięcie niknie w szumie fal.
Po kilku łykach Gregor proponuje,
żebyśmy zaczęli jeść. Zgadzam się, bo powoli odczuwam skutki skromnej kolacji.
Pod srebrną pokrywą kryją się smażone krążki, które w pierwszej chwili kojarzą
mi się z chrupkami, ułożone wokół miseczki z jasnym sosem. Szybko jednak
orientuję się, że to zdecydowanie nie są chrupki, jednak nadal nie wiem jak
zabrać się do jedzenia. Schlieri musi zauważać konsternację na mojej twarzy,
ponieważ natychmiast przystępuje do tłumaczenia.
– To kalmary. Nie wiem czy lubisz owoce
morza, ale uznałem, że to coś, czego warto spróbować będąc w Hiszpanii. Nie
krępuj się, jedz palcami, ja nigdy nie używam do nich sztućców. Po prostu
maczam w ailloli i jem – objaśnia.
Uśmiecham się szeroko.
– Dzięki, zobaczymy jak to smakuje.
Muszę przyznać się do jeszcze jednej rzeczy: to mój pierwszy raz z owocami
morza – wyznaję.
Gregor prezentuje wszystkie zęby w
szerokim uśmiechu.
– No widzisz, wieczór pierwszych razów –
rzuca rozbawiony.
Chętnie mu wtóruję, po czym zabieramy
się do jedzenia. Powoli przeżuwam pierwszy krążek. Mają wyjątkowo subtelny
smak, który niemal ginie w towarzystwie sosu. Są także delikatne, choć zarazem
gumowe w konsystencj.
– I jak? – pyta z zaciekawieniem
czekając na mój werdykt.
Wzruszam ramionami.
– W porządku, ale zostanę przy drobiu
czy innej wieprzowinie – odpowiadam a on ponownie wybucha śmiechem, co sprawia,
że zaczynam się zastanawiać czy przypadkiem nie robi tego jedynie z
uprzejmości. – Aż tak cię to bawi? – pytam rozbawiona jego reakcją.
Tym razem to Gregor wzrusza ramionami.
– Czy ja wiem? Trochę tak, ale ważne, że
przynajmniej trochę ci smakowało. Mam nadzieję, że w takim wypadku nieco
bardziej przypadną ci do gustu croquetas
– mówi sięgając po kolejny wysmażony krążek.
Gdy opróżniamy talerz, podchodzi piękna,
choć nieco krępa dziewczyna w schludnym uniformie. Zabiera brudne naczynia, na
których miejsce wstawia prostokątne talerze z małymi kotlecikami, białym sosem
i potarganymi liśćmi sałaty.
– Naprawdę nie musiałeś wynajmować
obsługi – mówię, gdy dziewczyna odchodzi.
– Ness, mówiłem ci już coś na ten temat
– gani moje słowa.
– A ja mówiłam, że teraz strasznie mi
głupio – odpowiadam. Gregor nie komentuje, więc idę w jego ślady i sięgam po
widelec. – A to co takiego? – pytam rozcinając jeden kotlecik widelcem.
– Croquetas,
czyli szynka, ser i masa ziemniaczana – odpowiada zwięźle, rzeczowo.
Próbuję pierwszy kęs, niemal od razu
moje kubki smakowe przezywają orgazm. Nie mogę pohamować przeciągłego
mruknięcia.
– O rany, jakie to pyszne – wzdycham.
Gregor spogląda na mnie z iskrami
rozbawienia tańczącymi w jego oczach.
– Cieszę się, że ci smakuje – mówi
tylko, przeżuwając swój kęs. Gdy przełyka, dodaje: – Chciałem, żebyś spróbowała
różnych rzeczy, dlatego zdecydowałem się zarówno na coś bardziej egzotycznego
jak i na bardziej swojskie dania.
– Zdecydowanie dobry ruch – przyznaję,
po czym ponownie zachwycam się nad kotlecikami. W trakcie jedzenia mówię tyle,
że muszę robić sobie przerwy między jedzeniem a zachwytami nad nim, żeby nie
dostać ataku czkawki, dlatego moje danie znacznie wolniej znika z talerza.
Powoli dokańczam swoje, ciesząc się, że kelnerka jeszcze nie przyszła. – Czy to
już Raj? – pytam przeżuwając ostatni kawałek.
– Zdecydowanie nie, ponieważ właśnie
skończyłaś, a to może skutkować cierpieniem i tęsknotą za utraconymi croquetas – odpowiada tak poważnym
tonem, że nie potrafię zapanować nad śmiechem.
Ponownie zjawia się obsługa, stawiając
przed nami talerz usmażonych pręcików oraz miseczkę rozpuszczonej czekolady.
– No to już przesada – rzucam. – Czy pan
chce mnie utuczyć, panie Schlierenzauer? – pytam zawadiacko.
– Ależ skąd, w następnej kolejności
zaplanowany jest długi spacer – odpowiada równie zaczepnym tonem.
Churros znikają powoli,
ponieważ przy deserze mówimy już znacznie więcej, wymieniając się zaczepkami.
Nasze palce częściej spoczywają na sobie nawzajem niż na słodkich przekąskach,
jednak zupełnie nam to nie przeszkadza. Przez moment mam wrażenie, że cały
świat się zatrzymał, wszyscy inni zniknęli a my jesteśmy jedynymi ludźmi na
ziemi. Pod spojrzeniem Gregora czuję się wyjątkowo dobrze, choć jestem
przekonana, że w normalnych warunkach od razu bym się speszyła. Teraz jednak
wytrzymuję spojrzenie, a gdy od czasu do czasu nasze palce splotą się na
chwilę, nie szczędzę Gregorowi podobnych spojrzeń.
Po skończeniu posiłku, zdejmuję szpilki,
ponieważ mam wrażenie, że jestem cięższa o pięćdziesiąt kilogramów. Poza tym,
nie mam odwagi prosić Gregora o niesienie mnie do hotelu a co dopiero po brzegu
morza. Długo spacerujemy w milczeniu, wsłuchując się w szum fal i pozwalając
naszym rękom ocierać się o siebie, choć z każdym dotykiem przez moje ciało
przemykają dreszcze. Gdy w końcu decydujemy się pomówić, udaje mi się namówić
Gregora, by opowiedział mi trochę o sobie. Mam wrażenie, że jestem jedyną osobą
w całej Austrii, która nie ma pojęcia kim jest Gregor Schlierenzauer. Co
prawda, jakiś czas temu, gdy ciekawość zżerała mnie od środka, sprawdziłam jego
nazwisko w Internecie, jednak medale i daty nie powiedzą mi kim tak naprawdę
jest chłopak spacerujący obok mnie po plaży.
Słucham z zainteresowaniem opowieści o
lepszych i gorszych chwilach, co rusz podpytując o szczegóły. Gregor szczerze
odpowiada na każde pytanie, a jego głos sprawia, że czuję się spokojna jak
nigdy. W pewnym momencie siadamy przy kłodzie wyrzuconej na brzeg przez fale,
opierając się o nią plecami.
– Mniej więcej rok temu poczułem, że
skoki nie są już dla mnie tym samym, czym były kiedyś. W dodatku szło mi
koszmarnie: sześć miejsc poza pierwszą dziesiątką, cztery razy w ogóle się nie
zakwalifikowałem… Jeszcze w Klingenthal, w drużynówce zajęliśmy trzecie
miejsce, niby wszystko fajnie, ale byłem najgorszy z naszej czwórki. Chłopaki w
przerwie między seriami zapewniali mnie, że jest super, ale wcale tak nie było.
Oczywiście byłem im bardzo wdzięczny, takie wsparcie dużo daje, ale czułem, że
powinienem dawać z siebie więcej. Mam wrażenie, że decyzja zapadła już wtedy. Było
mi głupio przed samym sobą, bo gdy wracałem do domu i widziałem te wszystkie
nagrody, miałem wrażenie, że patrzę na gablotę obcego człowieka. To wszystko
nie wzbudzało we mnie emocji, przestało napędzać i motywować. Mając dwadzieścia
pięć lat czułem się wypalony. W dodatku media zdecydowanie za mocno zaczęły
interesować się moim życiem prywatnym, a wtedy zrozumiałem, że tego już za
wiele – przyznaje gorzko. – Postanowiłem, że więcej nie będę zawodzić już
nikogo: ani kibiców, ani siebie, ani moich bliskich. Cóż, to ostatnie nie do
końca mi wyszło – uśmiechnął się smutno. Przez chwilę trwamy w ciszy, której
nie chcę przerywać. Wolę dać mu czas tylko dla siebie. Podziwiam go, gdy zapatrzony
w spokojne morze kontempluje nad własnym losem, aż w końcu odzywa się
niespodziewanie, szybko zwracając twarz w moją stronę. – I tak skończyła się
żywa legenda skoków narciarskich – finiszuje.
Nie wiem czy moje zachowanie jest
odpowiednie, jednak bez zastanowienia kładę mu rękę na ramieniu i delikatnie je
masuję, mając nadzieję, że w ten sposób dodam mu otuchy. Gregor mruży oczy,
przyglądając się mej twarzy skąpanej w świetle zmierzchającego dnia. Jego wzrok
mnie hipnotyzuje, dopiero po chwili czuję jak nakrywa moją dłoń swoją. Milczę
gdy przysuwa się bliżej, jedynie ledwie zauważalnym skinieniem daję mu ciche
przyzwolenie, a wtedy nasze usta łączą się w delikatnym pocałunku.
Cały świat wiruje, gdy odsuwamy się od
siebie. Nie możemy oderwać od siebie wzroku i gdyby nie podmuch chłodnego
wiatru, nie wiem jak długo trwalibyśmy w takim zamrożeniu. Niestety wzdrygam
się gdy zimne powietrze owiewa moje gołe nogi oraz ramiona. Wtedy Gregor odsuwa
się ode mnie.
– Już późno, wracajmy – wstaje i
otrzepuje spodnie z piachu, następnie wystawia w moją stronę dłonie, aby pomóc
mi podnieść się z siadu.
Wracamy w milczeniu, oboje pochłonięci
własnymi myślami. Jednocześnie mam jednak wrażenie, że nie potrzebne są nam
słowa, wystarcza sama obecność. Nasze dłonie, dotąd szczelnie splecione,
rozłączają się, gdy wsiadamy do windy. Stajemy po przeciwnych jej stronach i
patrzymy na siebie jakbyśmy widzieli się po raz pierwszy.
Gregor odprowadza mnie pod drzwi, nim
jednak je otworzę, odwracam się na pięcie.
– Chciałam tylko powiedzieć, że świetnie
się bawiłam i dziękuję ci za zaproszenie. To był wspaniały wieczór – mówię
ściszonym głosem, żeby nie pobudzić śpiących skoczków.
Gregor uśmiecha się ciepło, serdecznym
gestem poprawia kosmyk moich włosów i zakłada go za ucho.
– Ja również świetnie się bawiłem –
odpowiada. – Mam nadzieję, że kiedyś uda nam się to powtórzyć – przyznaje, a ja
czuję jak moją twarz rozciąga szeroki uśmiech. – A teraz śpij dobrze – pochyla
się i delikatnie całuje mnie w czoło.
Nie odpowiadam, bo jestem przekonana, że
moje spojrzenie mówi wszystko. Gregor powoli wysuwa swoją dłoń z moich włosów i
ospale robi mały krok w tył. Niespiesznie odchodzi, nie odwracając się ode mnie,
a ja nie mogę przestać się na niego patrzeć. Już przy swoich drzwiach, Gregor
rzuca mi jeszcze jedno spojrzenie, ostatni uśmiech, który odwzajemniam z cichym
chichotem.
*Klara
to przyjaciółka Nessi, ostatnio wspominałam o niej chyba 30 rozdziałów temu,
więc jakby ktoś zapomniał to taka przypominajka
**tak,
to cytat z „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Wiem, świetny wzorzec literacki
hahahaha
-------------------------------------------------------------------------------
Szczęśliwego Nowego Roku!
Rozdział miał być wczoraj, jest dzisiaj, bo tak wyszło. Ostatnio narzekaliście na to, że rozdział krótki, więc teraz macie 3,3 tys. znaków. A co się będę ograniczać? Jak widzicie, mamy przełom: 1) dobiliśmy do 30 rozdziału [wow, zaczynając ponad 3 lata temu nie sądziłam, że tak długo będę to za sobą ciągnąć hahah], 2) Vanessa w końcu poszła z Gregiem na randkę i jeszcze się pocałowali [wiem, szok i niedowierzanie].
Jeśli opis tego wyjścia jest nieco nieporadny, to musicie mi wybaczyć – to była także moja pierwsza randka. Dajcie znać co sądzicie! Swoją drogą, jeśli wiecie do jakich tekstów kultury nawiązywałam w tym rozdziale, to śmiało możecie wypisać swoje typy. Jestem bardzo ciekawa Waszych propozycji.
A z okazji Nowego Roku życzę Wam spełnienia marzeń, życiowych sukcesów i duuużo zdrowia.
Pozdrawiam,
Monika Karolina xx

WOOOOOOW!!!!!
OdpowiedzUsuńNo i stało sie :D
To było super chhba za dużo emocji na raz, bo nie umiem skleić żadnego sensownego zdania. Tak świetnie oddałaś emocje, że czułam, że jestem tam z nimi i patrzę się na nich stojąc kawałek dalej na plaży (albo będąc obsługą xD).
Co do literatury to czytając nasuwały mi się skojarzenia, ale teraz nic nie pamiętam, musiałabym jeszcze raz przeczytać :P
Jedyne co mnie zdziwiło to ta pustka w hoteli, aż dziwne, że nikt ich nie nakrył (a powiem szczerze, że na to liczyłam xD), ale może w przyszłym rozdziale okaże się, że na przykład Kraft akurat wyglądał przez okno i przyjdzie do Ness na pogaduchy :D
no i oczywiście bardzo interesują mnie losy zaginionej sukienki :P
Życzę wszystkiego dobrego w Nowym Roku, jeszcze więcej weny i jeszcze więcej przygód z tymi wariatami :*
Dziękuję, dziękuję, ale ostatnio obiecałaś jakiś nowy scenariusz. Czekam hahaha
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i również wszystkiego dobrego!
Jak już Ty napiszesz coś związanego z tą sukienką to ja potem dam znać czy myślałam podobnie ;)
UsuńOkej, trzymam za słowo hahah
UsuńWow! Jestem pod wrażeniem całego opisu. Gregor naprawdę się postarał - nie ma co ! Ale jednak wydaje mi się, że ta historia robi się zbyt "zwyczajna" i myślę, że potrzeba tutaj trochę dramaturgii. Może związanej z Manuelem? Może ich widział, jak wychodzili bądź wchodzili do hotelu lub ten pocałunek w czółko? Czekam na więcej! Pozdrawiam!!
OdpowiedzUsuńOh dear, gdybyś ty tylko wiedziała co tam się za chwilę zadzieje hahah
UsuńDobra, ale muszę to w końcu powiedzieć: zawsze gdy widzę Twój komentarz to słyszę Drake'a i potem przez 2 dni śpiewam "Kiki, do you love me?" hahahah
Wydaje mi się, że gdyby ciągle było u nich tak śmieszkowo i głupkowato, to ta historia straciłaby nieco w moich oczach. Na początku [w "zanim przeczytasz"] pisałam, że chcę tu wprowadzać też poważne wątki i to się będzie działo, więc czasami musi być zwyczajnie, czasem musi być gorzej - z czym już mieliśmy tu do czynienia - bo przecież tak wygląda życie. Czasem powieje nudą, a innym razem tak nas trzaśnie, że się nakryjemy nogami haha
Również pozdrawiam!
Witam, witam!
OdpowiedzUsuńNadrobiłam drobne zaległości i oto jestem. I akurat taki przełomowy randkowy rozdział się trafił. Kurde zjadłabym sobie churrosy :D
Bardzo przyjemnie im wieczór minął, myślę że to dopiero początek i relacja Nessy i Gregora będzie cały czas szła w dobrym kierunku.
No i jest jeszcze Manuel (choć akurat nie w tym rozdziale). Jakaś dziwna ta jego przemiana - nie, żeby to było złe, ale trudno uwierzyć, że tak mu na stałe zostanie. Taki jest narwany, że nie wiadomo kiedy mu co do łba strzeli. Ale nie przesądzajmy, zobaczymy co będzie dalej.
Buziaki! :*
Witam w moich skromnych progach!
UsuńZawsze miło widzieć. Co tam zaległości, ważne, że wracasz! hahah
Ja to bym w ogóle coś zjadła, nawet nie wiesz jak trudno pisało się ten rozdział "na głodnego". Za to potem jadłam aż miło hahah
Manuel to w ogóle jakiś dziwny, chyba nikt tu obecny nie zaprzeczy hahaha No, dziki z niego bohater. Ale za to jak już przyjdzie i mi opowie co nawywijał to przynajmniej jest co Wam napisać hahaha
Do zobaczenia... kiedyś ;)
Kiss back! :D
Ale romantycznie się zrobiło :)
OdpowiedzUsuń